Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Dzięki temu, że w domu była biżuteria, ratowało się życie ludzkie

Czytaj dalej
Fot. Archiwum pani Anny
Szymon Kozica

Dzięki temu, że w domu była biżuteria, ratowało się życie ludzkie

Szymon Kozica

Był wrzesień 1939 roku. – Mama próbowała wykraść ojca ze szpitala. Udało się. Furmanką, opłaconą kosztownościami, przewieziono go do Lwowa. Bo Rosjanie już szukali oficerów, nauczycieli – mówi Anna z Królów Stawiarska.

Pani Anna podaje mi swój pamiętnik z lat dzieciństwa. „Pamiętniczek Hanki Królówny” ma ponad 70 lat. Mój wzrok zatrzymuje się na wierszu, który 22 sierpnia 1944 roku wpisał tu radziecki major:

„Miał Chrystus młodzieniec sad,
W którym pielęgnował dużo róż.
Po trzykroć w ciągu dnia podlewał je,
Aby potem upleść sobie wianek z nich.
Kiedy już róże zakwitły,
Wesołe dzieci przywołał on,
Zerwały one po jednym kwiatku i opustoszał sad.
Jak upleciesz teraz wianek?
W Twoim sadzie nie ma już róż!
Zapomnieliście, że ciernie zostały jeszcze mi – powiedział Chrystus.
I krople krwi zamiast róż
Czoło upiększyły mu”.

Widać major był melomanem, miłośnikiem twórczości Piotra Czajkowskiego, bo to cytat z „Romansów”. Wojskowy zmienił jednak jeden wyraz: napisał „wesołe dzieci”, choć w oryginale są „żydowskie dzieci”... W historii, którą opowiedziała mi pani Anna, jest mnóstwo fascynujących wydarzeń i ludzi.

W mieście Brunona Schulza

– Mama mojej mamy należała do bardzo zamożnej rodziny chłopskiej. Ale ponieważ zakochała się w biednym chłopaku, została niemal wydziedziczona – wspomina pani Anna. – Ojciec mojej mamy w 1913 roku wyjechał, znalazł się w stanie Waszyngton, pracował przy wycince lasu. Tam zginął. Babcia dostała rentę na moją mamę, aż do ukończenia przez nią 18 lat. Dzięki temu mama mogła iść do seminarium nauczycielskiego. Babcia skończyła tylko cztery klasy, jej marzeniem było wykształcić córkę.

Drohobycz, rok 1939. Mała Ania z rodzicami Stanisławem i Stefanią Królami oraz ukochanym stryjkiem Franciszkiem Królem (z prawej), później zamordowanym
Archiwum pani Anny Drohobycz, rok 1936. Mała Ania z mamą Stefanią Król (w środku) oraz matką chrzestną Izabellą Szyrską i jej mężem Mieczysławem, lekarzem medycyny.

Stefania Śliwa i Stanisław Król, rodzice pani Anny, pochodzili z Galicji Wschodniej, z rejonów Przeworsk – Dynów. Między tymi miejscowościami, w dolinie rzeki Mleczki, kursowała słynna kolejka wąskotorowa. Mama ukończyła Seminarium Nauczycielskie Sacre Coeur w Przemyślu. Ojciec zdał maturę w Rzeszowie i wybrał podchorążówkę we Włodzimierzu Wołyńskim. Marzył o prawie albo dziennikarstwie. I o karierze w wojsku... Tymczasem pracował w kancelarii adwokackiej w Rzeszowie. Tam Stefania i Stanisław się poznali, wzięli ślub.

– Ojciec stanął do konkursu przy naborze do nowo otwartego więzienia w Drohobyczu, jednego z najnowocześniejszych w Europie, osadzeni mieszkali w domkach. Dostał się, pracował w dziale gospodarczym, później w penitencjarnym – relacjonuje pani Anna.

W tamtym czasie dzieci wcześniej dojrzewały. Pamięć była dorosła, zapamiętywało się rzeczy ważne

Drohobycz. Miasto Brunona Schulza. Przed wojną mieszkało tam 40 tysięcy ludzi (40 procent Polaków oraz Ukraińcy i Żydzi), działały rafinerie ropy naftowej, kursowała lukstorpeda, piłkarze Junaka walczyli o pierwszą ligę...

– Mieszkaliśmy na kolonii w Drohobyczu. W blokach wybudowanych cudownie przy lesie, przy trasie do Truskawca. Piękne, olbrzymie mieszkania, ogrzewane gazem. Wybudowane pod koniec lat 20. Mieszkali tam lekarze, oficerowie... – wylicza pani Anna. – Ponieważ ojciec był rezerwistą w stopniu podporucznika Wojska Polskiego, po 1937 roku był wzywany na szkolenia. Eszelonami jeździli do Biedruska, na sześć tygodni. W domu do pomocy była niania i ordynans ojca. Mama wychowywała mnie.
– W tamtym czasie dzieci wcześniej dojrzewały. Pamięć była dorosła, zapamiętywało się rzeczy ważne – kiwa głową pani Anna.

Przez granicę na Sanie

Naloty zaczęły się 3 września 1939 roku. Rosjanie weszli 15 dni później. – Ojciec był dowódcą kompanii. 14-15 września cała załoga zginęła pod Starym Samborem, ojciec został sam przy kaemie. Ciężko ranny w udo, trafił do szpitala w Drohobyczu. Wtedy powiadomił mamę, gdzie jest i co się stało. W szpitalu Austriak w delikatnej rozmowie ostrzegł go, że przyjdą Rosjanie – wyjaśnia pani Anna.

– Mama zmobilizowała znajomych. Szukała pomocy, żeby wykraść ojca ze szpitala. Udało się. Furmanką, opłaconą kosztownościami, biżuterią, przewieziono go z Drohobycza do Lwowa, do rodziny mamy. Zaczęły się starania o przygotowanie ojcu fałszywych dokumentów, bo Rosjanie już szukali oficerów, nauczycieli, leśniczych...

Drohobycz, rok 1939. Mała Ania z rodzicami Stanisławem i Stefanią Królami oraz ukochanym stryjkiem Franciszkiem Królem (z prawej), później zamordowanym
Archiwum pani Anny Drohobycz, rok 1938. Mała Ania z mamą Stefanią Król.

Tam najpierw wszyscy szliśmy do łaźni, a ubrania do dezynfekcji. Niemcy okazali się – wtedy jeszcze – nawet ludzcy.

Stanisław Król postanowił, że musi przedostać się przez zieloną granicę do Generalnej Guberni i dotrzeć w rodzinne strony swojej żony: okolice Harty, Dynowa. W Wigilię 1939 roku dwóch Ukraińców przeprowadziło go na drugi brzeg Sanu. – Dzięki temu, że w domu była biżuteria, ratowało się życie ludzkie – nie ukrywa pani Anna. Rodzice umówili się, że od 31 grudnia mama z córką będą spacerowały nad Sanem, a ojciec spróbuje dać sygnał, że żyje. Dał.

– Mama miała dokumenty, że jest guwernantką i była na kuracji w Truskawcu ze mną jako swoją podopieczną. Budziła mnie o trzeciej w nocy i uczyła, co mam mówić na NKWD. Oficer brał mnie na kolana, częstował czekoladką i pytał, gdzie ja chcę jechać i do kogo – przyznaje pani Anna. – W lutym dostaliśmy bumagi na przejechanie przez San do Generalnej Guberni. Przejechaliśmy 17 lutego. Tam najpierw wszyscy szliśmy do łaźni, a ubrania do dezynfekcji. Niemcy okazali się – wtedy jeszcze – nawet ludzcy. Mama znalazła furmankę i dostałyśmy się do ojca. Wiosną 1940 roku ojciec był już zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej.

Okupacja w Harcie

Całą okupację mama z córką spędziły w Harcie. – Uprawiało się pole, ogród. Była krowa żywicielka, którą musiałam paść na łąkach, miedzach. Były króliki – wylicza pani Anna.

– I raz w roku tajne świniobicie, przed Bożym Narodzeniem. Mięso peklowano w beczkach i zakopywano w piwnicy albo poza domem.

Niemcy szli na Rosję. – W naszym domu była kwatera. Ja w tym czasie zachorowałam na żółtaczkę. Było ze mną bardzo źle i lekarz oddziału uratował mi życie. Dziś wiem, że dostałam gamma-globuliny – stwierdza pani Anna. – Ojciec już był w konspiracji, dowódcą oddziału, wcielony do okręgu Rzeszów. W 1943 roku po drugiej stronie Sanu zaczęły się utarczki z Ukraińcami. Już były pierwsze przypadki mordów UPA. Oddział ojca został przysposobiony do obrony ludności cywilnej przed bandami. A w międzyczasie były akcje, napady na tabory, żeby zdobyć broń, żywność. Tak, żeby nie było ofiar, bo to groziło odwetami. Od czasu do czasu w domu pojawiał się cukier, kawałek czekolady.

Ale zaczęły się wsypy. Rodzina była w kręgu podejrzanych. – Od 1944 roku ojciec już nie nocował w domu. Pojawiało się gestapo. Przeszukania, wyrywanie futryn, parapetów, desek z podłogi – zauważa pani Anna. – Ojciec tylko czasami wpadał do domu. Mama działała w Pomocniczej Służbie Kobiet, szyła koszule, opaski. Funkcjonował system łączności. U nas mieszkała też Janina Kosteczko, polonistka po Uniwersytecie Jagiellońskim, moja ukochana nauczycielka. Ukrywała się, bo była w wywiadzie AK; jej mąż był sędzią sądu podziemnego.

Na przełomie czerwca i lipca 1944 roku mama zabrała córkę na zrzut aliantów. – Noc głęboka, naokoło polany stosy drewna, żeby rozpalić ogniska. Wszyscy nasłuchiwaliśmy. I nagle krzyk: „Lecą!”. Wszystkie ogniska zapłonęły. Dopiero później ojciec powiedział, że to były dwa liberatory – tłumaczy pani Anna. – Furmanki przygotowane. Leciały z nieba czarne skrzynki. Niektóre się rozbiły i trzeba było zbierać puszki z czekoladą, kakao. Trwało to pół godziny i po wszystkim. Ogniska pogaszone, cisza, pustka.

Drohobycz, rok 1939. Mała Ania z rodzicami Stanisławem i Stefanią Królami oraz ukochanym stryjkiem Franciszkiem Królem (z prawej), później zamordowanym
Archiwum pani Anny Drohobycz, rok 1939. Mała Ania z rodzicami Stanisławem i Stefanią Królami oraz ukochanym stryjkiem Franciszkiem Królem (z prawej), później zamordowanym przez Niemców

I wszyscy byliśmy tak wyszkoleni, że nikt pary nie puścił, czego pani uczy. I mapy się znalazły, przechowywane w szkole w piwnicy.

W lipcu 1944 roku... – Wszystkie dziewczyny uciekły, kobiety ubierały się tak, żeby wyglądały jak staruszki – opisuje pani Anna. – Oni do naszej wsi wpadli, to byli sami Azjaci. Obdarci, brudni, z karabinami na sznurkach. Robili postoje, żeby wyczekać tych z AK. I do nas trafił taki major. I wciąż dopytywał mamę, gdzie mąż. Ojciec już był zmobilizowany do akcji „Burza”. Oddziały AK szły w stronę Warszawy. Ale w połowie sierpnia „Burza” została odwołana, a oddziały skierowane do akcji dywersyjnych na tyłach wroga.

Ojciec ujawnił się jesienią 1945 roku. Pani Anna ma dokument potwierdzający, że wyszedł z lasu.

We wrześniu 1944 roku pani Anna poszła do prawdziwej polskiej szkoły. Wolno było uczyć religii, rachunków, polskiego w ograniczonym stopniu. Historia i geografia były zabronione. – A Janina Kosteczko uczyła nas tego na polskim – mówi z przekorą pani Anna. – I wszyscy byliśmy tak wyszkoleni, że nikt pary nie puścił, czego pani uczy. I mapy się znalazły, przechowywane w szkole w piwnicy. Dopiero po wojnie rodzice mi powiedzieli, że to, co niosłam w tornistrze i miałam oddać nauczycielce, to były zaszyfrowane meldunki. Śpiewało się hymn, rotę. W domu po cichu, ale w lesie, jak się szło na grzyby, to na całe gardło.

Ojciec ujawnił się jesienią 1945 roku. Pani Anna ma dokument potwierdzający, że wyszedł z lasu. Na przełomie sierpnia i września 1946 roku rodzina wyjechała do Wielkopolski. Najpierw mama z córką, później dołączył ojciec. Pani Anna wymienia nauczycieli z tamtego okresu: Wiśniewski od polskiego i historii – utykał (dopiero po pół roku zdradził, że został ranny w powstaniu warszawskim); Wyrębek – romanista po Sorbonie; Mallow od matematyki – więzień z Oświęcimia...

Na studiach w Poznaniu pani Anna poznała swojego przyszłego męża Wiesława Stawiarskiego. Razem pracowali w Gorzowie, później w Świdnicy i tak trafili do Zielonej Góry. Historia Stawiarskich też jest szalenie ciekawa, ale to opowieść na inną okazję.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Polski.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Polski
  • codzienne e-wydanie Polski
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Szymon Kozica

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.