Jacek Rozenek: Po udarze coś we mnie się zmieniło. Teraz widzę człowieka na wskroś - jakie ma intencje, czy jest uczciwy [WYWIAD]

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Bolt/Polska Press
Maria Mazurek

Jacek Rozenek: Po udarze coś we mnie się zmieniło. Teraz widzę człowieka na wskroś - jakie ma intencje, czy jest uczciwy [WYWIAD]

Maria Mazurek

Po udarze byłem uwięziony we własnym ciele. Niesprawny i bełkoczący, ale całkowicie świadomy. A niektórzy - też personel medyczny - zwracali się do mnie jak do dziecka. Przyszła pielęgniarka i mówi: „Teraz będziemy jeść zupkę. Proszę otworzyć buzię”. Przecież to uwłaczające - wspomina aktor.

Czego nauczyło pana doświadczenie udaru?
(chwila ciszy) Długo się zastanawiam, ponieważ chciałbym udzielić uczciwej odpowiedzi. Mógłbym oczywiście powiedzieć: tego, że czasem ludzie, których nie znamy albo znamy ledwo, okazują nam w potrzebie największe wsparcie. Ale to wiedziałam już wcześniej. Mógłbym powiedzieć, że udar pokazał mi, co w życiu najważniejsze. Ale to też wiedziałem. Również to, że pieniądze - których przez ostatnie 20 lat mi nie brakowało - nie wpływają na to, czy jesteśmy szczęśliwi, czy nie. Dzisiaj żyję dużo skromniej niż przed chorobą, wychodzę z długów, ale nie mam wrażenia, że moje życie jest przez to gorsze. Lubię żyć, lubię ludzi, wierzę w ludzi - ale tak było też przed udarem. Więc chyba najuczciwszą odpowiedzią na pytanie, czego choroba nauczyła mnie - o świecie, o życiu i śmierci, o ludziach, o sobie samym - jest: niewiele.

To może zadam inne pytanie: a co w panu zmieniła?
Więcej widzę.

To znaczy?
Widzę na wskroś człowieka. Jakie ma intencje, co czuje, czy jest uczciwy czy nie, wrażliwy czy nie, szczery czy nieszczery. Stało się ze mną coś, czego nie potrafię dokładnie opisać.

A znaleźć na to wytłumaczenie? Fizjologiczne zmiany w mózgu, doświadczenie choroby, a może coś pozaracjonalnego?
Nie jestem pewny. Chyba chodzi o otarcie się o śmierć. Byłem po tamtej stronie i wróciłem.

Ma pan na myśli to, co w nauce nazywany Near Death Experience? Tunel, światła, przebywanie poza ciałem?
Nie. To doświadczenie miałem już wcześniej. Nie chciałbym do niego wracać.

Co przed 2019 roku wiedział pan o udarach?
Nic. Prawie nic, bo oczywiście wiedziałem, że istnieje takie zjawisko chorobowe, że może okazać się śmiertelne, że dotyczy wielu ludzi. Ale niewiele więcej, a przecież udar to jedna z najczęstszych przyczyn śmierci Polaków. Co roku w naszym kraju przechodzi go prawie 100 tysięcy osób. Nie wiedziałem nawet tego, że jestem w grupie ryzyka - a byłem, bo od kilku miesięcy miałem bardzo duże problemy z sercem. To one spowodowały u mnie udar, a właściwie dwa, następujące po sobie: najpierw niedokrwienny, a potem wylew. 13 maja 2019 roku jechałem na Pomorze, na spotkanie w sprawie festiwalu „Niepokorni Niezłomni Wyklęci”. Jestem pasjonatem historii, w mojej rodzinie byli żołnierze wyklęci, chętnie angażuję się w takie projekty. Niedługo przed dotarciem na miejsce poczułem się senny, zjechałem więc na parking przy autostradzie, żeby zrobić sobie krótką przerwę. Nastawiłem budzik na dziesięć minut drzemki. Przez kolejne trzy i pół godziny trwałem w dziwnym stanie między jawą a snem, między życiem a śmiercią. Słyszałem, że dzwoni telefon. Czułem, że płynie czas. Ale nie byłem w stanie nic zrobić. Po trzech i pół godzinie udało mi się lewą ręką - prawą stronę ciała miałem już sparaliżowaną - chwycić za telefon i oddzwonić na ostatni numer, który próbował się ze mną skontaktować. To był organizator festiwalu. Usiłowałem wytłumaczyć mu, gdzie jestem i co się stało, ale z moich ust, zamiast słów, wydobywał się bełkot. Mój rozmówca uznał, że jestem pijany. Resztką sił uruchomiłem jeszcze silnik, wjechałem na pobocze autostrady i tam znów zapadłem w letarg. Znaleźli mnie pracownicy dozorujący autostradę. Trafiłem do szpitala w Grudziądzu.

Jak bardzo źle było?
Lekarze nie dawali mi szans na przeżycie najbliższych dni. Pierwsza w szpitalu zjawiła się Basia, moja serdeczna przyjaciółka, która też miała uczestniczyć w spotkaniu, na które jechałem. Prosiłem ją, bełkocząc, by nie dawała znać moim synom. Nie chciałem ich martwić. Po rozmowie z lekarzami Basia podjęła jednak decyzję, że mnie nie posłucha. Zadzwoniła do moich bliskich. Powiedziała, że jeśli chcą się ze mną pożegnać, muszą natychmiast wyjechać z Warszawy. Po kilku godzinach na oddziale byli moi synowie, brat, Małgosia, była żona.

Bał się pan śmierci?
Nie. To nie tak, że nie chciałem żyć. Ale nie byłem sparaliżowany myślą o śmierci.

Ciekawe, bo lekarze opowiadali mi, że umierający zazwyczaj do końca kurczowo trzymają się życia.
Możliwe. Ale ze mną było inaczej. Być może dlatego że już wcześniej byłem oswojony ze śmiercią. Mocno angażowałem się w wolontariat; odwiedzałem hospicja, oddziały paliatywne. Widziała pani kiedyś śmierć człowieka?

Nie.
Ile ma pani lat?

35.
Sama pani słyszy: przez 35 lat nie widziała pani umierającego człowieka. Żyjemy w cywilizacji, która wypycha śmierć. Do szpitali, hospicjów, poza zasięg naszego wzroku i naszej kultury. A przecież to naturalny cykl: po życiu następuje śmierć. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Tylko my dziś wolimy udawać, że to nieprawda. Żyć tak, jakby śmierci nie było. Gdy przez lata angażowałem się w pomoc umierającym, media nigdy nie były zainteresowane. Nie lubimy rozmawiać o śmierci. I być może stąd wynika to, że potem - stojąc w jej obliczu - jesteśmy sparaliżowani strachem. Ja tego strachu nie odczuwałem. Inna sprawa, że bardzo szybko - na długo przed lekarzami - wiedziałem, że nie umrę. Że jeszcze nie teraz.

Skąd pan to wiedział?
Może bardziej czułem niż wiedziałem. Gdy lekarze walczyli o moje życie w szpitalu w Grudziądzu, była akurat rocznica męczeńskiej śmierci Andrzeja Boboli. W pewnym momencie Basia poszła modlić się za mnie do szpitalnej kaplicy. Nie wiedziałem o tym, a jednak w pewnym momencie to poczułem. Podziękowałem wtedy Bogu za przyjaźń takiej osoby.

Pan jest wierzący?
Wierzę w Boga, co nie znaczy, że chodzę regularnie do kościoła. Wychowałem się w ultrakatolickiej rodzinie - ale nie mam na myśli tego, co niektórym przychodzi do głowy, gdy słyszą to określenie: ciemnogrodu, średniowiecznych zabobonów, zaściankowości i uważania katolicyzmu za jedyną akceptowalną drogę. Moi rodzice, choć głęboko wierzący, niczego nigdy mi nie narzucali. Gdy miałem 20 lat, odszedłem na jakiś czas od Boga. Było im smutno, ale zrozumieli to i zaakceptowali. Potem budowałem na nowo relację z Bogiem. Od wielu lat czuję, że ta relacja jest silna, choć czuję też, że Kościół nie jest mi do tego specjalnie potrzebny. Choroba tego nie zmieniła. Niemniej nie zgadzam się, gdy ktoś mówi - a jest to dziś dość powszechna narracja - że Kościół to samo zło, siedlisko pedofilii, epicentrum hipokryzji. Nie twierdzę, że w Kościele nie zdarzały się akty obłudy czy pedofilii, ale gdyby były tak masowe, jak twierdzą niektórzy, to - wychowując się w tym środowisku - na pewno bym się z nimi spotkał. A nie spotkałem się nigdy.

Skoro nie strach przed śmiercią - to co było najgorsze? Fizyczne cierpienie? Poczucie bezsilności? To, że w prostych fizjologicznych potrzebach musiały panu pomagać pielęgniarki?
Powiedziałbym, że najgorsze było dojmujące poczucie izolacji. Ale nie rozumianej jako klasyczna samotność - choć i ona często dotyka ludzi w tym stanie: najpierw cała rodzina działa, stara się pomóc, ale potem przychodzi zmęczenie, a ze związków wychodzą wszystkie nagromadzone latami złe rzeczy. Ja na szczęście nie czułem się samotny. Moi synowie okazywali mi wielkie wsparcie. Miałem przyjaciół, życzliwych ludzi wokół siebie. Ale również miałem poczucie, że wielu ludzi - zarówno personel medyczny, jak i inni - nie widzą we mnie człowieka, jakim jestem. To oklepany zwrot, ale bardzo prawdziwy: człowiek po udarze jest uwięziony w swoim ciele. Słyszałem i rozumiałem wszystko, co się wokół mnie dzieje. Zachowałem całkowitą sprawność intelektualną, ale jednocześnie nie mogłem wyraźnie mówić, ruszać się, czytać. Niektórzy traktowali mnie jak dziecko albo osobę z upośledzeniem intelektualnym. Przychodzi na przykład pielęgniarka i mówi: „A teraz będziemy jeść zupkę. Pan otworzy buzię”. Więc ja irytuję się, że ona nie rozmawia ze mną jak z dorosłym człowiekiem, na mojej twarzy pojawia się grymas. „Nie smakuje panu? A, smakuje! To jeszcze jedna łyżeczka zupki do buzi”. To przecież uwłaczające.

Aż dziwne, że pielęgniarki, które mają przecież wykształcenie i doświadczenie z pacjentami po udarach, odzywają się do nich w taki sposób.
Problem nie dotyczy tylko pielęgniarek. Wielu lekarzy też zachowuje się w protekcjonalny i pozbawiony empatii sposób. Przez wiele tygodni nie mogłem doprosić się, żeby ktoś porozmawiał ze mną rzeczowo o moim stanie zdrowia i rokowaniach. Między wierszami czytałem, że lekarze nie wróżą mi najpierw tego, że w ogóle przeżyję, a później tego, że odzyskam sprawność. Ale długo żaden z nich nie wytłumaczył mi spokojnie, z czego to wynika i jaki jest mój stan. Proszę mnie dobrze zrozumieć: ani przez moment nie oczekiwałem, że zostanę potraktowany w idealny sposób. Bo idealny system opieki nad pacjentem nie istnieje - ani w Polsce, ani nigdzie na świecie, w Anglii, USA czy Skandynawii. Ani przez moment nie pojawił się we mnie żal o to, że zadłużyłem się po uszy, by zapłacić za prywatną opiekę czy rehabilitację. Natomiast oczekiwałbym, żeby pacjenci byli traktowani z troską i szacunkiem. Jeśli chodzi o leczenie, wcale nie jest u nas źle. Ale brakuje zwykłej troski. Ja jestem zawodowcem: aktorem, lektorem, animatorem, przed udarem pracowałem również jako mówca motywacyjny. Więc jakoś sobie z tym radziłem. Ale nie wszyscy sobie poradzą.

Dlatego napisał pan książkę o udarze?
Tak. Napisałem ją dla pacjentów, którzy przechodzą przez to, co ja. Sam szukałem literatury na ten temat. Brakuje jej. A pacjenci zwykle są ciekawi historii tych, którzy przez tę drogę już przeszli. Z czym to się wiązało? Ile to trwało? Z czym spotkali się po drodze?

Pan wrócił do pełnej sprawności?
W wakacje z najstarszym synem przejechaliśmy na rowerach prawie całe polskie wybrzeże. Praktykuję jogę, chodzę na siłownię. Wróciłem do pracy. Muszę jeszcze popracować nad dykcją. Lekarze nie wierzyli w efekty mojej rehabilitacji. Byli przekonani, że nie wrócę do sprawności. To ponoć z medycznego punktu widzenia nie było możliwe. A jednak wiele miesięcy żmudnej, codziennej rehabilitacji sprawiło, że żyję samodzielnie, aktywnie, ruszam obiema rękami i obiema nogami.

Postanowił pan walczyć mimo złych rokowań?
Nie. To nie była walka. Często słyszę: „Pan walczył o sprawność”. Zaprzeczam: „Nie, nie walczyłem”. A ten ktoś pyta: „No ale jak to? Przecież pan codziennie przez kilka godzin ciężko ćwiczył - jak to nazwać, jeśli nie walką?”. Proszę mi wierzyć, to nie miało nic wspólnego z walką. Walka wymaga silnej motywacji, a po udarze ma się tak zmieniony układ hormonalny, że żadnej motywacji się nie czuje. Co więcej, aby być zmotywowanym, trzeba widzieć efekty. A ja przez bardzo długie miesiące nie miałem w tej rehabilitacji żadnych sukcesów. To jest tak, jakby uczyła się pani latać. Codziennie przez wiele godzin intensywnie by pani ćwiczyła, a pani trener by panią motywował: „Super, idzie ci dobrze, już wkrótce oderwiesz się od podłogi”. Mijałyby tygodnie i miesiące, a pani dalej nie unosiłaby się w powietrzu. Czy czułaby pani motywację? Nie, bo wiemy, że człowiek po prostu nie może latać. A ja jednak postanowiłem, że będę latał.

No ale skądś musiał pan czerpać do tego siłę. Pan mówi, że nie z woli walki. Skoro nie bał się pan śmierci, to również nie z woli życia. A więc skąd?
Po prostu wiedziałem, że mam codziennie się rehabilitować. Że to jest jedyne wyjście. Więc to robiłem, jakbym był zaprogramowany.

Ale po co?
Chyba jeszcze sam tego nie rozumiem, a tym bardziej nie potrafię wytłumaczyć.

Proszę spróbować.
Czasem mam wrażenie, że to było coś. Że byłem po tamtej stronie i wróciłem, bo mam tu coś do zrobienia. Tylko jeszcze nie wiem, co.

Jacek Rozenek przy wsparciu dziennikarzy Magdaleny i Sergiusza Pinkwartów napisał książkę "Padnij. Powstań. Życie po udarze". Można zamówić ją przez stronę padnijpowstan.pl Na tej samej stronie znajdą Państwo szereg materiałów edukacyjnych o tym, czym jest udar, jak go rozpoznać, jak reagować. "Padnij. Powstań" to też projekt stworzony z myślą o profilaktyce i leczeniu udarów.

Maria Mazurek

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ozbychu1

Sa różne dzieci. Jedne zjedza ze smakiem,innym trzeba pokazywać obrazki w czasie jedzenia a jeszcze inne będą grymasic.I widocznie niektórym to grymaszenie na stare lata zostaje,bo one chca same...A udar jak udar, choroba cywilizacyjna ale cos niesamowitego jak czlowiek w jednej chwili może zostać zmarginaliziwany.Sam pare razy sie złapałem, że człowieka po udarze wziąłem za ...pijanego bełkota ,albo niepełnosprawnego umysłowo. Ciężka sprawa.

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.