Czy w Turcji będą rządy jednego człowieka?

Czytaj dalej
Fot. AFP/EAST NEWS
Ebru Orhan

Czy w Turcji będą rządy jednego człowieka?

Ebru Orhan

W czasie zaplanowanego na niedzielę referendum Turcy zdecydują, czy należy powierzyć całą władzę w kraju w ręce prezydenta. Sytuacja w kraju przed głosowaniem jest bardzo napięta. Sondaże podają bardzo rozbieżne wyniki.

Turcja szykuje się na niedzielne referendum w sprawie zmian w konstytucji. Im bardziej zbliża się ten termin, w kraju robi się tym goręcej. Firmy sondażowe mają pełne ręce roboty, bowiem w kraju nastąpił szał sondaży. Prawie codziennie ogłasza się sondaże, wyniki których zmieniają się zależnie od firmy ich dokonującej oraz oczywiście zależnie od zleceniodawcy.

Kraj wszedł w ostatni zakręt, w ubiegłą niedzielę częściowo rozpoczęła się cisza wyborcza. Jeśli zmiany wejdą w życie, to prezydent Recep Tayyip Erdogan m. in. będąc głową państwa jednocześnie będzie miał prawo do zachowania członkostwa w partii politycznej, będzie stać na czele rządu i samodzielnie będzie mianować ministrów i wiceprezydentów, i będzie mógł również ich odwoływać. Urząd premiera zostanie zlikwidowany.

Jednak w Turcji w sprawie tych zmian zarówno partie polityczne, jak i samo społeczeństwo są mocno podzielone. Zwolennicy zmian głoszą, że one są konieczne, by zapewnić Turcji stabilność polityczną i gospodarczą. Rzecznik oraz wiceprzewodniczący Partii Sprawiedliwości oraz Rozwoju (AKP) Yasin Aktay twierdzi, że Turcja przed każdymi wyborami parlamentarnymi pozostaje w niepewności, która grozi jej ewentualnymi rządami koalicyjnymi. Zdaniem Aktaya wszystkie rządy koalicyjne do tej pory utrudniały sprawowanie władzy w Turcji, a rządy jednej partii - tak jak za rządów AKP - umożliwiały krajowi stabilność oraz rozwój.

Z kolei przeciwnicy zmian ostrzegają przed autorytaryzmem czy dyktaturą. Wiceprzewodniczący największej partii opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) Bülent Tezcan oświadcza, że zmiany doprowadzą w kraju do likwidacji demokratycznej republiki. „Władza wykonawcza oraz sądownicza przechodzą całkowicie w ręce prezydenta, władza ustawodawcza stanie się nieskuteczna, nie będzie m.in. miała prawa złożyć interpelacji, nie będzie mogła wprowadzać wotum zaufania, a prezydent będzie sprawować władzę za pomocą dekretów” - mówi Tezcan. Rzecznik prokurdyjskiej Demokratycznej Partii Ludów (HDP) Osman Baydemir, której 13 deputowanych, w tym liderzy, oraz tysiące członków znajduje się w areszcie w związku ze śledztwem w sprawie propagowania terroryzmu, twierdzi, że prezydent nie będzie przed nikim odpowiedzialny, nie będzie też możliwe postawienie go przed sądem. „Prezydent sam wybierze sędziów Trybunału Konstytucyjnego oraz członków Najwyższej Rady Sędziów i Prokuratorów. Czy ci mianowani przez Erdoğana sędziowie będą go w razie czegoś sądzić? Oczywiście, że nie tworzy się reżim jednoosobowy, dyktatura” - dodaje Baydemir.

Referendum to podzieliło nie tylko partie siły polityczne i społeczeństwo, lecz także całą partię, Partię Ruchu Narodowego (MHP). Jej szef Devlet Bahçeli po długim uporze zgodził się na przejście na system prezydencki, po czym zarówno kadra partii, jak i jej wyborcy ostro krytykowali lidera i jego otoczenie. Były poseł Sinan Oğan, który po wykluczeniu z członkostwa w MHP został przywrócony decyzją sądu, nie zostawia suchej nitki na Bahçelim. „Jest nam bardzo trudno zrozumieć, co się stało, że w ciągu jednej nocy pan Bahçeli zmienił się o 180 stopni. Prezydent Erdoğan, aby zapewnić sobie i swojej rodzinie bezpieczeństwo chce zmienić system. Dyskursy takie, jak: silna demokracja, silna gospodarka są wielkim kłamstwem. Od 15 lat rządzi Turcją ta sama partia, ten sam Erdoğan. Czego chcieli dokonać, a nie mogli? Czego albo jakich instrumentów im zabrakło, aby zlikwidować w kraju bezrobocie? Zniszczyli także politykę zagraniczną kraju, skłócili się prawie ze wszystkimi krajami. Co do tej pory właściwego zrobili, że mają zamiar to kontynuować w systemie prezydenckim, - jeśli na taki przejdziemy? Jedno jest pewne: w nowym systemie Turcja będzie rządzona żelazną pięścią” - mówi Oğan.

Jednak AKP odpiera zarzuty, które kierują pod jej adresem inne partie. Według Yasina Aktaya zmiany bardziej zbliżają Turcję do demokracji, a partie opozycyjne zupełnie nie zrozumiały tej reformy. „Niezależnie od tego, czy podoba wam się czy nie, jednak obecny system umożliwiał i nadal umożliwia prezydentowi Erdoğanowi kumulować wszystkie uprawnienia w swoich rękach, zatem stan po reformie nie będzie niczym nowym w stosunku do obecnej sytuacji. Pan prezydent chce, aby utworzył się stabilny rząd, a nawet w tej reformie jeszcze jest coś dobrego, to jest możliwość postawienia prezydenta przed sądem. W obecnym systemie nie można go stawiać przed sądem oprócz przypadku zdrady ojczyzny” - mówi Aktay.

Jednak Bülent Tezcan ma inne zdanie. Według niego Erdoğan i jego ludzie boją się, że utworzony przez nich system kiedyś się zawali. Tezcan mówi, że to zagrożenie dla nich pojawiło się 7 czerwca 2015 roku. W wyniku przeprowadzonych w tym dniu wyborów AKP po raz pierwszy nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów, tj. 276, aby samodzielnie rządzić krajem, którym rządziła od 2002 roku. Zdaniem Tezcana to Erdoğanowi i jego ludziom pokazało, że ich władza nie jest wieczna.

„Po drugie, ówczesny premier Ahmet Davutoğlu chciał skorzystać z uprawnień premiera zamiast być pseudopremierem. To też znaczyło dla nich, że nie można panować nad kimś na zawsze. Dlatego teraz starają się by system działający de facto miał prawną podstawę” - kontynuuje Tezcan. Jest dobrej myśli, wierzy, że obywatele nie przekażą swoich uprawnień w ręce jednego człowieka. Jeśli społeczeństwo tureckie powie „nie”, to napięta atmosfera w kraju się skończy, wtedy można będzie zajmować się prawdziwymi problemami, takimi jak gospodarka.

Z kolei Osman Baydemir przekonuje, że jeśli wynik referendum zabrzmi „nie”, to nikt nie straci, wszyscy będą wygrani, również AKP - bo będzie miała okazję do konfrontacji ze swoimi błędami. Zdaniem Baydemira Kurdowie powiedzą tej zmianie „nie”, w ten sposób jednocześnie powiedzą „nie” polityce wojennej, prowadzonej obecnie w rejonach wschodnich i południowo-wschodnich Turcji, zamieszkałych głównie przez Kurdów. „Kampania referendalna nie toczy sie uczciwie, przede wszystkim jest stan wojenny, nasi działacze są cały czas pod presją funkcjonariuszy. Odkąd zaczęliśmy kampanię na „nie” zatrzymali 1400 członków naszej partii, 350 z nich aresztowali, zakazali nam emitowania piosenki referendalnej, zatrzymują nasze samochody, piszą mandaty, konfiskują nasze plakaty, ulotki...” - wylicza Baydemir.

Rzecznik AKP Yasin Aktay przekonuje, że jeśli społeczeństwo powie „tak”, to od razu zacznie doświadczać korzyści tych zmian. Jeśli „nie”, to nie można zmusić społeczeństwa, być może kiedy indziej partia zdoła zaproponować mu nieco inną zmianę. Aktay jest przekonany, że partia rządząca chce „tej ważnej i słusznej zmiany” dla narodu tureckiego. Jeżeli chodzi o karę śmierci, o której w swoich niektórych wystąpieniach mówi prezydent Erdoğan, rzecznik mówi, że to jest postulat ludu. Kontynuuje: „O karze śmierci mówi się na wiecach. W demokracji nie można ignorować silnego postulatu, nigdy nie ignorowaliśmy żądań ludzi, zawsze staraliśmy się uprawiać politykę zgodnie z ich postulatami. Po referendum można zajmować się wprowadzeniem kary śmierci, ponieważ w niektórych przypadkach - jak np. gwałt czy próba zamachu stanu - bez kary śmierci sprawiedliwości nie może stać się zadość. W takich przypadkach kara śmierci nie jest sprzeczna z prawami człowieka.”

Kiedy przypomina mu się aspiracje Turcji do Unii Europejskiej, oskarża Unię o hipokryzję. „Unia Europejska podpisała z USA umowę o wolnym handlu, jeśli Unia jest uczciwa, to mogła zerwać wszystkie kontakty z USA dlatego, że w Stanach też jest kara śmierci. Nas nie interesuje, co powie Unia. Kiedy doszło do próby puczu wojskowego Unia Europejska nie potępiła tego czynu i ta Unia ma nas pouczać? Turcja o wiele bardziej wyprzedziła UE, jeśli porównywać wartości europejskie pod względem demokracji bądź pomocy humanitarnej. UE wydaje pieniądze, aby pozostawiać uchodźców poza swoimi granicami, a Turcja przyjęła trzy miliony uchodźców. Niech Unia spojrzy na siebie w lustrze!” -mówi Aktay.

Z niektórych sondaży wynika, że w referendum na „nie” zagłosuje 52 proc. wyborców, w innych zaś - że będzie to 57 proc. Najświeższe sondaże wskazują, że przeciwnicy zmian mają minimalną przewagę (i zmienia się ona na bieżąco). Natomiast prorządowe media powiadamiają, że 55 proc. obywateli zagłosuje na „tak”. Szacuje się, że kryzys dyplomatyczny Turcji z Holandią oraz Niemcami, które uniemożliwiały tureckim ministrom na swoich terenach agitowanie na rzecz prezydenta Erdoğana, będzie miał wpływ na głosy na „tak”.

Głosowanie obywateli żyjących poza granicami Turcji już się zakończyło. Według wstępnych ustaleń frekwencja w nim wynosiła 47 proc., w 57 krajach ok. 1 milion 400 tys. osób poszło do urn, najwięcej głosów (695 tys.) oddano w Niemczech, gdzie żyje największa społeczność turecka.

Ebru Orhan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.