Nasi lekarze na emigracji, czyli dlaczego trudno leczyć w Polsce

Czytaj dalej
Fot. Joanna Urbaniec/Zdjęcie ilustracyjne
Agnieszka Jędrzejczak

Nasi lekarze na emigracji, czyli dlaczego trudno leczyć w Polsce

Agnieszka Jędrzejczak

Pracowałem w Grecji, Islandii, znam lekarzy od Wietnamu przez Jordanię, Izrael, Europę po Meksyk i USA. Wszędzie dużo pracują, ale chociaż dobrze zarabiają. U nas robienie specjalizacji to dziadostwo - mówi Grzegorz, lek. rezydent

Każdego roku polskie szpitale tracą kilkuset młodych lekarzy. Jedni są tuż po studiach, inni w trakcie specjalizacji. Wyjeżdżają, bo chcą pracować w warunkach, które pozwolą im utrzymać rodzinę, szkolić się i mieć czas wolny.

Emigrują, bo, jak tłumaczą, w polskich szpitalach są często gnębieni, przymuszani do pracy tam, gdzie brakuje ludzi, nierzadko bez nadzoru, rzuceni na głęboką wodę. Odpowiadają za życie, a sami padają ze zmęczenia na dyżurach. W Polsce nic się nie zmienia, więc szukają lepszych warunków pracy. Jadą do Niemiec, Holandii, Stanów.

Ten kto zostaje, to patriota - tak na siebie mówią - jakby przetrwanie w polskim szpitalu było prawdziwą walką o niepodległość.

Polski rząd też walczy, o to by zatrzymać młodych lekarzy pod przymusem odpracowania studiów medycznych. Urzędnicy wyliczyli, że przeciętny koszt wykształcenia lekarza w Polsce to pół miliona złotych. Ten kto nie chce odpracować, będzie musiał oddać pieniądze, które państwo wydało na edukację. Pomysł znów odżył po aprobacie ministra rozwoju, wcześniej jednak pomysłodawca - Jarosław Gowin - został za niego mocno skrytykowany.

O to, dlaczego wyjechali i czy zamierzają wrócić, zapytaliśmy kilkoro polskich lekarzy na emigracji i jednego tuż przed nią.

Adam, lekarz ogólny w Australii

Przed wyjazdem pracowałem cztery lata w państwowej służbie zdrowia, za minimalną stawkę, po 80 godzin w tygodniu zarówno w jednym z najlepszych szpitali klinicznych w Polsce, jak i szpitalu powiatowym, w miejskich przychodniach i w wiejskim ośrodku.

Wykonywałem jednocześnie pracę kilku osób, często w trudnych i niebezpiecznych warunkach. Wciąż mam w pamięci dość długą listę osób, które dzięki pracy mojej i kolegów są wciąż na tym świecie, albo zwyczajnie cieszą się znakomitym zdrowiem. Czy da się to wszystko przeliczyć na pieniądze za studia? Nie wiem, ale dla mnie wystarczy, żeby spać spokojnie i uznać, że oddałem cesarzowi co cesarskie.

W Australii szacunek i poważanie dla zawodu lekarza są częścią kultury. Papierologia nie istnieje

Wyjechałem do Australii cztery lata temu, ale nie bez walki. Dziś żartuję, że kazała mi żona i jest w tym trochę prawdy. Po dwóch latach widzenia się okazjonalnie, pomiędzy czterema pracami a doktoratem, powiedziała: „Stop, miałeś rację, tak się nie da żyć, wyjeżdżamy”. Ja byłem wtedy na ostatnim roku specjalizacji z medycyny rodzinnej i dziś nie wyobrażam sobie wrócić do tej rzeczywistości zawodowej, choć to ona nauczyła mnie zarządzania czasem i środkami, kreatywności. Jestem wdzięczny za doświadczenie, które zdobyłem w Polsce i wiedzę przekazaną przez doskonałych specjalistów, zwłaszcza trójmiejskich lekarzy: dr Ewy Szymańskiej i prof. Dariusza Kozłowskiego.

Znałem warunki pracy lekarzy w najróżniejszych krajach na świecie, ale wybrałem Australię ze względu na język, klimat, przyszłość dla rodziny, dobrą sytuację ekonomiczną, a przede wszystkim równowagę między pracą, a życiem poza nią i ogólnie przyjęty luz. Do Australii migrują lekarze z wielu krajów świata, również tych doskonale rozwiniętych, kierując się mniej więcej tymi samymi faktami.

W Polsce rola lekarza ogólnego sprowadzona jest do wypisywania recept i zwolnień. Brakuje organizacji w służbie zdrowia i przygotowania do praktycznej pracy w zawodzie lekarza ogólnego. W Polsce musiałem wybierać pomiędzy dobrem pacjenta, a moim własnym, bo stawka kapitacyjna, czyli pieniądze, które NFZ daje na leczenie pacjenta, w medycynie rodzinnej działa na zasadzie - im więcej diagnozuję i lepiej leczę, tym mniej zostaje na moim koncie. Było wiele podziałów między ludźmi, ciągłe przepychanki i konflikty. Błędne koło przepracowanych, wypalonych i sfrustrowanych lekarzy oraz zmęczonych kolejkami, brakiem dostępu i efektu płacenia na służbę zdrowia pacjentów.

W Australii szacunek i poważanie dla zawodu lekarza są częścią kultury. Papierologia praktycznie nie istnieje. Zarządzanie, dokumentacją, recepty, badania, skierowania czy wyniki są w formie cyfrowej z całodobowym dostępem i monitorowaniem w całym kraju. Sam system szkolenia i kształcenia lekarzy jest tak odmienny, że można o tym napisać kilka książek, albo po prostu założyć, że jest dosłownie odwrotnie niż w Polsce. Nawet podstawowe szkolenie lekarza jest bardzo praktyczne i nastawione na umiejętności, np. w zakres moich codziennych obowiązków jako lekarza ogólnego wchodzą też podstawowe zabiegi chirurgii ogólnej, diagnostyka oraz usuwanie zmian skórnych, a w tym wycinanie nowotworów skóry we wczesnym stadium, prowadzenie niepowikłanej ciąży, psychoterapia, badanie i podstawowe leczenie okulistyczne. I jeśli zlecam pacjentowi badania, to moim obowiązkiem jest zadbać o to, by je wykonał i zdecydować razem o dalszym leczeniu.

W Australii mogę rozwijać karierę i mama czas dla rodziny, dużo podróżujemy, teraz buduję własną klinikę i nie zapracowuję się przy tym na śmierć. Jest normalnie.

Czy uważam, że powinniśmy zwracać koszt studiów? Wierzę, że miałoby to sens gdyby został zmieniony sposób rozliczania usług, a przede wszystkim, gdyby lekarz po studiach zarabiał tyle, by móc je spłacić. Koszt edukacji lekarza w Australii to ponad 200 tys. australijskich dolarów, za które płaci on sam lub jego rodzice. Zaciąga się kredyty, ale tutejszy lekarz dobrze zarabia i może taką inwestycję w studia spłacić, choć życie w Australii jest stosunkowo drogie.

Grzegorz, lekarz w Islandii

Tuż po zakończeniu stażu podyplomowego, zamiast rozpocząć specjalizację jak większość moich kolegów, za pożyczone pieniądze wyjechałem na Islandię. Szybko znalazłem tam pracę, w ciągu dnia sprzątałem pokoje hotelowe, wieczorami pracowałem w restauracji. Moi szefowie przecierali oczy ze zdumienia, że do sprzątania łazienek i roznoszenia talerzy zatrudniają lekarza. Nie mogli uwierzyć w to, że w Polsce absolwent prestiżowej uczelni medycznej zarabia mniej niż kasjer ze średnim wykształceniem. Moja mama, której syn doktor do tej pory był największą chlubą, opowiadała wszystkim, że wyjechałem na stypendium do zagranicznej uczelni i tam rozglądam się za pracą lekarza. Oczywiście było to kłamstwo. Żadna praca nie hańbi, nie wstydziłem się tego co robię. Pracowałem na dwóch etatach, zarabiałem od 15 do 20 tys. zł. Dla porównania w Polsce, jako lekarz stażysta zarabiałem 1465,76 zł netto.

W trakcie moich „wczasów” w Skandynawii pracowałem ponad 300 godzin miesięcznie, wbrew pozorom jednak czułem się fantastycznie. Byłem fizycznie przemęczony, ale w końcu odpoczywałem psychicznie. Wykonywałem proste schematyczne czynności, moje błędy nie kosztowały nikogo ani zdrowia, ani życia. Po kilkunastu latach życia w ciągłym biegu, w nieustannej walce o to by być najlepszym, w końcu nie musiałem nigdzie biec.

Żeby dostać się na studia medyczne w Polsce nie wystarczy dobrze napisać maturę. Trzeba ją napisać fenomenalnie. O jedno miejsce na kierunek lekarski walczy od 20 do 50 kandydatów w zależności od uczelni. Stres to nasze drugie imię, jesteśmy do niego przyzwyczajeni. Ci którzy sobie z nim nie radzą, wypadają z gry.

W trakcie naszego kształcenia nasze człowieczeństwo jest poddawane wielu próbom. Do dzisiaj większość z nas pamięta pierwsze zajęcia z anatomii, pierwszą sekcje zwłok, pierwszy zgon, który sami musimy stwierdzić, później takie rzeczy nie robią już na nas większego wrażenia. By zachować resztki zdrowia psychicznego próbujemy dystansować się od naszej pracy. Niestety, mimo tego, że sami niesiemy pomoc wszystkim potrzebującym, zapominamy o naszym własnym zdrowiu, po cichu chorujemy, jeszcze ciszej umieramy. Średnia życia lekarza w Polsce wg. Naczelnej Izby Lekarskiej wynosi o 10 lat mniej niż pozostałej populacji.

Po namowach rodziny wróciłem w końcu do Polski, tutaj rozpocząłem specjalizację. Pracuję na etacie za 2500 zł, dorabiam na dyżurach by w wieku 30 lat nie mieszkać ze współlokatorami. O życiu w Skandynawii jednak nie zapomniałem, intensywnie uczę się języka i już za parę lat tam się przeprowadzę.

Ania, lekarka w Niemczech

Z Polski wyjechałam po stażu. Nie dostałam się na rezydenturę z wybranej specjalizacji, a warunki kształcenia, programy specjalizacji i łatwiejszy dostęp do nich w Niemczech zawsze mnie ujmowały. Warunki finansowe oczywiście też grały swoją rolę.

Będąc jeszcze na studiach od starszych kolegów słyszałam ciągle, że nie jest łatwo, że przekonamy się, jak zaczniemy pracę. I choć nie mieszkam w Polsce wiem, że aby polski lekarz zarabiał porównywalne pieniądze do tych, które mam tutaj, musi pracować w kilku miejscach. Ja pracuje jedynie w szpitalu i jeżeli nie mam dyżuru (robię ich do pięciu w miesiącu) to popołudnie mam dla siebie.

Pensja lekarza w Niemczech jest jawna i uzależniona od długości stażu pracy, rodzaju specjalizacji i klasy podatkowej. Na samym początku jeszcze, bez dyżurów zarabiałam około 2,5 tys. euro, wydając na mieszkanie ok. 600 euro. I tu już uderzyła we mnie dysproporcja między warunkami niemieckimi a polskimi, bo na stażu w Warszawie zarabiałam 1800 zł, a za wynajem kawalerki płaciłam... 1200 zł.

Z Polski wyjechałam w 2013 roku i decyzji nie żałuję. Pomysł zwrotu za studia medyczne jest normą w wielu krajach, tyle że płaci się tam za wszystkie kierunki studiów, a nie jedynie za studia medyczne. Byłoby to niesprawiedliwe. Opcją są niskooprocentowane kredyty studenckie, spłacane kiedy absolwenci zdobywają pracę. Z tą różnicą, że bez znaczenia jest czy pracuje się w kraju, w którym się studiowało, czy wyjeżdża do pracy za granicę.

Maciej, lekarz w Szwajcarii

Jeżeli miałbym wrócić do Polski jako lekarz, to tylko wtedy, gdy nie musiałbym brać kolejnych etatów i miał pracę z perspektywami rozwoju naukowego. Najwyraźniej jednak nikomu z rządu nie zależy na skokowym, szybkim wzroście wynagrodzeń lekarzy, przecież natychmiast większość przestałaby pracować ponad siły na trzech etatach, a że jest nas za mało, szybko kolejki na leczenie wydłużyłyby się.

Do Szwajcarii wyjechałem po specjalizacji w dwóch ośrodkach. Pracę w pierwszym z nich, dużym i bardzo znanym, wspominam jak zły sen. Koszmarna atmosfera w zespole zwłaszcza na linii specjaliści - rezydenci, złe warunki wynagrodzenia, ilość pracy ponad siły i doświadczenie młodego lekarza. Cieszę się, że przynajmniej zdołałem wynieść spore doświadczenie kliniczne oraz stopień naukowy doktora, kilka publikacji i doniesień konferencyjnych.

W drugim, mniejszym ośrodku spotkałem się ze znacznie lepszą atmosferą i warunkami pracy i to wtedy pojawiła się oferta od Szwajcarów. Wiedziałem, że zapewniają mi pracę w niedostępnej w Polsce dziedzinie, bez konieczności dorabiania gdziekolwiek, za wielokrotnie wyższe niż w Polsce pieniądze, z perspektywami i nauką na wysokim poziomie.

Różnice między Szwajcarią a Polską są duże. Świętością dla lekarza jest nie tylko zejście po dyżurze nocnym, ale i przyjście na niego dopiero tak, by nie przekraczać 48 godzin czasu pracy tygodniowo i przestrzegać wymaganego odpoczynku. Po zdaniu rano raportu z dyżuru lekarz nie ma prawa w ogóle pracować - ma odpoczywać i koniec. Z drugiej strony, warunki płacowe pozwalają na skupienie całej energii tylko na jednym miejscu pracy.

Średnie wynagrodzenie lekarza niespecjalisty wynosi od 5500 do 6500 franków netto na miesiąc, co po przeliczeniu na złotówki daje od 20 do 24 tys. zł miesięcznie. Przekładając praktycznie te kwoty na siłę nabywczą franka oraz średnie ceny różnych, z reguły potrzebnych każdemu, produktów i usług na miejscowym rynku, można te zarobki przyrównać do zarabiania w Polsce ok. 10 do 12 tys. zł na rękę miesięcznie.

Największa różnica jest jednak w kontaktach między lekarzami różnych specjalności w przekazywaniu sobie pacjenta. W Szwajcarii pacjent nigdy nie biega ze skierowaniami, dokumentacją, płytami CD, z dokumentacją obrazową! Wszystko to dzieje się poza nim - terminy wizyt ustalają między sobą sekretariaty placówek, obrazy są przesyłane na serwery.

Zupełnie inaczej wyglądają też skierowania, które liczą po 2-3 strony A4 i jest w nich dosłownie wypracowanie na temat tego co dolega choremu, w jakim jest stanie i dlaczego akurat do tam go kierujemy. Są też odpowiedzi na skierowania, czyli patient-berichty, gdzie znajduje się informacja na temat tego, że chory został zakwalifikowany do leczenia i opis, na czym ono polega. W mojej jednostce dodatkowo wysyła się lekarzowi kierującemu list informujący o tym, z jakim efektem pacjent zakończył leczenie i na co należy zwrócić uwagę przy leczeniu go w przyszłości. Każdy z takich listów zawsze kończy się zwrotem „Z przyjacielskimi, koleżeńskimi pozdrowieniami”…

Pomysł zwrotu kosztów studiów medycznych jest sztucznie przywoływany przez rządzących jako straszak przed planowanymi protestami młodych lekarzy.

Marta, lekarka w Wielkiej Brytanii

Na studia do Polski przyjechałam ze Stanów, dokąd wyprowadziła się moja rodzina. Wiedziałam jednak, że zostając tam i pracując jako lekarz, nie będę w stanie spłacić pożyczki na studia - ponad 100 tys. dolarów. Do Wielkiej Brytanii wyjechałam zaraz po nich. Praca tutaj jest ciężka. Stażysta w UK ma dużo więcej odpowiedzialności i godzin pracy niż w Polsce. Tu mam jednak solidne szkolenie, zarobki, dzięki którym nie muszę kombinować, jak dorobić i pracować bez odpoczynku. Mam satysfakcje z pracy i szacunek.

Każdy ma przydzielone mniej więcej tyle samo pracy dyżurowej, ale ważne by nie było jej za dużo, bo jest męcząca i wtedy nie ma czasu na pozostałe obowiązki. A te są bardzo ważne, bo dzięki nim najwięcej się uczę jako rezydent, np. przy planowanych operacjach. Jest więcej czasu i spokoju, żeby starszy chirurg pozwolił młodszemu operować i uczył go. Nie jest jednak idealnie, bo konkurencja jest duża, zwłaszcza wśród chirurgów, ja dostałam się dopiero po czterech latach prób.

Zarobki są dobre, ale nie takie duże jak się wydaje. Na stażu zarabia się około 1800-2000 funtów netto na miesiąc, na rezydenturze około 3000-4000 funtów.

Wydaje mi się, że w Polsce lekarze mają złą opinie jako grupa zawodowa, bo stworzyły się dwa fronty: lekarze i pacjenci. Jeśli środowisko pracy lekarza nie poprawi się, to najbardziej ucierpi na tym chory.

PRZECZYTAJ TEŻ NASZĄ ROZMOWĘ Z LEKARZEM PODCZAS PROTESTU GŁODOWEGO: Protest głodowy lekarzy rezydentów. "Nie jesteśmy terrorystami, jak myśli minister zdrowia"

ZOBACZ TEŻ PROTEST GŁODOWY MEDYKÓW W ŁODZI:
Głodówka lekarzy w Łodzi. Protestują w szpitalu im. Barlickiego w Łodzi [ZDJĘCIA, FILM]

Głodówka lekarzy w Łodzi. Drugi dzień protestu [ZDJĘCIA]

Protest głodowy medyków w Łodzi. Trzeci dzień głodówki. "Czujemy się gorzej, ale nie tracimy nadziei"

Protest głodowy medyków w Łodzi. Czwarty dzień głodówki. Środa "dniem bez lekarza" [ZDJĘCIA]

Protest głodowy medyków w Łodzi. Piąty dzień głodówki. Dołączył psycholog z Kielc [ZDJĘCIA]

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Polski.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Polski
  • codzienne e-wydanie Polski
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Agnieszka Jędrzejczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.