Andrzej Seweryn: Ważne, żeby zostawić po sobie miłość

Czytaj dalej
Fot. Szymon Starnawski
Anita Czupryn

Andrzej Seweryn: Ważne, żeby zostawić po sobie miłość

Anita Czupryn

Domyślam się, że Bóg daje mi od czasu do czasu sygnały; boję się, że niewystarczająco z nich korzystam. Jestem za głupi, żeby powiedzieć, że świat jest chaosem - Andrzej Seweryn, wybitny aktor i dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie o swojej autobiografii.

Czytanie książki „Ja prowadzę”, w której „wywiadują” pana Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, było dla mnie wielką przygodą.
Naprawdę? Przecież pani tyle o mnie wie!

Kilka razy przeprowadzałam z panem wywiady i nawet wydawało mi się, że trochę o panu wiem. Niespodzianką było to, że jest pan dyrektorem w teatrze, w którym pana mama przez 30 lat była…
… garderobianą.

Teraz nie przychodzi do teatru?
Mama była na premierach w pierwszych trzech-czterech latach, kiedy tu przyszedłem. Teraz jest już zmęczona. Ma 97 lat.

Kiedy Pan z nią rozmawia - i czytałam o tym na kartach książki, miałam poczucie, że stoi pan na baczność; to ona rozdaje karty.
(Śmiech). Staram się być dobrym synem.

Wrócę do książki - czytanie jej to jak jazda na rollercoasterze.
Wspaniale! (Śmiech).

Nie wiadomo, co się wydarzy. Do kogo pan zadzwoni, co pan zaśpiewa, co zacytuje, czy pana żona zejdzie po schodach z ripostą, czy z prezentem. Po który notes pan sięgnie, albo jaki problem natychmiast zechce rozwikłać.
Czy to znaczy, że czytała pani tylko jedną czwartą książki?

Przecież to, o czym mówię, dzieje się od pierwszej do ostatniej strony. Jeśli ta książka opowiada o pana życiu z perspektywy lat 2018-2019, to co dzisiaj z tego jest jeszcze aktualne, a co już nie?
Cieszy mnie to, co pani mówi. Treść książki jest tekstem wypowiedzianym w tym właśnie okresie, z myślami, które miałem w tamtych dniach. Być może jest już coś - nie to, że nieaktualne - ale o czym dziś mówiłbym inaczej. To odróżnia tego typu książkę od powieści, które zostały napisane raz na zawsze.

Książka zawiera cechy, które przypominają mi spektakl teatralny.
Rzeczywiście! Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ta książka jest spektaklem. Gdybym pisał następną książkę, byłby to jeszcze inny spektakl.

Jest to widoczne, podobnie jak to, że to pan zaprasza do tego spektaklu różne postaci.
No tak, jest ich pewnie z kilkadziesiąt. Tak się to moje życie działo, dzieje i będzie działo jeszcze przez jakiś czas na pewno - wśród dziesiątek, setek, a nawet tysięcy ludzi.

Czy ten człowiek sprzed 40 lat jest tym samym, który jest teraz?
Mówiłem już o tym publicznie, ponieważ mam przyjemność grać rolę Krappa w „Ostatniej taśmie Krappa” Samuela Becketta…

… którą ja miałam przyjemność oglądać.
Bardzo mi miło. Otóż w tej sztuce ów problem jest jasno postawiony. „Co to za idiota ten sprzed 40, sprzed 50 lat” - mówi o sobie Krapp. Nie chciałbym, żeby sformułowanie: „Ten sprzed 50 lat to nie ja” usprawiedliwiało niesympatyczne czyny.

Albo głupotę, jaką się poczyniło za młodu, bo się wtedy było innym człowiekiem, jak to się tłumaczył pewien aktor z donoszenia na kolegów.
Nie, nie. Niech to nie usprawiedliwia. Głupotę trzeba przede wszystkim ujawniać. Swoją głupotę staram się ujawniać, kiedy tylko się da. Ale wracając do przeszłości - ten ja sprzed 50 lat miał np. inne ciało.

Wszystko miał inne. Wiele razy nastąpiła w jego organizmie wymiana komórek. A przecież to nadal on.
Miał inną perspektywę polityczną. Żył w innym systemie. Nie wiedział przecież, co to jest Europa. Nie znał języków. Był początkującym aktorem albo nawet jeszcze nie. Lubię w nim to, że interesował się światem, że chciał go zmieniać. To było naiwne, ale szlachetne. Nikogo nie zabił, na nikogo nie doniósł, nikogo nie wyrzucił z pracy. A jednak na to pytanie w istocie nie ma odpowiedzi. Mój obraz, jaki się ukazuje w książce, jest rezultatem całego mojego życia. Nie wiem, co konkretnie powodowało zmiany we mnie. Tego nie da się tak prosto powiedzieć. Kiedyś bardzo często pytano mnie o to, jak wpłynęła na mnie praca z Peterem Brookiem. Oczywistym jest, że wpłynęła; była jednym z decydujących okresów mojej pracy, mego życia. Ale jak konkretnie? Próbowałem to zdefiniować, mówiąc o pokorze, mówiąc o ciele, o tolerancji… To są tylko pewne sygnały, a nie prawdziwa, pełna odpowiedź. Odpowiedzi po prostu nie znam. Powiem więcej: jej nie ma. Jesteśmy bowiem tajemnicą. Żałuję, że naszym zawodem, naszym aktem twórczym, graniem, codzienną pracą aktora na próbach, ale i wieczorem w czasie przedstawienia, nigdy nie zainteresowali się naukowcy np. psycholodzy, biolodzy, lekarze. Próbując odpowiedzieć na pani pytanie, myślę, że taką przemianę aktora, ale też człowieka niektórzy mogliby opisać słowami: „Z wiekiem wszyscy dojrzewają…”. Pięknie. I na tym możemy skończyć tę refleksję. A przydałoby się więcej.

Kiedy przestał pan uważać, że zawód aktora to zajęcie uprawiane wyłącznie przez ludzi perfekcyjnych?
To jest utopia, aby zawód aktora był wykonywany tylko w sposób perfekcyjny. Może chodziło mi po prostu o to, że marzyłbym, żeby każde przedstawienie było perfekcyjne. I to, paradoksalnie, niezależnie od poziomu artystycznego aktora, nie wszyscy przecież jesteśmy geniuszami; jeden jest bardziej przekonujący, drugi mniej. Ale na pewno pięknie by było, gdyby i ten mniej przekonujący, dzięki literaturze, którą realizuje, dzięki pracy reżysera i pracy z partnerami, znalazł taką formę funkcjonowania w przedstawieniu, aby stać się przekonującym. Może to miałem na myśli?! Może miałem na myśli pewną harmonię?! Jeżeli, dajmy na to, Meryl Streep pojawia się na scenie to wiadomo, że jej perfekcyjny charakter pracy nie będzie miał nic wspólnego z perfekcyjnym charakterem pracy jej kolegi czy koleżanki. Myślę, że gwarancją wysokiego poziomu naszej profesji jest harmonia. Harmonia między światłem, kostiumem, reżyserią, scenografią i aktorami, którym publiczność wierzy.

I o tym pan mówi w książce - że w teatrze jedno się nie zmienia. Roman Ingarden uważał, że niezmienne jest to, że kiedy ze sceny aktorzy mówią, że pada deszcz, to na widowni ludzie otwierają parasole. Na tym polega ta magia.
Ta magia jest również tworzona przez widza. Akt „otworzenia parasolki” wymaga zaangażowania widza, jego decyzji. A przedtem poddania się temu, co nazywamy czarem teatru, a do tego niezbędny jest stan przekonania widza do proponowanej przez twórców rzeczywistości. Widzowie wiedzą przecież, że przychodzą, aby przeżyć jakąś udawankę, jakąś zabawę, zabawę dziecięcą, taką, jaką mają dzieci bawiące się w piaskownicy czy na podwórku. Teraz, a wiem to, widząc, w co bawi się mój wnuk - dzieci bawią się w rycerza, smoka i królewnę.

Moje pokolenie bawiło się w Polaków i Niemców.
Moje też. Otóż teatr jest taką zabawą „w Polaków i Niemców” tylko na innym poziomie. Aktor musi być więc również dzieckiem. Niestety czasem kapryśnym, co w wielu przypadkach trzeba akceptować. Z jednej strony jest poetą, z drugiej - sierżantem z wojska. Z jednej strony niewinnym, wrażliwym kłosem żyta, a z drugiej strony pniem dębu, który się nie daje żadnym przeciwnościom. Ani temu, że napisano kiepskie recenzje, ani temu, że kolega zrobił mu coś złego, ani temu, że sam popełnił głupstwo, dokonał czegoś niestosownego, albo że zapomniał tekstu.

Wiele miejsca w książce poświęca pan czasom opozycji antykomunistycznej. Był wtedy au courant, ale nie był zagrożeniem dla systemu. Mimo zatrzymywań, aresztowań i czujnego oka SB. Jak jest teraz? Też jest pan au courant?
Pamiętam swoją rozmowę z Krzysztofem Śliwińskim, opozycjonistą, później współpracownikiem ministra Bronisława Geremka, ambasadorem w Afryce, przyjacielem. To były lata 60. albo 70. Mówił mi wtedy, że niewiedza nie jest żadnym usprawiedliwieniem. W czasach komuny…..Nawiasem mówiąc, skąd się wzięło to pojęcie? Przecież nie żyliśmy w komunizmie.

Na murach pisano „Precz z komuną”, potem władza kazała zamalować, więc było nieudolnie zamalowywane.
No tak. Myśmy w tamtych czasach starali się wiedzieć, co się dzieje, nie ufaliśmy oficjalnym źródłom informacji. To wymagało wysiłku, odwagi, cierpliwości i wytrwałości. Dzisiaj, można rzec, mamy przerost informacji, w związku z czym jesteśmy albo możemy być manipulowani prawdopodobnie w podobnym stopniu, jak wtedy. A precyzyjniej - niektórzy z nas są manipulowani w podobnym stopniu. Nie oznacza to podobnego charakteru, nie mówię, że podobnie. Mówię, że w podobnym stopniu. I tak jak wtedy myślę, że po prostu powinniśmy mieć stosunek krytyczny do informacji, które do nas docierają. To samo dotyczy Stanów Zjednoczonych, Filipin i Pragi czeskiej. Kiedyś wiedzieliśmy, że prasa kłamie. Jasnym było, że jak coś napisano, to prawdy trzeba było szukać gdzie indziej. Dzisiaj mamy często złudzenie, że informacja, jaką otrzymujemy, jest prawdziwa. Nasza nieufność, nasza ostrożność, sceptycyzm są mniejsze, niż kiedyś. Demokracja nas rozpuściła. Czasami jesteśmy wręcz naiwni.

Pozostało jeszcze 55% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.