Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Chiny i USA na groźnym kursie kolizyjnym. Dojdzie do zderzenia?

Czytaj dalej
Fot. 123rf.com
Roger Boyes

Chiny i USA na groźnym kursie kolizyjnym. Dojdzie do zderzenia?

Roger Boyes

Jeśli w amerykańsko-chińskim tangu któraś ze stron pomyli kroki, zapłacimy wszyscy. Szczyt G20 stanowił kluczowy moment w kwestii uniknięcia potencjalnego zderzenia między powszechnie uznanym supermocarstwem, a szybko rozwijającym się pretendentem.

Najsilniejsi zgadzają się tylko w jednym - w naszej erze plemiennej polityki ustalony demokratyczny proces jest luksusem, który można odrzucić.

Słowa te można by śmiało podkraść ze scenariusza Francisa Forda Coppoli. Po jednej stronie stołu w Buenos Aires przywódca twierdzący, że nie popełnił zabójstwa. Po drugiej - lider, który mu je zarzuca. Mamy prezydenta, który właśnie rozkazał zaanektować okręty sąsiada, co jest równoznaczne z aktem wojny. Na sali widzieliśmy tuzin innych mężów stanu spierających się o granice, pieniądze i wpływy. I wreszcie stojących oko w oko dwóch głównych rywali - bossów wszystkich bossów - prezydentów Stanów Zjednoczonych i Chin.

Wbrew pozorom większość uczestników szczytu G20 przyleciała do Buenos Aires nie po to, by pochować Vito don Corleone, ale pogrzebać liberalny porządek. Silni ludzie świata polityki - prezydent Chin Xi Jinping, Władimir Putin, Recep Tayyip Erdogan, faktyczny władca Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman, prezydent Brazylii Jair Bolsonaro i, tak, tak, również Donald Trump - są nacjonalistami mającymi niewielkie intuicyjne zrozumienie czy sympatię dla ostentacyjnego multilateralizmu G20. Ich „ryczące” ega niemal na pewno muszą prowadzić do niezgody. Panowie zgadzają się tylko w jednym - ustalony od dawna demokratyczny proces jest luksusem, który w erze plemiennej polityki można bez żalu odrzucić.

Takie podejście czyniło tę prowadzoną w ubiegły weekend rozgrywkę jedną z najważniejszych w chwiejnej historii współczesnych szczytów. Na tym poziomie wysocy przedstawiciele 19 najbogatszych krajów - plus dodatkowe miejsce dla Unii Europejskiej - zaczęli spotykać się dziesięć lat temu. Wtedy chodziło o walkę z kryzysem finansowym 2008 roku. Wybór był nieco przypadkowy. Ekonomista Robert Wade wspomina, jak dwóch z założycieli grupy G20 przeglądało listę krajów. - Kanada - tak, Portugalia - nie. Republika Południowej Afryki, Nigeria i Egipt - nie.

Mieliśmy do czynienia z przedziwnym sposobem decydowania o tym, kto ma rządzić światem, ale w jego wyniku powstał klub państw odpowiadających za 85 procent światowej produkcji. Przez chwilę wydawało się, że dysponuje on większą legitymacją niż małe i coraz bardziej bojaźliwe uprzemysłowione kraje Zachodu.

Gdy krach na amerykańskim rynku kredytów subprime zmienił się w kryzys globalny, upadek anglo-amerykańskiej odmiany „liberalnego kapitalizmu” stał się dla jego krytyków zupełnie jasny. Świat potrzebował stabilizującego efektu kapitalizmu wspieranego przez rządy. Zamieszczony w poczytnym „New Yorkerze” komiks pokazywał mężczyznę wpadającego do zamku w chwili, gdy kat szykuje się do ścięcia króla. - „Stop!” - krzyczy posłaniec - „Czekać! Rząd nie jest już problemem, lecz rozwiązaniem!”. Dobre. W tym właśnie duchu zaczął się chiński ogromny awans geoekonomiczny, a teraz - geopolityczny. Zarządzana przez państwo chińska kapitalistyczno-komunistyczna hybryda pozwoliła temu krajowi stać się głównym nabywcą amerykańskich bonów skarbowych, podmiotem finansującym amerykańskie deficyty, a także - udzielającym strategicznych pożyczek producentom ropy w Rosji i Brazylii. Ponadto Chiny stały się dominującym - zwłaszcza, gdy chodzi o uprawianą hipokryzję - graczem G20. Pozornym przeciwnikiem globalnego protekcjonizmu, który jednak wszędzie i zawsze twardo chronił przed konkurencją własny przemysł. W ten sposób kształtowało przyszłe wyzwanie rzucone przez ten kraj Ameryce.

Biorąc pod uwagę - powiedzmy - krnąbrne osobowości prezydentów Trumpa, Xi Jinpinga, Putina i Erdogana, a także księcia Salmana, niedawny szczyt mógł zakończyć się fiaskiem w osiągnięciu porozumienia w jakiejkolwiek dziedzinie. Chociaż mielibyśmy wtedy do czynienia z pewną zgodnością z duchem czasów. Oznaczałaby ona publiczne uznanie, że świat nie jest już w stanie uzgadniać wspólnych działań w celu rozwiązania wspólnych problemów. Do końca dobiegłby proces rozpoczęty w 2008 roku próbą ustanowienia zasad zarządzania gospodarczego. Argentyńscy organizatorzy znali te obawy. Dlatego z góry zarysowali pewne bezpieczne tematy mające pomóc w zachowaniu twarzy - bezpieczeństwo żywnościowe i wpływ cyfryzacji na rynki pracy. We właściwej szczytom terminologii stanowią one odpowiednik tego, z czym wszyscy się zgadzają i czemu nikt nie zaprzecza. Jednak palący problem polega na czym innym - Kto tu rządzi i kto ustala reguły? A także - Kto egzekwuje ich przestrzeganie? Pierwotne szczyty miały stanowić coś w rodzaju rozmów przy kominku. Teraz ogień szaleje na zewnątrz i bije w okna.

Do rzeczy najważniejszych mogło dojść w rozmowie Trumpa i Xi Jinpinga - chodziło o rozejm w wojnie handlowej między Ameryką a Chinami. 1 stycznia przyszłego roku dojdzie do podniesienia z 10 do 25 proc ceł na 250 mld chińskiego importu. Trump zagroził także podniesieniem ceł na dodatkowe import o wartości 267 miliardów. Takie posunięcie oznaczałoby pełną wojnę handlową, której perspektywa osłabia z kolei zaufanie i spowalnia wzrost gospodarczy w Azji.

USA sądzą, że mają przewagę polegająca na tym, iż powstałą burzę mogą przetrwać lepiej niż Pekin i że odniosą taktyczną wygraną, jeśli uda się zmusić Chińczyków do ustępstw w kwestii nieuczciwej konkurencji w handlu czy kradzieży amerykańskiej własności intelektualnej. Forsowane przez Pekin subsydia dla eksporterów, manipulacje kursem waluty, brak przepisów dotyczących ochrony środowiska - Trump chciał, aby we wszystkich tych kwestiach następował progres. Ale jak można się było spodziewać Biały Dom sam nie bardzo wie, jak daleko może posunąć się z naciskiem w tych kwestiach. Sekretarz skarbu, Steve Mnuchin, ostrzegał przed możliwym wyrządzeniem szkód samym sobie i nawoływał do współpracy, co zaskarbiło mu najbardziej oszczercze określenie używane przez Trumpa - „globalista”. Z kolei negocjator handlowy Peter Navarro - autor świetnej pracy „Death by China” - włączony do delegacji na szczyt w ostatniej chwili wciąż uważa, że Waszyngton trzyma Pekin w szachu.

Pozostało jeszcze 62% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Aktywujesz kod bez rejestracji

Odblokowujesz dostęp jednorazowo, tylko na tej przeglądarce. Jeżeli chcesz w przyszłości wrócić do tego artykułu, skorzystaj z opcji aktywacji kodu z rejestracją - zarejestruj się.

Klikając w przycisk "Aktywuj kod i czytaj bez rejestracji" potwierdzam, że zapoznałem/am się z treścią informacji o zamówieniu oraz, nadto że żądam rozpoczęcia dostarczenia treści cyfrowych przed upływem terminu do odstąpienia od umowy w związku z czym utracę prawo do odstąpienia od umowy i wiem, że usługa jest odpłatna.

odzyskaj hasło

Klikając w przycisk "Aktywuj kod i zaloguj się" potwierdzam, że zapoznałem/am się z treścią informacji o zamówieniu oraz, nadto że żądam rozpoczęcia dostarczenia treści cyfrowych przed upływem terminu do odstąpienia od umowy w związku z czym utracę prawo do odstąpienia od umowy i wiem, że usługa jest odpłatna.

Aby móc przetwarzać Twoje dane osobowe w postaci adresu e-mail dla celów przedstawiania informacji handlowych na temat naszych towarów lub usług za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej, prosimy Cię o wyrażenie poniżej wskazanych zgód.

Pamiętaj, w każdej chwili możesz cofnąć zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Cofnięcie zgody nie wpłynie jednak na zgodność z prawem przetwarzania przez nas Twoich danych osobowych przed wycofaniem zgody. Szczegóły dotyczące zgody, w tym jej wycofania, znajdziesz w naszej Polityce Prywatności oraz w swoim profilu.

Administratorem Twoich danych osobowych jest spółka Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie, ul. Domaniewska 45, 02-672 Warszawa. Szczegółowe zasady przetwarzania danych osobowych przez Polska Press oraz uprawnienia użytkowników Serwisu Polskatimes z tym związane zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Twoje dane osobowe będą przetwarzane przez nas w szczególności w celu wykonania umowy (usługa świadczona drogą elektroniczną), w celach marketingowych w zakresie udzielonych zgód, jak też w innych celach marketingowych na podstawie naszego uzasadnionego interesu. Podanie przez Ciebie danych osobowych jest dobrowolne. Przysługuje Ci prawo do żądania od nas dostępu do swoich danych osobowych, prawo do ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych a także prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania przez nas Twoich danych osobowych. Więcej na temat Twoich uprawnień oraz celów przetwarzania danych przeczytasz w naszej Polityce Prywatności.

* Jeżeli klikniesz „Zaznacz wszystkie poniższe zgody” automatycznie zaznaczasz wszystkie zgody. Możesz też zaznaczyć lub odznaczyć każdą ze zgód z osobna.

** Zgoda wymagana.

Klikając w przycisk "Aktywuj kod i zarejestruj się" potwierdzam, że zapoznałem/am się z treścią informacji o zamówieniu oraz, nadto że żądam rozpoczęcia dostarczenia treści cyfrowych przed upływem terminu do odstąpienia od umowy w związku z czym utracę prawo do odstąpienia od umowy i wiem, że usługa jest odpłatna.

Roger Boyes

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.