Człowieka najbardziej uwiarygodnia dystans do samego siebie

Czytaj dalej
Fot. Artur Puk
Karolina Koziolek

Człowieka najbardziej uwiarygodnia dystans do samego siebie

Karolina Koziolek

Sprzeczności drzemiące w człowieku są jego największą wartością - uważa pisarz Jan Grzegorczyk, który właśnie wydał nową książkę o księdzu Groserze, bo - jak mówi upadł w postanowieniu, by o nim już więcej nie pisać.

W swoim życiu przeprowadził Pan wiele wywiadów, którymi wsadził Pan kij w mrowisko. Pana literaturę też trudno nazwać uładzoną. Skąd taka cecha?
Pisanie tego, o czym wszyscy wiedzą i tak samo myślą, nie ma większego sensu. Miałem odważnego ojca, która nie bał się ani w obozie niemieckim, ani za PRL-u. Dojrzewałem za czasów Solidarności, gdzie odwaga była czymś absolutnie naturalnym. Pracowałem kilkadziesiąt lat w miesięczniku „W drodze”, które było pismem poświęconym poszukiwaniom w wierze, a szukanie zakłada błądzenie. Najpierw moim szefem był człowiek wielkiej kultury, Marcin Babraj, a potem Paweł Kozacki, obecny prowincjał dominikanów. Podejmowaliśmy z nim drażliwe tematy w Kościele i z dyskusji nie wykluczaliśmy nikogo. Mój mistrz Roman Brandstaetter, autor „Jezusa z Nazarethu”, napisał mi, że patrzy na mnie jak na siebie z lat młodości, że lubię tak jak on kij wsadzać. A miał on przed wojną pseudonim „Literarischer Brandstiefter”, czyli literacki podpalacz. Bił się z wszystkimi w swoich czasach: z Boyem, Słonimskim. Bił się ostro. Mówił mi, że złośliwość to wielka cnota. To był jego oręż, którym on, Żyd, walczył z narodowcami. Kiedy został w czasie wojny chrześcijaninem, odtąd głosił miłosierdzie, jednak złośliwość jako przyprawa do osobowości mu pozostała. Mówił, że normalny człowiek bez złośliwości jest jak nieosolona zupa, a dla pisarza jej brak to tragedia. Brandstaetter powtarzał niezwykle ważną sprawę, że wątpliwości nie szkodzą wierze, że są jak szczepionka. Codziennie musimy udawać się na połów Boga, Bóg nie jest żadną błogą stabilizacją. Boga odnajdujemy poprzez pytania.

Pracował Pan w złotym okresie wydawnictwa „W drodze”.
Tak to były czasy, kiedy wszyscy chcieli do nas pisać. W latach osiemdziesiątych to pismo kościelne było wyspą wolności. Ściągaliśmy najlepszych pisarzy: Kamieńska, Stryjkowski, Kijowski, Herling-Grudziński. Ich teksty jednych zachwycały, inni darli miesięcznik na strzępy. Kontakt z tymi ludźmi dawał mi przekonanie, że pisarz duchowy, religijny, nie może być pisarzem z kruchty. Musi opisując świat używać takich samych środków, jak każdy inny twórca. A u nas przyjęło się uważać, że pisarz katolicki to pisarz drugiej kategorii. Mi zawsze towarzyszyła zasada Rene Chateaubrianda, który dawał taką receptę: „Pisz rzecz religijną tak, aby młodzieniec niedowiarek chłonął ją jak gorszącą powieść”. Zadaniem twórcy jest atrakcyjne pisanie. Jeśli masz ważne rzeczy do przekazania, to musisz do tego znaleźć atrakcyjną formę. Brandstaetter mówił, że teologowie zabili Boga swoim nudnym ględzeniem. Tymczasem wiara to jest coś fascynującego i trzeba tak o tym pisać, by ludzie chcieli to czytać. Próbuję być wierny tej zasadzie, moja „parafia czytelnicza” nie świeci pustkami.

Pańska powieść o przypadkach księdza Grosera „Adieu” w 2003 roku powędrowała na listy bestsellerów.
Tak, to było zaskoczenie, że ludzie mieli tak wielki głód książki, której głównym bohaterem był ksiądz. Ksiądz w tamtych czasach był postacią egzotyczną, znaną większości tylko od ołtarza. „Przez sześć dni niewidoczną, a siódmego dnia niezrozumiałą”. Wykorzystałem tę szansę. Miałem mnóstwo znajomych wśród księży, którzy opowiadali mi o swoim życiu, walkach, zmaganiach i zachęcali, bym o nich pisał.

Po „Adieu” napisał Pan „Trufle” i „Cudze pole” i mówił Pan, że trylogia wystarczy, że Bóg trójcę lubi.
Myślałem, że rozstanę się z Groserem, pisząc jego dekalog - dziesięć opowiadań z różnych okresów jego życia. Ale do jednego z nich zdobyłem tak fascynujący materiał od pewnego pastora w Austrii, że rozsadziło mi to opowiadanie. Powstała powieść „Jezus z Judenfeldu”, o tym, że w pewnej parafii w ołtarzu był Chrystus, do którego namalowania posłużył straszliwy esesman i ludzie się do tego wizerunku modlili, a mój pastor nie mógł tego wytrzymać...

Czyli upadł Pan ze swym postanowieniem.
Tak i byłem szczęśliwy, bo Brandstaetter powtarzał, że konsekwencja to jest przymiot diabelski. „Konsekwentny był Hitler, jak każdy psychopata, i co z tego wyszło?”. Cały czas głosił nauki, że sprzeczności drzemiące w człowieku są jego największą wartością. Dopiero po jego śmierci zrozumieliśmy tak naprawdę, o czym mówił. O swoim życiu, które rozpadało się na dwie nieprzystające do siebie części. Przed wojną był syjonistą i głosił hasła antychrześcijańskie, a po wojnie został największym pisarzem chrześcijańskim, autorem czterotomowej powieści „Jezus z Nazarethu”.

Nie sądzi Pan, że mówienie ludziom, że sprzeczności to cnota, może ludziom w głowach namieszać.
Nie, to jedna z podstawowych prawd o nas, którą trzeba przyjąć i się nie oszukiwać. I dopiero szukać pogodzenia sprzeczności na wyższym poziomie.

Wydał Pan teraz kolejny tom: „Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera”. Powód?
Pewien niewierzący student prosił mnie po napisaniu „Cudzego pola”, żebym pokazał dalsze losy księdza. Groser w finale został ukrzyżowany na budowie i wylądował w szpitalu, i student nie mógł się z tym pogodzić. To jest ten paradoks, nawet niewierzącym ksiądz jest do życia potrzebny.

Ale Pan w swych powieściach pokazuje bardzo różnych księży. Także upadających… mających romanse.
Słusznie, pokazuję różnych, bo różni są. Tak jak wszyscy ludzie. Ksiądz jest tylko przypadkiem bycia człowiekiem. Różnica między jednym księdzem a drugim jest nieraz większa niż między kominiarzem a profesorem. A upadek? To o czym pani mówi nie jest największym upadkiem księdza. Jego dramatem jest, gdy wypali się w miłości do Boga, do ludzi. Kiedy trwa na swoim stanowisku jako urzędnik… I nie promieniuje wiarą i miłością.

„Perłę” poświęcił Pan pamięci Jana Góry.
Tak, bo ojciec Jan tkwi w niej na wiele sposobów.

To znaczy, że Groser go przypomina?
Nie, w żadnym wypadku. Góra był jeden. Kiedy ojciec Nikodem Brzózy, zapytał księdza Józefa Tischnera, co sądzi o Janie Górze, ten mu odpisał na karteczce, bo nie mógł już mówić z powodu raka krtani: „Jeden taki musi być”.

Ale w ustach Grosera pobrzmiewają nieraz słowa ojca Jana. „Trzeba się wznieść nad ludzką malizną”…
Bo to piękne i pozwalało mu żyć. I innym pozwala. Ojciec Jan był człowiekiem miłosierdzia także z czysto pragmatycznych powodów. Wiedział, że człowiek żyjący urazami się dusi. On tak się wrył w naszą świadomość, że nieraz mówimy Janem Górą, ale to nie znaczy, że nim jesteśmy. Tak jak cytując Jana Pawła, nie stajemy się papieżem.

Pamięta Pan ostatnie spotkanie z ojcem Janem?
Oczywiście, 20 grudnia 2015. Pojechaliśmy do Lubinia. Miał tam wygłosić kazanie podczas jubileuszu pięćdziesięciolecia kapłaństwa benedyktyna, ojca Karola Meissnera. Rozpoczął je od „komplementów”. Mówił, że jubilat człapie, jest łysy, niski i nie grzeszy urodą, ale jest szalenie piękny i go kocha. Rozbroił tym wyznaniem cały kościół. Potem wypłynął na głębię. Przywołał zdarzenie, kiedy to próbował się dodzwonić do ojca Karola i znalazł go w kolejce do lekarza, siedział tam już kilka godzin… „I co ojciec tam robi?” „Modlę się”. „Jak?” „Psalmem. Jestem Twój, zbaw mnie, amen”. Góra wstrząśnięty tym wyznaniem poprosił, a raczej nakazał na koniec swego kazania, aby cały kościół powtarzał za nim: „Jestem Twój, zbaw mnie, amen”.

Wszystko zakończył „amen”. Także ostatnia Lednica byłą tak zatytułowana.
Tak, po kazaniu, na dziedzińcu przed kościołem podszedłem do niego i mówię: „To było jedno z najpiękniejszych ojca kazań”. „Jaja, sobie robisz, Jasiu…” „Nie, jestem z ojca taki dumny…” - odpowiedziałem szczerze. Oczy mu się zaszkliły. Ostatnimi laty zarzucano mu, że się powtarza, ględzi. „Góra wraca do swej świetności” - pomyślałem.

Spytał, czy przyjadę na sylwestra na Jamną. „Nie mogę, ojcze, jadę do Afryki”. „Po co?” „Zdobywać Margheritę, najcięższą górę w Afryce”. „To na Jamną już nigdy nie dojedziesz…” „Dojadę”. Wymieniliśmy jeszcze parę zdań. Z perspektywy tego, co nastąpiło, dla mnie wstrząsających. I pożegnaliśmy się. Na drugi dzień zmarł. W czasie rorat odprawianych o 18 w swojej kaplicy „U Pana Boga za piecem”. Odszedł nagle od ołtarza, kazał Eli Drożniewicz popilnować, żeby się coś złego nie stało. Ludzie myśleli, że musiał wyjść do toalety. Dopadł go zawał. Próbował jeszcze wrócić, kaszląc krwią…

Kiedyś, jako młody kapłan, pojechał do prymasa Wyszyńskiego i w trakcie roz-mowy cały czas kaszlał. Prymas spytał, skąd ten kaszel. „To z pasji do Jezusa”. „Z pasji do Jezusa trzeba długo i mądrze pracować”. Góra całe życie kaszlał, wszystkich do tego przyzwyczaił.

I co z Pana Afryką?
Pojechałem po kilku tygodniach, całkowicie nieprzygotowany. Chciałem nabyć kondycji i jakichś podstaw alpinizmu. Nie dało rady. Przez kilka tygodni pisałem teksty o nim. Margheritę zdobyłem przez kilka dni brnąc przez błota, dżunglę, wspinając się po lodowcach. Przekraczając siebie we wszystkich wymiarach. Kiedy po zejściu ze szczytu uczestniczyłem we mszy odprawianej przez współuczestnika wyprawy, franciszkanina Marka Warzechę, dotarła do mnie data 21 stycznia. Zdobyłem górę, o czym nie wiedziałem, dokładnie w miesiąc od śmierci ojca Jana, w który to miesiąc nie wiedziałem, jak wejść. Kochał symbole i po śmierci przychodzi do nas w symbolach, by nam powiedzieć, że nas nie opuścił. Że nadal jest przy nas, na Lednicy, na Jamnej i wszędzie tam, gdzie próbujemy zmagać się z naszymi niemożliwościami.

Dwa lata temu napisał Pan z nim książkę „Święty i błazen”, rozmowę przetykaną różnymi świadectwami o nim, która okazała się jego testamentem.
Tak, Góra dla jednych był świętym, dla innych błaznem. Błazen ma dwa zasadnicze znaczenia - to ten, który na dworze władcy miał przywilej mówienia wszystkiego, ale to także ten, którego podejmowane dzieła kończą się klapą. Ktoś, kto się zbłaźnił. No i Górze bardzo często prorokowano, że jego dzieła taki będą miały finał. Kiedy postanowił wybudować Rybę lednicką, niektórzy powiadali, że na niej zawiśnie.

21 grudnia minął rok od jego śmierci. Z oddalenia lepiej widać, kim był?
Był gigantem i miał szereg wad czy też słabości. Jedni nie tolerowali jego „nielegalnych metod działania”, którymi przywodził do rozpaczy nie tylko swoich przełożonych. Mówiłem mu, że „zdemoralizował” go Karol Wojtyła. Kiedyś poszedł do niego, jak ten był arcybiskupem Krakowa, prosić, czy może odprawić mszę świętą w mieszkaniu swojej cioci. Wojtyła zaczął cedzić: „Wprawdzie… prawo kanoniczne…” - a Góra się wstrzelił i mówi: „Dziękuję, zrozumiałem”. Arcybiskup dokończył: „Kto wiele pyta, ten wiele otrzymuje odpowiedzi”. I od tej pory Góra już o nic nikogo nie pytał. „Święta nielegalność” . Normalnymi metodami nie dokonałby tego, co dokonał. Nawet pochowali go na Lednicy bez koniecznych papierów…

Przyznawał się, że był raniony i ranił ludzi.
Zaprzęgał ludzi do swych dzieł, ale nie wszyscy nadążali, no i się obrażali. A on nie zawsze był delikatny. Liczył się cel. Wszystkich pytał, jak co zrobić, ale i tak robił po swojemu. Raz na Jamnej kazał zasadzić rząd drzew z północy na południe, a gdy już ludzie wykonali polecenie, namyślił się i mówi: „Nie, jednak ze wschodu na zachód”. Ludzie powtarzali słynne zdanie: „Hebluj, synku, hebluj. Przyjdzie tatuś, siekierką wyrówna”.

Jego wielką mocą, ale i na koniec słabością był Jan Paweł II. Reagował nerwowo wobec tych, którzy nie rozumieli jego miłości do papieża Polaka. Wpadał w szał… Wszystko odnosił do Jana Pawła II, kiedyś na Lednicy na wielkiej replice obrazu Rembrandta „Powrót syna marnotrawnego”, kazał zastąpić twarz Ojca miłosiernego, twarzą Jana Pawła. Co to była za obraza dla niektórych. Chcieli go podawać do sądu… Nie potrafi żyć po 21.37.

Kogo było w nim więcej - kapłana czy artysty?
Nie należy tego rozstrzygać. To była jednia sztuki i wiary. Żył zdaniem Brand-staettera: „że aby prawdziwie wierzyć, musimy się stać artystami wiary”. Wiedział, że kapłan musi być atrakcyjny. Dla Bożej Prawdy, nieraz potrafił skłamać.

Jak?
Na przykład napisał kiedyś w książce o Brandstaetterze, że pan Roman mówi do niego. „Jakie to życie w Poznaniu, nudne, ojcze, ludzie tylko załatwiają interesy. Wracajmy do swoich, do Galicji”. „Dobrze, panie Romanie, wracajamy”. „Ech - odparł Brandy - tam wszyscy genialni, a tu my tylko dwaj”. No i po ukazaniu się książki zadzwonił do niego rozżalony Wiesiek Komasa, bo on był autorem tego powiedzenia i to on złożył taką propozycję Górze po jednej z „siedemnastek”. „Wiesiu, co to ma za znaczenie?” Nie rozumiał, że ukradł Wiesiowi kawałek duszy i sprezentował go dla legendy Brandstaetterowi. Uprawiał „święte złodziejstwo”. Dla Bożych celów można kraść. W latach siedemdziesiątych jeździł do Taize i kradł tam kanony, którymi rozśpiewał młodzież na „siedemnastkach”, na które waliło pół Poznania. Więc jak potem inni go okradali i go naśladowali, nie miał pretensji. Był jednym z pierwszych kapłanów, który pokazał, jak może być atrakcyjne kapłaństwo i liturgia.

Co się stało, że gwiazda Góry z latami przygasła?
Powiedziałbym, że raczej świeciła inaczej. W latach siedemdziesiątych Góra głosił wolność i mówił, że sens życia polega na swobodnym wędrowaniu i nieposiadaniu balastów. Ale w 1991 roku stało się coś nieoczekiwanego, jego duszpasterstwo odniosło wielki sukces na Jasnej Górze. Jan Paweł II zachwycił się napisanym przez niego „Abba Ojcze”, do melodii Jacka Sykulskiego. Wkrótce potem dostał od górali na Jamnej starą drewnianą szkołę. I odezwały się w nim chłopskie geny. Zaczął skupywać ziemię i zabiegać o sponsorów, żeby mieć za co budować. Stał się księdzem budowniczym, żywicielem tłumów młodzieży. Nie miał już tyle czasu na gładzenie swoich kazań, pisanie książek.

Góra, kiedyś ten atrakcyjny kapłan, za którym wzdychały dziewczęta, mówił o sobie w ostatnich latach, że wygląda jak ropucha rozjechana przez tira.

Wiedział, że człowieka najbardziej uwiarygodnia dystans do samego siebie. Na starość odnalazł się w byciu błaznem. Nigdy nie chciał być bezwonnym sucharkiem. Wszystko, co robił, i w tym pierwszym okresie, i w tym drugim, miało jeden cel: wyżebrać człowieka dla nieba.

Bardzo przeżył, gdy mu odebrano duszpasterstwo akademickie?
Cierpiał straszliwie, ale jednocześnie zachował się jak żołnierz. Przyjął z godnością wszelkie degradacje, bo wiedział, że może „zrobić duszpasterstwo nawet na wiadrze”. To, co się stało, było gdzieś zasługą obu stron konfliktu. Góra drażnił swoją wielkością. Bracia nie wytrzymywali, że to, co on robi, jest ważne, a ich nieco mniej. I niektórzy postanowili mu udowodnić. Ale dla mnie to nie jest jakaś historia gorsząca. Dominikanie, jak kilka innych zakonów, to zakon indywidualistów. Normalne, że nie wszyscy chcieli mu służyć. Sami chcieli świecić dla chwały Pana. A poza tym tak właśnie kształtują się święci, gdyby pewne osoby mu nie dokuczały, trudniej byłoby mu wejść na ołtarze.

To znaczy Pan już go kanonizował?
Tak, dla mnie jest już świętym. Oddał życie, żeby nas wyżebrać dla nieba. To jest niewiarygodne, ilu ludzi połączył łańcuchem miłości. Nie rozróżniał ludzi na tych z lewa, z prawa, z góry, z dołu. Chciał wszystkich zgromadzić pod Rybą. Także tych, którzy mu Lednicę utrudniali. To było jego marzenie nad marzeniami. Chciał się z wszystkimi absolutnie pojednać. To może być patron na te czasy.

Karolina Koziolek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.