Dekalog” w Teatrze Narodowym – moralitet bez łatwych odpowiedzi

Czytaj dalej
Fot. MATERIAŁY PRASOWE/Marta Ankiersztejn
Piotr Zaremba

Dekalog” w Teatrze Narodowym – moralitet bez łatwych odpowiedzi

Piotr Zaremba

„Dekalog” w Narodowym zaskakuje dyskursywnością, otwartością na pytania. To nietypowe dla czasów, gdy na scenach dominują ideologiczne deklaracje. Tu mamy ducha Kieślowskiego i Piesiewicza, uważnych, czułych wobec najgorszego ludzkiego pogubienia, choć nie podsuwających człowiekowi łatwych usprawiedliwień.

Teatr Narodowy porwał się na „Dekalog” Krzysztofa Piesiewicza i Krzysztofa Kieślowskiego. To, przypomnę, serial telewizyjny złożony z 10 odcinków, pokazywany w latach 1989-1990. Dwa filmy „Krótki film o miłości” i „Krótki film o zabijaniu” nim stały się jego odcinkiem 5 i 6, były wcześniej wyświetlane w kinach. Tu zaś całość stała się tworzywem trzygodzinnego spektaklu.

Czego się bałem?

Idąc na premierę, miałem wątpliwości. Pierwsza, czy to jest w ogóle do przekształcenia w materię teatralną. I jak pomieścić w jednym widowisku te wszystkie, jakże różnorodne historie ilustrujące wyzwania moralne wynikłe z 10 przykazań? Każda z tych przypowiastek była sama w sobie splątana, nieprosta, mnożąca wątpliwości. Może więc dojdzie do selekcji? Ale co zostanie wybrane i kosztem czego?

Wątpliwość druga, co z tym zrobi duet: reżyser Wojciech Faruga i dramaturżka Julia Holewińska, których kojarzę jednak z wrażliwością progresywną, ze skłonnością do ideowych, jeśli nie ideologicznych manifestów?

Prawda „Matka Joanna od aniołów”, poprzedni produkt tej pary na małej scenie Narodowego, okazała się bardziej refleksją niż manifestem. A jednak bałem się, co zrobi ta para z tekstami tak bardzo niezwykłymi, bo powstałymi na długo przed obecną wojną kulturową, pisanymi jakby w poprzek każdego ideologicznego stereotypu? Skądinąd jako autor adaptacji występuje Gruzin Davit Gabunia, nieobecny na premierze. Nie objaśniono nam podziału kompetencji między nim i Holewińską.

I wreszcie jeszcze inna moja obawa. To było pytanie o żywotność samej myśli mecenasa Piesiewicza (bo to on jednak był scenarzystą) i reżysera Kieślowskiego. „Dekalog” budził we mnie respekt samym rozmachem pomysłu, ale nie wszystkie te historie przyjmowałem równie entuzjastycznie. Chwilami doznawałem wrażenia sofistyki, mnożenia dylematów dla jakiegoś intelektualnego eksperymentu. Dylematów zbyt nienaturalnych wobec faktury życia.

Choć zarazem w niektórych z nich było coś porywającego, była odwaga w stawianiu pytań bez narzucania odpowiedzi. Ale czy to się nie zestarzało? Czy pociągnie mnie i innych widzów, kiedy wszystko już potem widzieliśmy. I kiedy staliśmy się tacy niecierpliwi.

Jak to przyrządzono?

Obawy okazały się niepotrzebne. Ale zacznę od informacji najprostszych: jak to zostało zrobione. Dostajemy w sumie wszystkie 10 historii. Punktem wyjścia jest seminarium pani profesor od etyki (w tej roli, choć nie tylko w tej, Sławomira Łozińska). Większość aktorów markuje na początku role jej studentów, to między nimi wybuchają pierwsze dyskusje i spory. Potem ci sami aktorzy odgrywają przed nami sceny z poszczególnych odcinków – każdy bierze na siebie kilka postaci, poza Gabrielą Muskałą, która pojawia się w drugim akcie jako pojedyncza bohaterka.

Dwie z tych historii zostają tylko opowiedziane: przykazanie drugie („Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego nadaremno”) i dziewiąte („Nie będziesz pożądał żony bliźniego swego”). Przykazanie pierwsze, zilustrowane przez Kieślowskiego i Piesiewicza historią o racjonaliście, który traci dziecko, choć wierzył, że da się matematycznie wyliczyć przyszłość, to z kolei ledwie ułamek scenki.

Niektóre z historii nakładają się i przeplatają. Stosunkowo najbardziej rozbudowane okazuje się przykazanie szóste, czyli „Krótki film o miłości” (młody chłopak podgląda kobietę swobodnych obyczajów), oraz dziesiąte, opowieść o dwóch braciach, którzy stają się właścicielami kolekcji znaczków odziedziczonych po ojcu. W pierwszym Grażyną Szapołowską „jest” Małgorzata Kożuchowska, a Olafem Lubaszenką – Paweł Brzeszcz. W drugim Jerzego Stuhra i Zbigniewa Zamachowskiego zastępują Mateusz Kmiecik i Adam Szczyszaj.

Mamy charakterystyczne dla Farugi metody narracji - upodobanie do ruchowych metafor, kiedy aktorzy nie grają realistycznie, ale ilustrują słowa swoistą choreografią. Zarazem te pokawałkowane, poprzekładane niczym puzzle historie, okazują się dzięki zręcznym zabiegom dramaturgicznym klarowne i naładowane sporym dramatyzmem.

Oto Karol Pocheć dźwiga na swoich barkach kochankę, Małgorzatę Kożuchowską, a wszystko dzieje się wieczór wigilijny (odcinek trzeci, „Pamiętaj, aby dzień święty święcić”). Z kolei Edyta Olszówka stacza pojedynek słowny z ojcem, Wiesławem Cichym, który nim tak naprawdę nie jest (przykazanie czwarte). Ta sama Edyta Olszówka wykrada swoje dziecko własnym rodzicom, którzy wychowywali je niejako w jej zastępstwie (siódme – „Nie kradnij). Pada pytanie, czy dziecko jest czyjąś własnością, a jeśli tak, to czyją.

Pewna skrótowość, by nie rzec zdawkowość tych przypowieści, staje się w ostateczności ich siłą. W dodatku te historie do pewnego stopnia, czasem bardzo pomysłowo, przeglądają się w sobie nawzajem. Umowność aranżowania sytuacji niejako na gorąco, na naszych oczach, wcale nie pozbawia ich sugestywności, nawet jeśli w kilku miejscach widziałem ślady premierowych szwów, niedokładności czy przejawy nadmiernego chaosu.

Ta jedna historia wymiata!

To był jednak w sumie świat Kieślowskiego z Piesiewiczem, uważnych i w jakimś sensie czułych wobec najgorszego ludzkiego pogubienia. Nie podsuwających człowiekowi łatwych usprawiedliwień, czasem zderzających go z okrucieństwem losu, a przecież oferujących rozmaite formy oczyszczeń. To się na tej małej salce czuło. Chwilami wręcz fizycznie.

Największą gęstość osiąga ta „opowieść o opowieściach” w sekwencji przedostatniej, to przykazanie Ósme („Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”) . Gabriela Muskała jako naukowiec z Ameryki, nawiedza panią profesor, czyli Łozińską. Na forum seminarium pojawia się historia z czasów wojny, kiedy to pewna katoliczka odmówiła udziału w fikcyjnym chrzcie żydowskiego dziecka powołując się na racje moralne. Co naraziło dziewczynkę na śmiertelne niebezpieczeństwo. Bohaterkami tego odległego zdarzenia są obie kobiety.

Zastanawiam się, jak to by było opowiedziane przez większość autorów współczesnych. Zapewne jako przyczynek do dyskusji o zakłamanych chrześcijanach i samolubnych Polakach. Ale Piesiewicz i Kieślowski byli ponad takie uproszczenia, powtórzę typowe dla czasów ideologicznych bojów.

Wojenne decyzje mają tu swoje drugie dno i niełatwo jest podjąć werdykt osądzający kogokolwiek. Co wcale nie ułatwia sytuacji pani profesor, bo to ona czuje się winna. Jest to pięknie zagrane przez obie aktorki: Muskałę i Łozińską, krzesana przez nie wielka emocja udziela się widzom. Zawiera się w tym skądinąd prawdziwa groza moralnych wyborów. Choć i nadzieja na niełatwe pojednanie, kiedy zna się już całą prawdę.

Przyznam, że nie zazdroszczę komuś, kto musiałby powiedzieć jednoznacznie: w tej sytuacji trzeba było postąpić tak i tak. Za samą tę jedną, pięknie i mądrze opowiedzianą historię należałoby autorów tego spektaklu mocno wysławiać.

Wątpliwości i siła aktorstwa

Nie do końca za to przekonał mnie finał, wyjęty z „Krótkiego filmu o zabijaniu”, czyli z przykazania piątego. Ale to dlatego, że zawsze uważałem metodę Kieślowskiego: dyskutowania o karze śmierci przy pomocy swoistego szantażu emocjonalnego, za co najmniej wątpliwą.

Wiadomo, że pokazanie młodego skazańca, skądinąd sprawcy okrutnego zabójstwa na taksówkarzu, jako istoty, która się panicznie boi, daje przeciwnikom tej kary dodatkowe punkty. Ale czy to istotnie rozstrzyga dylemat pytania: na czym powinna polegać sprawiedliwość? Moim zdaniem nie. Sam wobec kary śmierci składam się z wątpliwości w każdą stronę. I nie chcę ułatwiania mi czegokolwiek.

Skądinąd jednak, choć w tym akurat punkcie „Dekalog” budzi moje największe opory, wykonane to jest po mistrzowsku. Karol Pocheć jako pełen wyrzutów sumienia adwokat oraz najmłodszy z obsady Paweł Brzeszcz jako przerażony Jacek dają popis oddawania sytuacji ostatecznych. To ma wymiar tragedii. Choć przecież konwencja tego spektaklu nie pozwala na budowanie pełnych postaci, na psychologiczny rysunek ma się ledwie po parę minut. Ale jak oni z tych paru minut korzystają!

Wspaniała jest Małgorzata Kożuchowska we wszystkich rolach, ale zwłaszcza jako podglądana przez lunetę „grzesznica” Magda. Jest w niej wytrawny smak, jest charyzma, nie ma szarży. Świetnie maluje kolejne portreciki miotanych rozterkami kobiet Edyta Olszówka.

Adam Szczyszczaj i Mateusz Kmiecik grają odcinek o rozbudzonej miłości do znaczków, czyli do własności, może najbardziej komediowo. Ale na ile pamiętam, tamta przypowiastka taka właśnie była i obaj aktorzy w sumie świetnie balansują między zabawą ludzkimi słabostkami a ludzką prawdą. To przecież wcale nie tylko historia o pokusach, także o odnajdujących się wzajemnie braciach, o odradzającej się więzi. Te momenty nadziei są może najmocniejszą stroną „Dekalogu”.

Partneruje im znakomicie Wiesław Cichy jako drapieżny właściciel filatelistycznego sklepu. A dopiero co, przed chwilą, był sugestywnym, bezradnym ojcem borykającym się z miłością do córki, która nie jest córką. To dla aktorów sprawdzian wszechstronności, trzeba w jednej chwili zmieniać się w kogoś kompletnie innego. Ale to też lekcja delikatności. Zauważmy, jak subtelnie obszedł się Kieślowski z tematem tak dwuznacznym jak w istocie erotyczna więź łącząca członków jednej rodziny. Więź zakazana? Ale co z nią począć?

Aktorzy, nie tylko Olszówka i Cichy, ale wszyscy, egzamin z tej subtelności zdają celująco. Sprzyja temu powściągliwość w budowaniu tła: nienachalna, funkcjonalna scenografia Katarzyny Borkowskiej czy dyskretna muzyka Bartosza Dziadosza. Ale sprzyja też decyzja Farugi aby nie przesłaniać własnym „ego” myśli i wrażliwości duetu: Kieślowski-Piesiewicz.

Teatr który dotyka

Jan Englert powiedział po tej premierze, że to jego ulubiony rodzaj teatru. Taki co nie bije po twarzy brudną ścierką, a jedynie dotyka. Metaforę słyszałem któryś raz, ale przecież dyrektor artystyczny Narodowego ma rację. Oby taki teatr trwał jak najdłużej. I jeszcze wciągał w swoje tryby nowych adeptów. Choćby Pawła Brzeszcza, który będąc świeżo po Akademii, zagrał świetnie i Tomka z historii miłosnej, i zaszczutego Jacka.

To jego święto, i całej tej ekipy. Jedno mi może tylko trochę przeszkadzało. Englert mówił o wielkiej więzi wytworzonej między aktorami a publiką. Zapewne coś z tej atmosfery dawało się wyłowić. Ale męczyli mnie ci reprezentanci premierowej, więc w teorii wyselekcjonowanej widowni, którzy niemal każdą scenę, każdy dialog, nie tylko przygody braci dziedziczących znaczki, usiłowali traktować jako komediową. Więc rechotali, rechotali, rechotali.

Tacy widzowie są plagą każdej premiery, tak teatralnej jak kinowej. Pełno ich było na ostatnim festiwalu w Gdyni, pełno ich wszędzie. A jednak łapałem się na obawie. A może Kieślowski i Piesiewicz już stracili dla wielu surową powagę moralitetu? Stąd ten pusty śmiech pokrywający niezrozumienie? Może to tylko ja tę powagę wyczuwam?

Ale są to chyba nadal obawy na wyrost. Nie było wprawdzie na scenie tajemniczej postaci granej we wszystkich odcinkach serialu przez Artura Barcisia, symbolizującej jakieś nieuchwytne przesłanie. Ale pozostała poezja ludzkiego losu o wydźwięku w sumie chrześcijańskim, choć to chrześcijaństwo niekonwencjonalne, niełatwe, nie układające się w prosty schemat. Warto było to sobie przypomnieć, nawet gdy z nie każdym zdaniem się mechanicznie zgadzam. Jest o czym myśleć i o czym rozmawiać.

Piotr Zaremba

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.