Katarzyna Grochola: Kolejną książkę napiszę o miłości WYWIAD

Czytaj dalej
Fot. Anka Górajka
Maria Olecha-Lisiecka

Katarzyna Grochola: Kolejną książkę napiszę o miłości WYWIAD

Maria Olecha-Lisiecka

Sprzedała prawie pięć milionów książek, a jej powieści zostały zekranizowane. Nam Katarzyna Grochola mówi o tym, dlaczego napisała kryminał o pedofilii, choć wcale tego nie planowała, jak odchorowuje swoje książki i ile siebie dała Judycie z "Nigdy w życiu!".

Przygotowując się do rozmowy poszukałam opinii o pani książkach w internecie. Przejrzałam m.in. blogi i portale czytelnicze, kilka opinii wynotowałam: najpopularniejsza pisarka w Polsce; jestem zakochana w jej książkach; nikt tak jak Grochola nie potrafi pisać o uczuciach; kiedy czytam jej książki, mam poczucie, że ona pisze prawdę, a nie wymyśla niestworzone historie; świetne książki na zły nastrój; prawdziwe i bolesne historie opowiedziane z dużą wrażliwością. Co sobie pani myśli, czytając, słysząc takie opinie, główne czytelniczek, po ponad 20 latach od debiutu?

Po pierwsze, bardzo dziękuję za to, że pani zaczęła od takiego pytania, bo ja jestem absolutnie nieinternetowa, owszem odpowiadam na maile, znajduję potrzebne informacje, oglądam śmieszne kotki, ale nie śledzę wiadomości na swój temat. Kiedyś ktoś pokazał mi jakiś wstrętny komentarz i Janek Kliment powiedział – "Katka a po co ty to ruszasz? Po co ci wiedzieć złe rzeczy od nikogo?". Po drugie, może trochę bezczelnie powiem: zdaję sobie sprawę, że moje książki mają moc terapeutyczną. Dziękuję tym, którzy czytają to, co piszę, i rozumieją. Piszę tak, jak aktorzy uczą się grać metodą Stanisławskiego: muszę być każdą postacią ze swojej książki. Dlatego nie mogę napisać książki na zamówienie - muszę wszystko poczuć, nawet jeśli piszę o alkoholiku albo ofierze przemocy, to muszę być i alkoholikiem i tą ofiarą.

Mocno pani przeżywa to, co spotyka bohaterów.

Tak, co mi czasami szkodzi. Odchorowuję to potem. Po ostatniej książce dochodzę jeszcze do siebie. Myślę, że moi czytelnicy mają rację: moje książki są angażujące, emocjonalne, postaci prawdziwe w takim sensie, że zbudowane z różnych prawdziwych osób, ich przeżycia są też prawdziwe.

Nie chciałam wcale pisać kryminału. Choć jestem wychowana na książkach Agathy Christie, Raymonda Chandlera, Joe Alexa, czyli znakomitego polskiego autora Macieja Słomczyńskiego, ale sama takich książek nie piszę, nie jestem kryminalna.

Pani odchorowuje książkę „Zranić marionetkę”, a ja jako czytelniczka muszę powiedzieć, że to jedna z książek, która długo ze mną zostanie, bo jest bardzo przejmująca. Choć przyznaję, że kiedy przeczytałam informację, że Katarzyna Grochola ma napisać kryminał, to pomyślałam sobie, że teraz wszyscy chcą pisać kryminały, bo to gatunek popularny…

Ale ja uważam, że to nie jest kryminał…

Dla mnie to powieść kryminalno-psychologiczna, z dużym naciskiem na rozbudowaną warstwę psychologiczną.

O tak, zgodzę się.

No a potem pomyślałam, że zawsze potrafiła pani pisać, ma pani swój styl, więc może kryminał Katarzyny Grocholi wniesie coś nowego do tego gatunku w Polsce.

Nie chciałam wcale pisać kryminału. Choć jestem wychowana na książkach Agathy Christie, Raymonda Chandlera, Joe Alexa, czyli znakomitego polskiego autora Macieja Słomczyńskiego, ale sama takich książek nie piszę, nie jestem kryminalna. O temacie, o którym piszę w „Zranić marionetkę”, czyli o pedofilii, chciałam napisać już dawno, ale nie umiałam znaleźć formy dla tej historii. Ten temat strasznie mnie dręczył, od 22 lat, napisałam kiedyś reportaż na temat pedofilii, ale nigdy nie został opublikowany. Odłożyłam tę sprawę, pisałam o innych rzeczach, aż w końcu do mnie temat wrócił. Pomyślałam sobie: przecież kryminał jest najlepszym sposobem na opowiedzenie o relacji ofiary i kata, na opisanie dramatu, krzywdy, zemsty, samego zjawiska pedofilii, które potwornie niszczy ofiary i ich bliskich. Ale nie napisałam klasycznego kryminału, co pani zauważyła. Natomiast wiem, że książki z wątkiem kryminalnym zawsze dobrze się czyta, sama na wakacje zabieram kryminał.

Pisze pani o problemie głośnym ostatnimi czasy – o pedofilii, ale robi to pani w sposób zupełnie inny pokazując, że nie ma środowisk, których to nie dotyczy. Pedofilami mogą być ludzie ze świata polityki, biznesu, ze świecznika, ale i tzw. zwykli, normalni obywatele.

Będę się jednak upierać, że wśród murarzy to zjawisko jest na pewno rzadsze niż wśród nauczycieli, trenerów, artystów, niestety również księży, czyli tych zawodów, w których jest łatwiejszy „dostęp” do dzieci, kontakt z nimi, być może celowo kaci takie zawody też wybierają. Ponieważ wiele takich historii słyszałam i zawsze wydawało mi się, że zemsta smakuje jak u Szekspira, to chciałam o tym napisać. Tymczasem okazuje się, że zemsta zamienia ofiary w katów i mam nadzieję, że to pokazałam.

Wszystko, co robimy dzieciom świadomie lub nie, zostaje z nimi na zawsze. I o tym trzeba pamiętać.

Pokazała pani, jak traumy z dzieciństwa niszczą ludzi dorosłych i ich bliskich.

Bo z tym nie można uporać się samemu. Potrzebna jest terapia i tylko bardzo dobry terapeuta pomoże przepracować tę traumę, te emocje. Poznałam kiedyś prostytutkę, która w dzieciństwie była molestowana i jako dorosła kobieta mówiła o tym bez emocji: zdarzyło się, no trudno. Teraz ona się zemści wykorzystując mężczyzn, każąc sobie płacić, teraz to ona „rządzi”. Widać było w tej dziewczynie takie straszliwe złamanie i niezdolność do nawiązywania jakichkolwiek relacji ukryte pod tarczą obojętności. Wstrząsnęło mną to bardzo. Takich historii jest dużo więcej. Wszystko, co robimy dzieciom świadomie lub nie, zostaje z nimi na zawsze. I o tym trzeba pamiętać. Wie pani, że podobno, według badań, Polacy cieszą się bardziej z cudzego nieszczęścia niż z własnych sukcesów?

Naprawdę? Tych badań nie znam…

A to dowodzi tego, że są tak głęboko zranieni, że reagują na krzywdy mocniej niż na „głaski” w swoim życiu. W ogóle jesteśmy za bardzo skupieni na tych gorszych rzeczach. Nasz mózg bardziej reaguje na krew niż uśmiech. Ja staram się dobrze nastawiać do świata i jak czytam wiadomości, to szukam też tych dobrych. I powiem pani, że cieszy mnie np. jak się słonik urodzi w zoo, tak samo jak moich bohaterów. A ostatnio lubię oglądać filmiki, na których zwierzęta sobie pomagają, ratują się wzajemnie.

Historia z pani książki, która mną najbardziej wstrząsnęła, dotyczy Weroniki. Niewinny człowiek musi żyć z piętnem pedofila.

Takie historie też się zdarzają, kiedy niesłusznie oskarżeni o pedofilię latami dopominają się o sprawiedliwość i nigdy jej nie dostają. Społeczeństwo ich stygmatyzuje, znajomi się odsuwają, rodzina nie chce znać. Ludzie bardzo szybko oceniają, ferują wyroki. Bo przecież w każdej plotce jest ziarno prawdy… A pomówieni mają złamane życie. Mam nadzieję, że napisałam książkę przeciwko takim łatwym ocenom i piętnowaniu bez poznania sprawy, faktów. Nie potrafię się pogodzić, że tak łatwo innych oceniamy. A pomysł, żeby pedofilów wsadzać do więzień na resztę życia jest co najmniej nieprzemyślany. Bo skoro za morderstwo jest 25 lat więzienia, to za pedofilię powinny być wyższe wyroki, najlepiej dożywocie, bo to krzywda na całe życie. Też tak kiedyś myślałam, ale mój tato prawnik mi wytłumaczył, że to nie jest dobra droga, bo wtedy pedofile zamienią się w morderców. Nie surowość, ale nieuchronność i natychmiastowość kary jest najważniejsza i większa wykrywalność – to jest skuteczna droga w walce z przestępstwami.

Na początku naszej rozmowy powiedziała pani, że jest antyinternetowa, a w „Zranić marionetkę” pisze pani o patostreamie, czyli odmętach internetu, o których normalni i przyzwoici ludzie nie mają pojęcia.

Ja też nie mam o tym pojęcia, bałam się zajrzeć na takie strony i oczywiście tego nie zrobiłam. O patostreamie przeczytałam kiedyś artykuł. A potem spytałam mojego wnuka i on mi powiedział, że niektórzy nawet zarabiają pieniądze na takich filmikach, że np. ktoś kogoś bije krzesłem. Jeśli ma mnóstwo wyświetleń, to zarabia na reklamach. Niestety mamy jako kraj niechlubne pierwsze miejsce na świecie, jeśli chodzi o ich liczbę.

Ludzie bardzo szybko oceniają, ferują wyroki. Bo przecież w każdej plotce jest ziarno prawdy… A pomówieni mają złamane życie. Mam nadzieję, że napisałam książkę przeciwko takim łatwym ocenom i piętnowaniu bez poznania sprawy, faktów.

W internecie nic nie ginie, słowa mają jeszcze większą moc, a oczernianie i hejt mogą doprowadzić do tragedii.

Wie pani, jeśli dajemy się nabierać na fakenewsy, jeśli mamy farmy troli działające na zamówienie, jeżeli można zmanipulować wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, to znaczy, że w internecie można wszystko. Lodowce się topią, a politycy ważni mówią, że nie ma ocieplenia. Ludzie się duszą – słyszymy, że nie ma smogu. Takimi informacjami jesteśmy bombardowani. Ja zachęcam, aby nie wierzyć we wszystko, co piszą w internecie, bo możemy jeszcze czegoś dotknąć, wyjrzeć przez okno, żeby sprawdzić pogodę, porozmawiać z przyjacielem, sąsiadem, a nie z anonimowym trollem. Możemy nadal doświadczać świata empirycznie.

Swoją książką wprowadziła pani sporo nowości do polskiego kryminału.

Naprawdę? Nie miałam pojęcia! Bo ja niestety nie tak często czytam kryminały, jak bym chciała.

A ja czytam pasjami, czytam też dużo polskich, więc pani powiem: po pierwsze: bohater, jakiego nie było…

To dziękować Bogu, że nikogo nieświadomie nie skopiowałam!

Porucznik Natan ma zasady nie tylko w pracy, ale i w życiu. I nie ma nałogu.

No tak, w kryminałach bohaterowie lubią pić, albo chociaż dużo palić.

Kiedy zostałam zdradzona, byłam zraniona, ale nie było we mnie żądzy zemsty, pomyślałam sobie wtedy: pieprzę, napiszę książkę! Co mi szkodzi? Że się skompromituję? Trudno, przeżyję.

Ale to jeszcze nic. Porucznik Natan to chyba pierwszy protagonista, który wierzy w Boga i chodzi do kościoła.

O Boże, naprawdę? Nie miałam pojęcia, ale skoro tak pani mówi, to pewnie tak jest. Nie wiem, dlaczego temat wiary w kryminałach się nie pojawia. Ja jestem osobą wierzącą, więc mój bohater też wierzy w Boga. Chciałam, żeby miał zasady. Wiara w Boga daje siłę, a on miał być silny.

Wiara w Boga jest dzisiaj niepopularna.

Wiem, bardziej powszechny jest kult siebie samych jako bogów. Albo wiara w ludzi, którzy sprzedają religię. Ale wie pani co? Ja się tym nie przejmuję. Bóg jest i jeszcze parę osób w to wierzy.

Pani droga do pisania była długa i kręta. Zanim zaczęła pani pisać była pani salową, pomocnicą cukiernika, dyrektorką składu celnego i konsultantką w biurze matrymonialnym. Potem odpowiadała pani na listy czytelniczek w „Poradniku Domowym" i „Jestem". Coś pominęłam?

Byłam jeszcze właścicielem własnej spółki, która zbankrutowała. Robiłam też wywiady, co sprawiało mi dużą radość. Wyszłam z założenia, że skoro nie robię tego, co lubię, to kurczę, zrobię wszystko, żeby polubić to, co robię!

Jak to się zatem stało, że w końcu napisała pani pierwszą książkę „Przegryźć dżdżownicę”?

Pisałam całe życie, ale do szuflady. Kiedy zostałam zdradzona, byłam zraniona, ale nie było we mnie żądzy zemsty, pomyślałam sobie wtedy: pieprzę, napiszę książkę! Co mi szkodzi? Że się skompromituję? Trudno, przeżyję. Powiem pani, że nie czytam, co o mnie piszą w internecie, dlatego chętnie posłuchałam opinii, które pani znalazła. To było bardzo miłe! Ale wiem, że moje pisanie ma wielu krytyków. I muszę to przyjąć. Pamiętam również maksymę – słuchaj uważnie krytyk, bo tego przyjaciel ci nie powie – i pamiętaj, że pomniki wystawia się krytykowanym.

Na pani stronie wyczytałam, że już w przedszkolu pani wiedziała, że zostanie pisarką.

Tak było.

Jestem popularna, to fakt. A wie pani co mnie najbardziej ucieszyło? Jak ze dwa albo trzy lata temu Biblioteka Narodowa przekazała taką wiadomość, że najpopularniejsi autorzy w Polsce to Mickiewicz, Sienkiewicz i Grochola.

To ile pani miała lat?

Jezus, chyba cztery! (uśmiech) Naprawdę! U mnie w domu nie było telewizora, były za to książki. Miałam wyobrażenie, że pisarz to ktoś, kto nic nie musi, jest sławny, pisze książki, czyli nie pracuje i wszyscy się z nim liczą (śmiech). Bardzo mi się to podobało!

W sumie sporo się zgadza: sława, prawie pięć milionów sprzedanych książek, czyli może pani pisać, ale nie musi.

Jestem popularna, to fakt. A wie pani co mnie najbardziej ucieszyło? Jak ze dwa albo trzy lata temu Biblioteka Narodowa przekazała taką wiadomość, że najpopularniejsi autorzy w Polsce to Mickiewicz, Sienkiewicz i Grochola. I tak mi było miło, pogłaskało to moje ego, bo choć wolałam Słowackiego, to Mickiewicza też czytałam, a równolegle z Sienkiewiczem czytałam Gombrowicza. I ja razem z tym Mickiewiczem i Sienkiewiczem! Do teraz się cieszę!

Proszę opowiedzieć trochę o pisarskiej kuchni. Jak powstają książki Katarzyny Grocholi?

Niestety nie mam żadnej higieny pracy. Nie piszę ani regularnie, ani w określonych godzinach. Nie mam też ulubionego miejsca do pisania. Ostatnią książkę pisałam w kuchni, ale inne nie. Ostatnia książka w ogóle była najtrudniejsza, bo musiałam pierwszy raz zrobić plan, narysować powiązania między bohaterami. Chciałam to powiesić na korkowej tablicy, ale nie zmieściło się, więc zaniosłam pod schody, bo tam idealnie pasowało. Potem o tym zapomniałam i znalazłam, jak skończyłam pisać. Nie wszystko się zgadzało (uśmiech). Robię zawsze dużo notatek, ale nie robię planu. Zawsze za to mam tytuł i ostatnie zdanie.

Ostatnie, nie pierwsze?

Ostatnie, bo wtedy mi się całość układa, wiem, do jakiego celu zmierzam.

A co teraz pani pisze?

Teraz bym chciała skończyć rozpoczętą książkę o miłości. Ale córka mnie zapytała, czy porucznik Natan wróci. Nigdy nie pytała o następną część po przeczytaniu mojej książki.

Też bym chciała to wiedzieć. Wróci?

Może wróci. Ale teraz czuję, że muszę napisać coś po prostu o miłości, bardzo tego potrzebuję.

Zawsze chciałam zapytać, ile jest Katarzyny Grocholi w Judycie z „Nigdy w życiu!”?

W Judycie jest sto procent Katarzyny Grocholi, natomiast w Katarzynie Grocholi jest między pięć a siedem procent Judyty. Użyczyłam jej swoich psów, kotów, przyjaciółki, swojej córki, swojego zbudowanego domku.

Jakie książki pani czyta? Ma pani ulubionych pisarzy albo gatunek?

Nie mam ulubionych pisarzy. Przeczytałam „Krótką historię czasu” (Stephena Hawkinga – red.) i książkę Wojtka Eichelbergera, kiedyś mojego terapeuty, dziś przyjaciela. Czytam to, co mi wpadnie w ręce. Ale potrafię już odłożyć książkę i nie kończyć jej, gdy mnie męczy, nawet jeśli z jakiegoś powodu powinnam ją przeczytać.

Maria Olecha-Lisiecka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.