Ewa Wachowicz wkroczyła w fajniejszą część swego życia

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Dąbrowa
Paweł Gzyl

Ewa Wachowicz wkroczyła w fajniejszą część swego życia

Paweł Gzyl

Do dziś dostaje poważne propozycje polityczne przy okazji kolejnych wyborów. Woli jednak oddawać się swej wielkiej pasji – gotowaniu. Kontynuuje w ten sposób rodzinne tradycje.

Kobietom co prawda nie wypomina się wieku, ale tym razem warto zrobić wyjątek: w zeszłym roku stuknęła jej pięćdziesiątka, a zachwyca nie tylko energią i optymizmem, ale również urodą i formą. Nie dość, że prowadzi telewizyjny program, to pisze książki, a w wolnych chwilach wędruje po górach. Dobre geny? Na pewno. Ale też pasja do życia.

- Powiem cholernie niepopularną rzecz, ale po prostu dbam o siebie. Najbardziej o to, żeby się wysypiać. Tego też nauczyły mnie góry – nieprzespana noc podczas wyprawy powoduje, że następnego dnia trudniej wejść na szczyt, bo brakuje sił. Dbam więc o higienę wypoczynku. Często trenuję, biegam, spaceruję i uprawiam jogę. Nie odpuszczam aktywności fizycznej. Zwracam też uwagę na to, co jem i co piję – deklaruje w „Plejadzie”.

*

Wychowała się w małej wsi Klęczany pod Gorlicami. Rodzice byli bardzo pracowici: nie dość, że mieli gospodarstwo rolne, to ojciec do tego prowadził warsztat. Ewa i jej brat dzielnie pomagali im we wszystkim. Kiedy dziewczynka miała dziewięć lat, tata nauczył ją... jeździć na traktorze. Przerwę od pracy miała tylko wtedy, kiedy chodziła do szkoły i odrabiała lekcje. Rodzice postawili sobie bowiem za cel wykształcenie obojga swych dzieci.

- Musiałam doglądać krów, kur, zawsze rano zrobić obchód. W czasie żniw wstawałam z mamą o świcie i gotowałyśmy obiad dla żniwiarzy. Dawniej, jak nie było kombajnów i innych maszyn, to na żniwa do gospodarstwa schodzili się pomagać sąsiedzi. A potem tym sąsiadom pomagali inni, gdy żniwa się u nich zaczęły. Bywało, że trzeba było zrobić obiad dla 30 osób – mówi w Onecie.

Dziadek Ewy był zawodowym drużbą na weselach – i dziewczynka jeździła z nim od małego, wystrojona w krakowski strój ludowy. Dzięki temu nabrała pewności siebie i oswoiła się z publicznymi występami. Babcia była z kolei za młodu kucharką na dworze u hrabiego Skrzyńskiego. Uczyła się gotowania w najlepszych restauracjach i zaraziła tą pasją wnuczkę. Dlatego ta regularnie uczęszczała na różne kursu w kole gospodyń wiejskich.

- Od dziecka pasjonuje mnie gotowanie i pieczenie. To wzięło się stąd, że pochodzę z domu, w którym zawsze gotowało się zdrowe, tradycyjne obiady i obowiązkowo był deser. Już jako mała dziewczynka zaczęłam prowadzić zeszyty kulinarne i mam je do dzisiaj. Za każdym razem, kiedy gdzieś mi coś zasmakowało, czy u cioci czy u babci, od razu zapisywałam sobie recepturę – opowiada w Polskim Radiu.

*

Kulinarne pasje sprawiły, że po maturze Ewa postanowiła zdawać na technologię żywności na Akademii Rolniczej w Krakowie. Aby dorobić sobie do stypendium, sprzątała po zajęciach w należącym do uczelni klubie. Pewnego dnia organizowano w nim wybory najmilszej studentki. Koledzy namówili Ewę – i dziewczyna wygrała konkurs. Tak wpadła w oko jurorom, że postanowili zgłosić ją do wyborów Miss Małopolski. Tam zaliczyła kolejne zwycięstwo i pojechała do stolicy, gdzie zdobyła koronę Miss Polonia.

- Byłam pierwszą Miss Polonia, która przyznała się do wiejskich korzeni. To była sensacja! Wielu się dziwiło, gdy powiedziałam, że pochodzę z małej wioski Klęczany. A dla mnie to było oczywiste. Przecież nie mogłam się wyprzeć swoich korzeni, rodziców, przyjaciół, z którymi kopałam piłkę i budowałam szałas nad rzeką – podkreśla w „Nowej Trybunie Opolskiej”.

Kiedy wróciła do Krakowa w glorii chwały, dostała osobny pokój z telefonem w akademiku. Pewnego dnia zadzwonił do niej portier i mówi: „Premier do pani”. Ewa pomyślała, że to głupi żart kolegów i odłożyła słuchawkę. Telefon zadzwonił ponownie i chwilę później dostała propozycję objęcia posady rzeczniczki prasowej premiera Pawlaka. Trzy dni wahała się co robić i choć rodzice byli przeciwni, postanowiła podjąć wyzwanie. Dzięki temu przeżyła przygodę z wielką polityką.

- W Polsce patrzono na mnie z przymrużeniem oka. Musiałam sobie zapracować na dobrą opinię. Zajęło mi to kilka dobrych miesięcy. Natomiast na świecie ta sytuacja była bardzo pozytywnie komentowana. Do dzisiaj mam wycinki prasowe, które dostawałam od ambasadorów z różnych krajów. Zagraniczne media pisały, że idzie nowe w Polsce – młoda demokracja, młody premier i młoda, fajna dziewczyna od kontaktów z mediami – wspomina w „Plejadzie”.

*

Kiedy po niespełna dwóch latach zrezygnowała z polityki, szybko upomniała się o nią telewizja. Wtedy postanowiła połączyć swoje dwie pasje – kuchnię i media. Wymyśliła program „Podróże kulinarne” z Robertem Makłowiczem w roli głównej. Produkcja okazała się przebojem i była emitowana przez następne dziesięć lat. W pewnym momencie Makłowicz podziękował jednak Ewie za współpracę. Bardzo to przeżyła – ale dzięki temu dostała od Niny Terentiew propozycję własnego programu. Tak narodziło się kulinarne show „Ewa gotuje”.

- Mój program stał się platformą wymiany dobrych przepisów. Część potraw przyrządzam na podstawie autorskich przepisów, część przywożę ze świata, a część to przepisy, które nadesłali mi widzowie. Jednak każde danie zmieniam trochę pod mój smak. Największym komplementem, który słyszę od ludzi, jest to, że potrawy przyrządzone na podstawie przepisów z moich książek czy z programu zawsze wychodzą – zaznacza w „Plejadzie”

Pierwszego męża poznała pracując u premiera Pawlaka. Przemysław Osuchowski przeżywał wówczas złoty czas swej dziennikarskiej kariery. Aby uniknąć ciekawskich mediów, ślub wzięli w... Pretorii w RPA. Małżeństwo jednak się nie udało. „Może byłam za młoda? Może źle wybrałam?” – zastanawiała się potem Ewa. Najbardziej przeżyła rozwód rodziców córka Ola. Po latach powiedziała jednak: „Mamo, dobrze, że się rozstaliście. Jesteście tak różni, że nie moglibyście być razem”.

Po rozwodzie Ewa musiała udać się na terapię. Dlatego po jakimś czasie znów mogła zaufać mężczyźnie. Z radiowcem Sławkiem Kowalewskim połączyła ją miłość do gór. Potem okazało się, że nie dość, iż świetnie się czują w swoim towarzystwie, to ich córki z pierwszych związków doskonale się ze sobą dogadują. Okazało się, że to solidne fundamenty – i związek przetrwał do dzisiaj. Najbardziej lubią spędzać wspólnie czas w małym domku w Tatrach.

- Naprawdę czuję, że wkroczyłam w tę fajniejszą część życia! Wiesz dlaczego? Jeden z przyjaciół napisał mi w życzeniach urodzinowych: „Teraz już nic nie musisz, a wszystko możesz”. Właśnie dlatego! Mam doświadczenie życiowe, zawodowe, mam wspaniałą dorosłą córkę, która zaczyna być samodzielna. A z drugiej strony ciągle jest we mnie siła, radość życia. Mnie się ciągle chce: doświadczać, zdobywać, pracować – podsumowuje w „Vivie”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.