"Kamerdyner" Filipa Bajona. "Zupełnie jakby pogoda czytała nasz scenariusz" [ZDJĘCIA, WIDEO]

Czytaj dalej
Fot. Przemyslaw Swiderski
Ryszarda Wojciechowska

"Kamerdyner" Filipa Bajona. "Zupełnie jakby pogoda czytała nasz scenariusz" [ZDJĘCIA, WIDEO]

Ryszarda Wojciechowska

Czemu Adam Woronowicz nie mógł sam wypaść z drugiego piętra, a Sebastian Fabijański gwałtownie osiwiał - dowiedzieliśmy się na planie filmu Filipa Bajona „Kamerdyner”.

Marzec 1945. Dwór w Kłaninie koło Pucka. Siedziba pruskiej arystokracji von Kraussów. Rosjanie są już niedaleko. Rodzina pakuje się w popłochu. Wiedzą, że za chwilę przez ich włości przewali się front. Jedynym wyjściem jest więc ucieczka. Jednak seniorka rodu Gerda von Krauss postanawia zostać. Tu jest jej ojcowizna. Tu są jej bliscy na cmentarzu. Tu jeszcze żyje sparaliżowany mąż Hermann, który nie przetrzymałby tej ucieczki.

To fragment filmowej historii pt. „Kamerdyner”, o wielkiej miłości Kaszuby i Prusaczki, zaplątanej w wichry dwóch wojen światowych, którą w 2018 roku obejrzymy w kinach.

Marzec 2017 roku. Pałac na Warmii w Łężanach. Filmowa siedziba von Kraussów, w której trwają zdjęcia do „Kamerdynera”. Spowite dymem pomieszczenia. Cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko skrzypienie schodów, po których zbiega najpierw Borys Szyc, czyli Fryderyk von Krauss, a tuż za nim Sebastian Fabijański, filmowy Mateusz Kroll i tytułowy kamerdyner. Filip Bajon, wpatrzony w monitor, decyduje jednak, że będzie dubel. Chociaż, jak mówią sami aktorzy, ten reżyser za dublami nie przepada.

Mirosław Piepka, współproducent filmu, a także jeden ze współscenarzystów, przez niektórych na planie nazywany „gubernatorem”, oddycha z ulgą, że za nimi jest już jedna z najtrudniejszych scen. I nie chodzi o mord w Piaśnicy czy o zgwałcenie Gerdy przez Rosjan, ale o scenę z Hermannem.

Stary Hermann (w tej roli Adam Woronowicz) jest sparaliżowany i kiedy Rosjanie wchodzą do pałacu, postanawiają zrzucić go razem z łóżkiem z drugiego pałacowego piętra.

Do tej sceny potrzebny był kaskader, podobny do aktora. Problem polegał jednak na tym, żeby w ciągu kilku sekund dokonać podmiany kaskadera na aktora, tak by nie robić kolejnego ujęcia. Szczęśliwie się udało.

- Wcześniej, kiedy trwały próby z kaskaderem, przyglądający się temu Adam Woronowicz powiedział: - A może ja sam bym spróbował? Może tak bez kaskadera? Nie wyraziłem na to zgody. Powiedziałem mu, że co prawda jest ubezpieczony od urazów na planie, ale potrzebny mi będzie także na premierze - żartuje Piepka.

Plan filmu "Kamerdyner" 21.03.2017 rok
Przemyslaw Swiderski Andrzej Bieńkowski, jeden z najmłodszych aktorów na planie, a w filmie najmłodszy z rodu von Kraussów. Czterolatek niezwykle cierpliwie czekał na zdjęcia ze swoim udziałem. Na planie zabawiał go prawdziwy tata i tata filmowy, czyli Borys Szyc

W kolejnej scenie przed pałacem stoją trzy stare samochody. Na jeden z nich służba pakuje kufry i dywany. Do następnego auta wsiada Fryderyk, czyli Borys Szyc, ze swoim czteroletnim, filmowym synkiem. Ten maluch to jeden z najmłodszych aktorów na planie (były też niemowlęta). Jest bardzo dzielny. Bo zdjęcia z jego udziałem zaczęły się późnym popołudniem, a on, od rana ubrany w sztywny dziecięcy pruski strój sprzed 70 lat, cierpliwie czekał na ujęcia ze swoim udziałem. Od czasu do czasu, kiedy chłopcu napływały do oczu łzy ze zmęczenia i dymu, jego prawdziwy tata brał go na ręce i przytulał. Filmowy tata, czyli Borys, żartował razem z malcem, nakładając mu wielki męski kapelusz na głowę.

***

***

Słyszę na planie: - Trzeba się spieszyć z tymi zdjęciami, bo lada dzień wszystko się dookoła zazieleni. Ktoś jednak nad nami czuwa. Bo wczoraj, kiedy kręciliśmy ujęcia z wejściem do wsi Rosjan, mieliśmy własne, naturalne błoto, tak jak było w scenariuszu. Dzień wcześniej, kiedy były jeszcze potrzebne ujęcia zimowe, spadł leciutki śnieg i na chwilę wszystko się zabieliło. W poprzedniej turze zdjęciowej pogoda też się spisywała tak, jak zakładał scenariusz. Włącznie ze scenami kręconymi w Piaśnicy. Według scenariusza miała być mgła i dużo wilgoci. I podczas zdjęć pogoda sprawiła się na medal.

Atutem tego filmu są na pewno doskonali aktorzy. Pierwsza liga - można powiedzieć. Na planie „Kamerdynera” spotkały się niemal wszystkie pokolenia, od Janusza Gajosa i Daniela Olbrychskiego począwszy, poprzez Adama Woronowicza i Borysa Szyca, a na najmłodszej gwieździe Sebastianie Fabijańskim skończywszy.

Plan filmu "Kamerdyner" 21.03.2017 rok
Przemyslaw Swiderski Na planie „Kamerdynera” spotkali się najlepsi polscy aktorzy. Na zdjęciu Borys Szyc i Adam Woronowicz

Borys Szyc, który gra pruskiego arystokratę Fryderyka, podczas rozmowy bawi się rodowym sygnetem.

To już jego trzeci film, przy którym pracuje razem z Filipem Bajonem.

- Jego „Przedwiośnie” to moja pierwsza wielka przygoda z filmem. Filip ma więc w moim sercu miejsce na zawsze - tłumaczy.

Przyznaje, że kostium pomaga wejść w rolę. - Tadeusz Łomnicki mówił, że najważniejsze w roli są... buty. To jak postać się porusza, jak chodzi, jak stawia kroki, determinuje to, kim jest. Mowa ciała jest bardzo ważna. Można z niej dużo wyczytać - tłumaczy aktor. I dalej mówi: - Dzisiaj to mój pierwszy dzień na planie „Kamerdynera”. Wcześniej miałem okazję obejrzeć materiał, który do tej pory nakręcono i zmontowano, taką godzinną surówkę, i powiem, że to robi wrażenie .

Jego bohater Fryderyk pracuje w dyplomacji, ale pewnego dnia pięknie rozwijająca się kariera urywa się i Fryderyk musi wrócić na wieś, do pałacu. I zajmować się gospodarskimi zajęciami. - Jestem więc jednym z elementów tej gigantycznej układanki. Kolejnym kolorem w tej pięknej, historycznej opowieści o burzliwych losach pewnego rodu - mówi.

Kiedy pytam, co po kilkunastu latach pociąga go jeszcze w aktorstwie, odpowiada, że na początku to była taka czysta radość i spełnianie marzeń z dzieciństwa o graniu w filmie.

Film jest czasami wehikułem czasu. Przenosimy się w inne epoki. Żyjąc swoim codziennym, szarym życiem, mam szansę być kimś innym, niż jestem. To właśnie niesamowite w tym zawodzie, że ja, Borys, mogę przez chwilę korzystać z czyjegoś ciekawszego, atrakcyjniejszego życia. I pozwolić sobie na wiele, w dodatku bezkarnie. W filmie można być, na przykład, bezkarnie złym człowiekiem. Można się wykrzyczeć, czasem nawet wypłakać. Ten zawód pełni też dla nas rolę terapeutyczną - przyznaje.

Aktorstwo to nadal jego pasja. Ale ma poczucie, że jednak bardzo eksploatuje fizycznie, psychicznie i czasowo. - Można powiedzieć, że to zawód dla młodych ludzi. Bo później zaczynasz sobie układać życie, powiększa ci się rodzina i trzeba to umieć pogodzić. A twoi bliscy muszą się trochę tobie podporządkować. Co nie zawsze się udaje.

Kiedy pytam go o popularność i o to, czy ktoś, kto był przez tabloidy i plotkarskie portale tak chłostany, może ją nadal polubić, odparł: - Jestem z Łodzi. Stamtąd jest też Władek Pasikowski, który kręcił większość swoich filmów w tym mieście. A mnie i kolegom jako nastolatkom zdarzało się przyglądać pracy na planie. Czasami byłem na planie statystą. I pamiętam dzień, kiedy ktoś powiedział, że Bogusław Linda zaraz przyjedzie. I przypominam sobie ten pomruk uwielbienia, jaki przeszedł przez przyglądający się zdjęciom tłum. A kiedy Linda się pojawił, usłyszałem taki ściszony pisk damsko-męskich głosów. Nie, tego się nie zapomina. Więc ja też chciałem uprawiać ten zawód po to, żeby wzbudzać takie emocje. A potem, jak już w tym byłem, perspektywa mi się zmieniła. Chciałem mieć chwile tylko dla siebie, a nie dzielić je z portalami. Chciałem mieć dni, kiedy mnie nie będą fotografowali. Kiedy będę mógł się obrazić na świat i pobyć sam ze sobą. A to było trudne. Teraz już się trochę uspokoiło. I ja się uspokoiłem. Młodość się wyszumiała. Ja dojrzałem. No i pojawili się godni następcy, którzy ściągnęli mi ten ciężar z pleców. Z czego się bardzo cieszę - opowiada ze śmiechem.

Teraz zawodowo przeżywa drugą młodość. Ma świetny czas.

- Półtora roku temu złapałem drugi oddech w filmie. W tym roku, chociaż jest dopiero marzec, były już trzy premiery filmów z moim udziałem: „Sztuka kochania”, „Pokot” i „PolandJa”. Ze wszystkich ról jestem zadowolony. To są postaci kompletnie się od siebie różniące. Może nie są wiodące, ale starałem się, żeby były wyraziste - kończy.

O ile Szyc szaleństwo popularności już przeżył na własnej skórze, o tyle Sebastian Fabijański, jeszcze niedawno mylony z Łukaszem Fabiańskim, polskim bramkarzem, to dzisiaj w światku filmowym jedno z najgorętszych nazwisk. Popularność zawdzięcza roli w filmie „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”, w którym zagrał jedną z najbardziej wyrazistych i zapadających w pamięć postaci. Tego „Pitbulla...” obejrzało prawie trzy miliony widzów.

Kiedy mu mówię, że z siwizną mu do twarzy, słyszę: - Dziękuję, jednak wojny haratają człowieka.

Nie zgadza się, że po poprzednim szalonym bohaterze o pseudonimie „Cukier” obecny bohater, kamerdyner, jawi się jako ktoś spokojny i normalny.

- Nie do końca jest to rycerz na białym koniu. Tak się może na początku jawi. Ale to postać, na której ciąży jakieś fatum, jak z tragedii antycznej - tłumaczy.

Plan filmu "Kamerdyner" 21.03.2017 rok
Przemyslaw Swiderski Aktorka Marianna Zydek (prywatnie Kaszubka z Banina) i reżyser Filip Bajon. Ona kocha kostiumowe role, on lubi historyczne kino

Marianna Zydek gra Maritę von Krauss, niemiecką arystokratkę, w której bohater Fabijańskiego zakochuje się.

Media po serialu „Skazane” pisały, że to ona skazana jest na sukces. Że to wschodząca gwiazda. Urodzona w Gdańsku, studiująca w Łodzi aktorstwo, ma już na swoim koncie, mimo bardzo młodego wieku, kilka ról.

Ale jak mówi, film kostiumowy to czysta przyjemność. Kiedy Bajon zaproponował jej rolę, poczuła, że spełnia się marzenie o graniu w strojach z epoki. Bo jest w niej jakaś tęsknota do tamtych, niełatwych przecież, czasów. Wtedy jednak żyło się prościej i bez pośpiechu, bez telefonu, internetu - tłumaczy.

Dużym wyzwaniem jest to, że jej bohaterka się starzeje.

- Dzisiaj jest mój pierwszy dzień wejścia w to bardzo dojrzałe życie. Ten przeskok z dwudziestolatki w życie ponadczterdziestoletniej kobiety. Takie moje filmowe pożegnanie z młodością - kończy rozmowę z uśmiechem.

Kostiumy i charakteryzacja to chleb powszedni historycznego filmu.

- Ja tu tylko jestem od kudłów - żartuje Grażyna Jakubczak.

Jednak wszyscy na planie zachwycają się jej nie tylko kobiecymi, ale też męskimi fryzurami. Bo ona o fryzurach i perukach wie naprawdę dużo, jeśli nie wszystko. Nie tylko czesze i „dzierga” peruki, ale „tka” również wąsy, brody, baki. Rozmawiając, wspominamy Danutę Szaflarską, którą pani Grażyna wielokrotnie czesała w teatrze i na planie. - Niezastąpiona i kochana przez wszystkich - mówi o aktorce, która niedawno odeszła.

Sama „z kudłami” na planie ma do czynienia od 50 lat. Zaczynała jeszcze w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka, a potem były m.in. „Chopin. Pragnienie miłości”, „Trędowata”, „Pianista”, „Bodo” i wiele innych tytułów.

Taki ogrom historii, z jakim się tam na planie spotkałam, to jest przeżycie na całe życie. Dlatego żadne współczesne bajki mnie nie interesują. Ja chcę tylko pracować w tej bajce prawdziwej - kończy ze śmiechem.

Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.