Dobro jest w drugim człowieku. I zawsze wraca

Czytaj dalej
Fot. Piotr Hukało
Dorota Abramowicz

Dobro jest w drugim człowieku. I zawsze wraca

Dorota Abramowicz

- Taka mama jak ja, w chwilach, gdy dziecko gładzi ją po policzku, potrafi czasem więcej powiedzieć o uczuciu matczynej miłości, niż mama słysząca co chwilę „kocham cię” od swojej zdrowej pociechy - mówi Danuta Zawadzka, samotnie opiekująca się 21-letnim ociemniałym synem z porażeniem mózgowym.

Gdzie jest Dobro ?
W drugim człowieku. Dobro dane drugiej osobie zawsze wraca. Wiele razy odczułam jego działanie. Bywało, że miałam w kieszeni 1,20 zł i myślałam, że już nic się nie wydarzy, a tu nagle ktoś podawał mi rękę.

Przykład?

Mieszkałam w Sopocie, byliśmy z dziewięcioletnim Bartkiem na spacerze. Usiadłam na ławce obok pary Niemców. I nagle mężczyzna odwraca się i mówi czystą polszczyzną: Dzień dobry, mam na imię Jurek. Proszę powiedzieć, co temu chłopcu jest? Odparłam, że syn urodził się w 27 tygodniu ciąży, ma czterokończynowe porażenie dziecięce, nie chodzi, nie widzi, bo jest po retinopatii wcześniaczej. Na to on - proszę podać numer telefonu. Pomyślałam wówczas, że jak wielu mówi tylko o pomocy, ale i tak nic z tego nie będzie .

Skąd to rozgoryczenie?
Był to dla mnie ciężki czas. Po urodzeniu Bartosza zostałam sama z dwoma synami. Wyjechałam z Gdyni na wieś, pod Gniezno, gdzie mieszkali rodzice, wynajęłam dom. Kiedy starszy syn się usamodzielnił, zadecydowałam o powrocie do Trójmiasta.

Dlaczego?
Żeby dotrzeć z Bartkiem na rehabilitację, musiałam ruszać o świcie na PKS do Gniezna, a stamtąd pociągiem do Poznania. Było ciężko. Wynajęłam więc mieszkanie w Sopocie, tu wszędzie bliżej. Ale byłam sama, nie wiedziałam, jak sobie poradzę. I nagle na ulicy zaczepia mnie obcy człowiek.

Podała pani ten numer?
Ostatecznie tak, nawet adres, ale na nic nie liczyłam. Tymczasem następnego dnia zadzwonił w moim mieszkaniu domofon. „Tu Jurek, ten z ławki”. Wszedł, uklęknął przed Bartkiem i powiedział: „Czy chcesz mieć rodzinę w Niemczech? Bo ja chcę być twoim przyjacielem”. I tak na długie lata zaprzyjaźniliśmy się z Helgą i Jurkiem Michalikami. On musiał uciekać z Polski przed komuną, poznał w Niemczech żonę, mieli syna. Prowadził prywatną praktykę rehabilitacyjną. Natychmiast po powrocie z Sopotu zaczął załatwiać Bartkowi operację okulistyczną w Niemczech. Niestety, było już za późno na zabieg. Jurek to był wspaniały, dobry człowiek. Był, bo od dwóch lat, niestety, nie żyje. Bartek ma do dziś nagrane przez niego kasety z bajkami.

Bartek chodził do szkoły?
Skończył gimnazjum, teraz ma 21 lat i jeszcze trzy lata będzie uczęszczał do zespołu szkół specjalnych w Sopocie. Syn do siódmego roku życia nawet się nie uśmiechał, naukę zaczął jako dziesięciolatek. Okazało się, że brakowało mu kontaktu z ludźmi.

Teraz po indywidualnym nauczaniu komunikacja werbalna jest w porządku.
Bartosz, jako dziecko niewidome z porażeniem zawsze był tym „jedynym” - w szkole, na turnusach rehabilitacyjnych.
Przepraszam na chwilę, muszę włączyć Bartkowi tablet. Sam tego nie zrobi.

Do czego mu służy tablet?
Zgrywa sobie wiadomości na kasetę. Czeka zwłaszcza na informacje sportowe, jest wiernym kibicem drużyny Asseco Gdynia. Chodzimy razem na mecze.

Przecież nie widzi gry...
Nie szkodzi. Jest tam wspaniała atmosfera, muzyka, fajne sektory, wszyscy bardzo mili. Bartek bardzo przeżywa każdą akcję, a po zakończeniu meczu zawodnicy przybijają kibicom „piątkę”. Biorę więc dyktafon, czytam mu składy drużyn, a Bartek słucha spikera. Podobnie jest, gdy idziemy na Top-Trendy. Dzięki życzliwości BART-u i Polsatu syn może uczestniczyć w koncertach. Chodzimy też do klubu Atlantic w Gdyni. Zapraszają nas gratis.


Mama niepełnosprawnego dziecka jest tylko człowiekiem, a los nakłada na jej barki nadludzki ciężar i potrzebuje wsparcia innych

Jak to się stało?
Już mówiłam, że dobro powraca. Pierwszy raz koleżanka dała nam bilety na występ Justyny Steczkowskiej . Było wspaniale, poszlibyśmy na koncert jeszcze raz, ale bilet kosztował 70 zł. To dla nas za dużo. Napisałam do klubu, że syn jest muzykalny, ale nie stać nas na uczestnictwo w imprezach. Nie minęła sekunda i odpowiedział pan Sławek - kiedy tylko chcecie, macie drogę otwartą. Albo rehabilitacja - Bartek powinien regularnie korzystać z basenu, a to kosztuje. Napisałam, gdzie się da, odezwała się sekretarka z hotelu Falton. Możemy tam chodzić w czwartki - muzyka, życzliwi, wspaniali ludzie. Potem Aquapark dał nam kartę za 200 zł na 2-3 miesiące. Po drodze ze szkoły zajeżdżamy, ćwiczymy. Mama niepełnosprawnego dziecka jest tylko człowiekiem, a los nakłada na jej barki nadludzki ciężar i potrzebuje wsparcia innych. Do tej pory pomagała mi bratanica i jej koleżanki. Teraz, gdy skończyły szkołę i wyjechały, mogę liczyć na ostatnią z nich, Patrycję Zacharę. Tak więc z przekonaniem mówię, że dobro istnieje. A ja muszę je oddawać dalej.

Ma pani na to czas?
Pomagam innym, kiedy Bartek jest w szkole. Załatwiam np. okna dla rodziny żyjącej w kontenerze z pięciorgiem dzieci, dowożę im ubrania, organizuję dostawę jabłek do szkoły, zbieram żywność dla niepełnosprawnych. W 2009 r. wraz z innymi mamami dzieci niepełnosprawnych i ociemniałych założyłam Fundację „Pomóż zobaczyć świat”. Mamy siedmioro podopiecznych, którzy muszą mieć na stałe przynajmniej jednego opiekuna. Kiedy skończą szkołę, zestarzeją się rodzice, mogą trafić do ośrodków jak z filmu „Chce się żyć”, gdzie położą ich do łóżka i wybiją dwa zęby, żeby można było karmić je przez rurkę. To nie Islandia, gdzie osoba sparaliżowana ma dwóch opiekunów. Na razie organizujemy dla naszych dzieci warsztaty, wystawy, występy, ale przyszłość nadal przeraża.

Gdyby mogła Pani wypowiedzieć przy pierwszej gwiazdce świąteczne życzenia...
Wszystkie moje marzenia są nierealne. Chciałabym, żeby Bartek wreszcie zobaczył świat, bo nie widzieć, to jest tragedia. I żeby w życiu w miarę dał sobie radę, był zabezpieczony, ale to też raczej nie jest do spełnienia. Ale po to są marzenia, by o nich mówić.

Nic Pani nie mówi o sobie?
Na pewno tęsknię za większą ilością czasu spędzanego z przyjaciółmi i rodziną. Ale nasza więź z chorym dzieckiem jest wyjątkowa. Taka mama jak ja, w chwilach, gdy dziecko gładzi ją po policzku, potrafi czasem więcej powiedzieć o uczuciu matczynej miłości, niż mama słysząca co chwilę „kocham cię” od swojej zdrowej pociechy.

dorota.abramowicz@polskapress.pl

Dorota Abramowicz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.