Jak kamień w wodę. Przyjechali w Tatry i ślad po nich zaginął. Tajemnice naszych gór

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Matusik
Bartosz Dybała

Jak kamień w wodę. Przyjechali w Tatry i ślad po nich zaginął. Tajemnice naszych gór

Bartosz Dybała

Skończyły 18 lat i szukały górskich przygód. Wyszły z kwatery i ślad po nich zaginął. Nie one jedyne. Michał chciał fotografować jesień w Tatrach. Tak przynajmniej domyślała się jego mama. By go znaleźć, przeczesano niemal całe Tatry, metr po metrze. Wciąż nie wiadomo, co się z nim stało. Policjanci wyjaśniają sprawy, o których wielu już dawno zapomniało. Wszystkie miały miejsce na Podhalu.

Żyję. I to jeszcze jak! Podróż miałyśmy świetną i ciekawą (szczegóły w domu). Spadł śnieg, jest mróz i żyjemy jak zimą w górach. Jesteśmy zadowolone. Pozdrowienia z gór - napisała Ernestyna Wieruszewska do rodziców na pocztówce.

Anna Semczuk do rodziców (to też fragment pocztówki): „Słaniam się z nóg, ale Bóg mi świadkiem, jest to to, o czym marzyłam”.

Dziewczyny miały wtedy po osiemnaście lat. Ernestyna była ładną dziewczyną (a może nadal jest?): rude włosy, blada cera, niebieskie oczy. Ania to blondynka, zielone oczy, miała (ma?) równie bladą cerę jak Ernestyna. Od 1993 roku Komenda Powiatowa Policji w Zakopanem próbuje dowiedzieć się, co stało się z tymi dwiema dziewczynami, które 26 stycznia, ok. godz. 10, wyszły z kwatery w Kościelisku-Pitoniówce na dworzec PKP w Zakopanem i do tej pory nie powróciły do swoich domów.

Tajemnica

Tatry, jak i całe Podhale, skrywają wiele tajemnic. Wstrząsające swym okrucieństwem zabójstwa, zaginieni, którzy zapadli się pod ziemię. Szczątki, które nie wiadomo, do kogo należą.

- Zawsze doradzam, by nie podróżować tu samemu - mówi aspirant sztabowy Roman Wieczorek, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Zakopanem. - A jeśli już, to powiadomić rodzinę, gdzie jesteśmy, którędy idziemy, o której wrócimy. Góry są piękne, ale i wymagające. Chwila nieuwagi może kosztować życie. Są takie rejony Tatr, w które nikt nie chodzi bądź zdarza się to bardzo rzadko. Jeśli ktoś tam zginie, może nigdy nie zostać odnaleziony

Tatry

Ernestyna i Anna, jadąc do Zakopanego, nie zabrały ze sobą nart. Kochały wędrówki po szlakach turystycznych, chodzenie po górach od schroniska do schroniska. Cieszyły się z pobytu w stolicy polskich Tatr. Świadczy o tym treść pocztówek, które wysłały do rodziców.

Następnego dnia po tym, jak dziewczyny opuściły kwaterę, na policję zadzwoniła jej właścicielka. O zniknięciu Ernestyny oraz Anny powiadomiono rodziców. Natychmiast przyjechali do Zakopanego. 28 stycznia złożyli na policji zawiadomienie o zaginięciu.

Komunikat trafił do straży leśnej, ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i posterunków granicznych.

- Między 27 stycznia a 13 lutego przeczesano dokładnie niemal całe Tatry - zdradza nam jeden z policjantów. Mundurowi przeszukali rejon Morskiego Oka, szlak na Rysy, Dolinę Pięciu Stawów Polskich, okolice Hali Gąsienicowej i bardzo starannie - z pomocą śmigłowca - masyw Giewontu. Sprawdzono też Dolinę Małej Łąki, Dolinę Chochołowską oraz wszystkie szlaki w Dolinie Kościeliskiej, przeszukano też jaskinie.

Góry są piękne, ale i wymagające. Chwila nieuwagi może kosztować życie. Są takie rejony Tatr, w których bardzo ciężko kogoś odnaleźć

W trakcie akcji pogoda była słoneczna, widoczność bardzo dobra, a ilość śniegu w górach niewielka. O Ernestynie i Annie pisały też centralne dzienniki, publikując ich zdjęcia.

- Niestety nie było żadnego odzewu, który pozwoliłby na podjęcie nowego tropu poszukiwań - informuje nas Roman Wieczorek.

Porwane przez handlarzy żywym towarem, uciekły za granicę, a może zaginęły w górach? Do dziś nie wiadomo, co się przytrafiło dwóm licealistkom z Warszawy. A może uciekły do sekty?

- Sprawdzaliśmy to bardzo dokładnie, przejechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, gdzie my nie byliśmy... W 1993 r., by szukać córki w sektach, założyliśmy nawet Ruch Obrony Rodziny i Jednostki - opowiadał nam Krystian Wieruszewski.

Rozważano także wersję morderstwa.

- Pojawiły się przypuszczenia, że zostały zabite i zakopane w ogrodzie na posesji, gdzie mieszkały. Policja miała informacje, że syn gospodarzy groził jednej z nich - mówił „Gazecie Krakowskiej” Stanisław Staszel, prokurator, który wykonywał pierwsze czynności w tej sprawie.

Zwłok nie znaleziono. Dziewczyny przepadły jak kamień w wodę. Nowych tropów nie ma.

Logowanie

W październiku tego roku minie 18 lat od zaginięcia Michała Marcinkowskiego. Jeśli żyje, ma 37 lat. Kiedy ślad się za nim urwał, nosił długie włosy (ciemny blond), miał owalną twarz i bladą cerę. To kolejna do dziś niewyjaśniona sprawa zaginięcia na Podhalu.

O tym, że chłopak zniknął, rodzice Michała poinformowali poznańską policję. Z Poznania mężczyzna miał wyjechać w Tatry. Prawdopodobnie planował dostać się w rejon Morskiego Oka bądź Doliny Pięciu Stawów.

- Wykonywał amatorsko fotografie, zatem wybrane miejsca z uwagi na ich lokalizację i atrakcyjność są prawdopodobne - zdradzają nam policjanci.

Z Poznania wyjechał 4 października 2002 roku. Tydzień później o zaginięciu Michała wiedzieli już mundurowi z Wielkopolski. Sprawa trafiła do zakopiańskiej policji.

Czasem po zimie znajdujemy szczątki, przy których nie ma żadnych dokumentów. Nie mamy informacji, czy udaje się je później zidentyfikować

Mundurowi z Zakopanego jeszcze tego samego dnia, gdy dowiedzieli się o zaginięciu Michała, sprawdzili rejon tamtejszych dworców. Rozpytywali, czy ktoś może widział szczupłego, długowłosego mężczyznę.

Na terenie miasta pojawiły się plakaty z wizerunkiem zaginionego. Policjanci ustalili, że Michał - prawdopodobnie dzień po tym, jak wyjechał z Poznania - zadzwonił z telefonu komórkowego do swoich rodziców. Miał dzwonić z centrum Zakopanego, aby powiedzieć, że szczęśliwie dotarł na miejsce.

- Kolejne tzw. „logowanie” telefonu Michała miało miejsce w słowackiej sieci telekomunikacyjnej GSM. Z uwagi na specyficzny, wysokogórski teren, nie zdołano ustalić lokalizacji jego telefonu - zdradzają nam mundurowi. O tym, że mężczyzna zaginął, powiadomieni zostali podhalańscy policjanci, a także Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz funkcjonariusze Straży Granicznej.

Mundurowi przeszukali główne szlaki, np. w Dolinie Chochołowskiej. Sprawdzono też miejsca, które Michał odwiedził w poprzednich latach na Podhalu, m.in. schronisko na Głodówce. Odpowiedzi, co stało się z mężczyzną, nie było.

- Policjanci zabezpieczyli profil DNA od członków rodziny zaginionego Michała. Jest on cyklicznie weryfikowany przez policyjne laboratoria w związku z ujawnianiem w Tatrach niezidentyfikowanych zwłok - mówi nam asp. szt. Roman Wieczorek. - Jeśli zaginiony uległ nieszczęśliwemu wypadkowi w Tatrach, to jego odnalezienie może być sprawą wyjątkowo trudną, z uwagi na rozległy i trudno dostępny teren.

Z informacji przekazanych nam przez TOPR wynika, że w górach panowały wtedy trudne warunki, wręcz zimowe. Codziennie padał śnieg i deszcz, przez mgłę była słaba widoczność.

- Możemy tylko przypuszczać (jeżeli zaginiony poszedł w góry), że najprawdopodobniej na skutek złych warunków atmosferycznych doszło do jakiegoś wypadku lub wyczerpania, wychłodzenia w miejscu, gdzie rzadko pojawiają się turyści. Jeżeli zaginięcie miało miejsce np. gdzieś w kosówkach, to znalezienie ciała może być tylko przypadkowe - przekazał nam Jan Krzysztof, naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Jesień

Matka Michała przypuszczała, że jej syn chciał w Tatrach fotografować jesień. Do domu miał wrócić 8 października. Nigdy tam jednak nie dotarł. Rodzice twierdzili, że nie miał przy sobie dużo pieniędzy - mógł biwakować w szałasach.

W trakcie poszukiwań do centrali TOPR zadzwonił turysta. Poinformował, że parę dni wcześniej, „będąc na Świnickiej Przełęczy, widział na śniegu dziwny, pojedynczy ślad, który trawersował południowo-zachodnią ścianę Świnicy. Turysta podążył nim i - jak twierdził - doszedł dość daleko, ale zawrócił, bo zrobiło się trudno”.

To w zasadzie jedyny trop, jakim mogli podążyć poszukiwacze. Tak też zrobili. Niestety, znów nie było pozytywnych rezultatów. Ratownicy TOPR nie odnaleźli żadnego śladu pobytu w Tatrach. Akcja została przerwana. Michała do dzisiaj nie odnaleziono.

Śnieg

Jan Krzysztof, naczelnik TOPR, zwraca uwagę, że zaginięcia, najczęściej zdarzają się w okresie jesienno-zimowym, wraz z pierwszymi opadami śniegu.

- Zazwyczaj po zimie udaje się natrafić na szczątki. Czasem znajdujemy szczątki, przy których nie ma żadnych dokumentów. Nie mamy informacji, czy udaje się je później zidentyfikować. Są to na szczęście pojedyncze sytuacje w Tatrach - tłumaczy. - Myślę, że co najmniej kilka osób nie zostało odnalezionych na przestrzeni naszej 110-letniej działalności (nie wiemy również, czy wszystkie zaginęły ostatecznie w Tatrach), ale też kilku znalezionych ciał nie udało się zidentyfikować - dodaje naczelnik.

Czaszka

Ta sprawa też nie została wyjaśniona. W 2017 roku w Tatrach odnaleziono kilka kości oraz fragment czaszki.

- Dokładnie przeszukaliśmy tamten teren, aby ewentualnie znaleźć jeszcze inne rzeczy, które mogłyby nas przybliżyć do rozwiązania zagadki - mówi nam Wieczorek, który uczestniczył w poszukiwaniach.

Tego typu znaleziska zawsze trafiają do Zakładu Medycyny Sądowej, by m.in. pozyskać z nich kod DNA. Dane wprowadzane są później do międzynarodowej bazy osób zaginionych. Specjaliści sprawdzają, czy kod genetyczny można przypasować do któregoś z poszukiwanych.

Mundurowi odnaleźli na miejscu opakowania po produktach spożywczych. Widniały na nich daty ważności. Dzięki temu udało się zawęzić krąg poszukiwań w bazie zaginionych, ale nie przyniosło to efektu: kodu DNA nie udało się dopasować do żadnej z osób w bazie.

Kolejnym tropem były słowackie monety znalezione w miejscu, gdzie leżały i kości i fragment czaszki.

- Wskazywałoby to, że mógł to być turysta zagraniczny. Konsultacja ze słowacką policją nie przyniosła przełomu - dodaje Wieczorek. Mundurowi doszli do wniosku, że mężczyzna, do którego należały szczątki, musiał tam biwakować. Dlaczego zmarł? Tego nie wiadomo. - Poszukiwania podejmowaliśmy jeszcze dwukrotnie, czekając na lepszą pogodę. Wykorzystywaliśmy m.in. wykrywacz metali, w akcji uczestniczył też pies policyjny - mówi Wieczorek. Udało się jeszcze odnaleźć fragment spodni, puszkę, manierkę, ale nic, co mogłoby przybliżyć mundurowych do rozwiązania tajemniczej śmierci mężczyzny.

Szczątki zostały znalezione w Dolinie Roztoki, często uczęszczanej przez turystów. Leżały daleko od szlaku, na północnym stoku doliny.

- Stromo podchodziliśmy pod górę. Natrafiliśmy na ścianę skalną, po której musielibyśmy się wspinać, chcąc iść dalej. To właśnie w tym rejonie znaleziono szczątki. Odkryli je pracownicy TPN - dodaje Wieczorek.

Mężczyzna miał ok. 40 lat. - Publikowaliśmy komunikaty. Zgłosiła się do nas tylko jedna kobieta, ale nie potrafiła przekazać żadnych istotnych szczegółów. Coś gdzieś widziała, ale niestety te informacje nie były przydatne - dodaje Wieczorek.

Kim jest mężczyzna, którego szczątki odnaleziono w Dolinie Roztoki? Może kiedyś poznamy odpowiedź na to pytanie. Czy miał bliskich, a może zerwał kontakt z rodziną, a ta nawet nie wie, że zmarł?

- Tak jakby nikt go nie szukał - kwituje Wieczorek.

Zabójstwo

Zakopiańska policja podkreśla, że wiele spraw udało się rozwiązać.

Choćby sprawa zabójstwa z 2003 roku. Na początku sierpnia turysta, znany fotograf z Krakowa, znalazł w Dolinie Chochołowskiej worek z ubraniami. W środku były dokumenty, należące do dziewczyny o imieniu Katarzyna.

Ruszyły poszukiwania kobiety. Zaniepokojona rodzina 22-latki potwierdziła, że Kasia wybrała się w góry, ale od kilku dni nie kontaktowała się z domem. Tak nigdy się nie zachowywała. Jej komórka była wyłączona.

Policjanci ustalili, że widziano dziewczynę samą na dworcu w Zakopanem. Tam poznała jakiegoś mężczyznę. Podawał się za przewodnika tatrzańskiego.

- Elokwentny, kulturalny - zdradza nam jeden z mundurowych, znający kulisy śledztwa. Doskonale uwiódł ofiarę i zauroczył sobą. Katarzyna kupiła jeszcze świeczki w jednym ze sklepów w centrum Zakopanego. Wtedy też zgodziła się na wycieczkę w Dolinę Chochołowską.

Z poznanym mężczyzną zatrzymała się w schronisku w dolinie.

Później wraz z nowym znajomym poszła do szałasu leżącego poza szlakiem. Po raz ostatni widziano ją 31 lipca 2003 r. Świadkowie kojarzyli ją, jak spacerowała wtedy z 38-letnim partnerem. Turystkę zapamiętano również na szlaku w rejonie Doliny Chochołowskiej i Witowa - Roztoki. Wychodziła z szałasu przy schronisku. Potem zniknęła. Jej telefon komórkowy pozostawał głuchy.

7 dni później natrafiono na rzeczy turystki. Rodzina oficjalnie zaalarmowała policję o jej zaginięciu.

- Policjanci wpadli na trop mężczyzny, z którym widziano zaginioną. Jej samej nie znaleziono. W górach użyto nawet kamery termowizyjnej, która reaguje na zmianę temperatury - przypomina podinsp. Katarzyna Cisło z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

Poszukiwania przy użyciu sprzętu na tak rozległym terenie nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Opublikowano listy gończe za Pawłem H. - to właśnie jego poznała Kasia. Razem z dziewczyną wyszedł z szałasu.

To był ważny krok w szybkim policyjnym śledztwie. Policja już wiedziała, że Paweł H. to bardzo niebezpieczny człowiek. Policja skupiła się na Częstochowie. Poszukiwany podejrzany o mord prawdopodobnie był w tłumie młodych uczestników pielgrzymek i szukał kolejnej ofiary.

Ostatecznie mężczyzna został aresztowany. Policja pisała tak: „Obok czarnego szlaku turystycznego prowadzącego z Doliny Chochołowskiej do Kościeliskiej policja odnalazła wskazane przez zatrzymanego i aresztowanego zwłoki 22-letniej Katarzyny P. z województwa lubuskiego. Ciało było dobrze ukryte i przysypane warstwą ściółki. Podczas wcześniejszych poszukiwań nie natrafiono na nie”.

- Bez przyznania się sprawcy prawdopodobnie nie odnaleźlibyśmy zwłok - twierdzi policjant z małopolskiej policji.

Już podczas wstępnego przesłuchania karany wcześniej za gwałt ze szczególnym okrucieństwem mężczyzna przyznał, że poszukiwaną od początku sierpnia dziewczynę zabił w pasterskim szałasie. Potem ukrył zwłoki. - Wpadł w nasze ręce w Koninie dzięki informacji świadka, który rozpoznał go na podstawie listu gończego publikowanego w prasie - informowali mundurowi. Prokuratura po przeprowadzeniu wizji lokalnej i odnalezieniu ciała turystki przedstawiła H. zarzuty zabójstwa oraz gwałtu.

Poszukiwania trwają

Anna Semczuk do rodziców: „Wszystko idzie po naszej myśli: buty dostałam, śnieg spadł, radosne nastroje są. Gdyby coś z tego uległo zmianie - dam Wam znać, a na razie całuję w oczka, noski i bródki, do miłego. Wasza Anusia”. Policjanci z Zakopanego nadal szukają zaginionych Anny oraz Ernestyny.

Bartosz Dybała

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.