Natalia Fiedorczuk-Cieślak: Polskie kobiety niepotrzebnie ze wszystkiego się tłumaczą

Czytaj dalej
Fot. Damian Kujawa
Agata Sawczenko

Natalia Fiedorczuk-Cieślak: Polskie kobiety niepotrzebnie ze wszystkiego się tłumaczą

Agata Sawczenko

Wszystkim jest dane prawo do buntu, do tego, żeby sobie z czymś nie radzili, żeby przeżywali swoje kryzysy. Natomiast matki, jakimś dziwnym trafem, tego robić nie mogą - mówi Natalia Fiedorczuk, pochodząca z Białegostoku autorka książki „Jak pokochać centra handlowe”.

Podobno przed laty debiutowała Pani u nas, w „Kurierze Porannym”...

Natalia Fiedorczuk-Cieślak: To było bardzo dawno temu! Miałam kilkanaście lat. Zostałam poproszona o zrecenzowanie jakiejś książki. To była chyba kolejna część „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz, a wtedy byłam wielką fanką tego cyklu. Pamiętam nagłówek w gazecie: „Natalia Fiedorczuk poleca”. Pewnie, że to było przeżycie! Również dla moich rodziców.

Białystok Pani szkolnych lat to też De Centrum - legendarny squat. Była Pani zbuntowaną nastolatką?

Oczywiście - byłam absolutnie zbuntowana! Do tej pory jestem. Uczyłam się wtedy w Liceum Plastycznym w Supraślu. Tamto środowisko sprzyjało nonkonformistycznym postawom. Znajomi powiedzieli, że jest takie miejsce, jak De Centrum. Zaczęłam tam przychodzić z koleżankami ze szkoły. Założyłyśmy grupę artystyczną i robiłyśmy różne akcje, performensy, wystawy. A w międzyczasie zaczęłam grać w zespołach punkowych i post-punkowych. Sala prób też była w De Centrum. Przyjeżdżałam tam, zresztą jeszcze na studiach, aż do 2005 roku, kiedy squat został zlikwidowany. Tak… De Centrum to kawałek mojej historii. Miejsce, które zdecydowanie na mnie wpłynęło, pokazało też, że w kontrkulturze jest mnóstwo energii, z niej wychodzi wiele nowatorskich, ciekawych zjawisk.

Ale to nie tam postanowiła Pani, że będzie artystką. Takie zainteresowania miała już Pani wcześniej…

Najpierw skończyłam szkołę muzyczną. Ale w tamtych czasach edukacja muzyczna była raczej zorientowana na naukę wykonawstwa, a moje bardziej kreatywne zapędy były tam trochę tłamszone. Wiedziałam więc, że już nie chcę iść dalej w edukację muzyczną. Wybrałam więc liceum plastyczne. Później dostałam się na Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu. Postudiowałam tam przez cztery lata. I ostatecznie nie zrobiłam dyplomu, bo zajęłam się życiem zawodowym. Ale później skończyłam jeszcze inne studia. Ale już normalne, nieartystyczne, uniwersyteckie. Tak bardziej dla przyjemności.

Zawodowo zajmuje się pani muzyką, a także jest animatorem kultury. I w pewnym momencie napisała Pani książkę, która szybko stała się bestsellerem...

No właśnie bestsellerem to niekoniecznie. Bo bestseller to tak bardziej...

Kasowo?

No właśnie. Gdyby to był bestseller, może byłabym już bogata. Miałabym nowy samochód, dom w Konstancinie. A nadal jesteśmy w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy dwa lata temu, a pranie piętrzy się na koszu w łazience. Także chyba bestseller to nieodpowiednie słowo, a może ja przypisuję mu nieodpowiednie znaczenie.

Ale tak - napisałam. Zaczęłam pisać tę książkę, kiedy byłam na urlopie macierzyńskim. Bo wtedy moje możliwości robienia muzyki się troszeczkę zawęziły. Nie miałam też dostępu do studia muzycznego przez 24 godziny na dobę - tak, żebym mogła tam wejść o każdej porze, nagrać jakiś pomysł. Ale też nie dałam rady sobie takiego studia w domu zaaranżować. Bo takie dziecko, które zaczyna się już poruszać, to się wszystkim zainteresuje: sprzętami, porozrzucanymi kablami. Choć teoretycznie takie nagrywanie byłoby możliwe, bo ostatnio zajmuję się muzyką tworzoną przed komputerem, nagrywam próbki - wiadomo jednak, że w związku z książką i codzienną pracą zawodową - trochę mniej.

A pisałam sobie w wolnym czasie. Nie było go znów tak wiele, były to raczej wieczory, albo czas drzemek córki i syna. Zaczęłam dostrzegać wiele rzeczy dotyczących macierzyństwa, bardzo mnie to zainteresowało od strony antropologicznej, kulturowej. Człowiek, który się staje matką. To, jakie oczekiwania społeczne są wysuwane wobec matek. Jakie są mity na ten temat...

Niezwykle niepokojąca ta Pani książka. Tak wprost Pani pisze, że matka nie jest idealna, że ma swoje kłopoty, wahania nastroju. A nawet nie wahania - tylko po prostu zły nastrój, depresję. I że kobieta nie zawsze radzi sobie z taką niby zwykłą sytuacją, że została matką. Takie pokazywanie macierzyństwa wcale nie jest takie powszechne, choć coraz częściej na szczęście mówi się o tym, że macierzyństwo nie wygląda tak, jak przedstawiane to jest w kolorowych czasopismach, w poradnikach. No ale... każda mama jednak choć trochę dąży właśnie do takiego pseudoideału. Chcemy być takie nibyidealne...

To złożony problem. Z jednej strony to jest kwestia czasów, w których żyjemy. Ten 2017 rok, to jest taki specyficzny moment - politycznie, geopolitycznie. Dochodzi do różnych załamań, niepokojów społecznych, też w dużej mierze swego rodzaju reakcji konserwatywnej, zwrotu w stronę tradycjonalizmu. Tak, jak to się działo w latach 80. w Stanach Zjednoczonych za rządów Reagana - taki odwrót od idei postępowych lat 70., kiedy dużo się działo w sprawach kobiet. I tak jest teraz u nas - trudno stwierdzić, czy to się stało nagle, czy to kwestia ostatnich lat, czy stopniowego „cofania się” postaw progresywnych od samego początku transformacji ustrojowej. To, co się dzieje teraz, jest też przemielone przez kulturę współczesną, która w pewien sposób nakłada na kobiety coraz ciaśniejszą siatkę oczekiwań. Oczekiwań, które nieustannie się mnożą. To macierzyństwo bardzo często pozostaje w opozycji do tych oczekiwań, ale również te oczekiwania generuje. Bo spójrzmy na to, co dzieje się w Polsce w 2017 roku. Młode matki, mieszkanki średnich i większych miast - one nie mają umów o pracę na stałe, tylko umowy o dzieło, które ani nie gwarantują ubezpieczenia społecznego, ani macierzyńskiego. Cofamy się zatem do czasów zależności ekonomicznej kobiet, która dzieje się z pomocą „elastycznego” rynku pracy. To jest takie coś, co stoi w opozycji do tego, co powiedziała nam druga fala feminizmu - że kobieta powinna mieć swój dochód, a świadczenia socjalne, zmiany kodeksu pracy, by ułatwiać godzenie zawodu i wychowania dzieci, miały wzmacniać te społeczne zmiany. Ale jak to teraz zrobić, jak pozostać niezależną, w pewnym sensie - w takim bezbronnym momencie, kiedy zostajemy młodymi matkami?! A jeszcze do tego dochodzą jakieś echa dyskusji na temat powinności kobiety, na temat tego, w jaki sposób kobieta powinna się zachowywać. Również w tym momencie, kiedy jej dziecko pojawia się na świecie. Więcej - kiedy kobieta zostaje matką, te oczekiwania wobec niej zaczynają być coraz głośniej wypowiadane.

Ja mam wrażenie, że gdy kobiety postanawiają zostać matkami, nie powinny w ogóle zaglądać do internetu, do poradnikowych książek i gazet dla młodych mam. Bo komunikaty wysyłane do nich stamtąd są tak różne, że trudno jest się nawet połapać, czego się od nas oczekuje...

No tak. Dodatkowo jeszcze ciąża i wczesne macierzyństwo to jest też taki moment, kiedy z organizmem kobiety dzieje się dużo rzeczy również hormonalnie. Ten nasz obraz świata wtedy często staje się zawężony. Była taka XVIII-wieczna idea, że kobieta w ciąży jest niepoczytalna. I gdzieś to przekonanie nadal w społeczeństwie pokutuje. I odbija się echem nawet w prawodawstwie, które mówi, że kobieta w połogu nie jest osobą poczytalną i w pełni odpowiedzialną za to, co robi.

Według pani to stereotyp?

Trudno powiedzieć. Na pewno bardzo często jest tak, że moment macierzyństwa jest pierwszą konfrontacją - bezlitosną - z własnym ciałem. Bo nagle zwycięża biologia, dominuje nad takim rozsądnym, nowoczesnym myśleniem o sobie. I nagle zdajemy sobie sprawę, że nasze ciało wymyka się spod kontroli i robi coś, co jest gdzieś tam zaprogramowane biologicznie. To powoduje dezorientację, poczucie bezbronności, totalnego odsłonięcia. Nie wiem, jakie są tego przyczyny. Na pewno bardzo złożone, na pewno składają się na to też te oczekiwania kulturowe, o których ja piszę. Ale to często pozostawia kobietę w takim poczuciu dużej dezorientacji, która staje się czymś w rodzaju uniwersalnego kryzysu. A ja nie chciałam pisać tylko i wyłącznie do matek i o matkach. Chciałam przełożyć to na jak najbardziej prosty i zrozumiały język, który będzie w stanie być przeczytany przez każdego, kto przechodzi taki kryzys, kto przechodzi taką zmianę - która niekoniecznie jest macierzyństwem. I tak, „Jak pokochać centra handlowe” jest z jednej strony powieścią o macierzyństwie. Z drugiej jest to powieść o osobie w kryzysie, która próbuje poskładać swoją tożsamość na nowo - w obliczu jakiegoś wydarzenia, które tę osobę zmieniło.

Dużo u Pani w książce jest poszukiwania siebie. Bo z jednej strony tej bohaterce jest bardzo źle z samą sobą. A z drugiej - czuje coś takiego, że źle robi. Bo wie, jak według schematów, stereotypów nawet powinno być - ale nie do końca chce, żeby tak było.

Bo każda zmiana wiąże się z tym, że coś się oczywiście zyskuje, ale przecież również coś się traci. I ta bohaterka jest taka zawieszona pomiędzy opłakiwaniem tej straty, a szukaniem Nowego. Ale tak naprawdę to już nawet nie pamięta, co straciła, bo tak bardzo jest w tej nowej rzeczywistości, że już nie wie, kim była. I nie wie, na jakich podstawach, na jakich glinianych nogach budować swoją tożsamość. Dlatego obiera sobie strategię, że obserwuje wszystko dookoła. I zaczyna dostrzegać pewne rzeczy, do których wcześniej nie miała dostępu - proste rzeczy, najbliższe otoczenie, przestrzeń publiczną, krajobraz, osoby, kobiety, z którymi mogłaby wejść w jakąś relację. To jest taka strategia przetrwalnikowa, antydepresyjna, minimalistyczna w interakcji. Ale to, co najważniejsze, dzieje się w bohaterce.

Przyznaje Pani, że dużo w tej bohaterce jest z Pani...

Nie do końca jednak Lucyna Nowak to ja. Ona obserwuje siebie z takim bezlitosnym dystansem. Gdybym w ten sposób podchodziła do siebie, to myślę, że to na długo by mi nie starczyło. Gdzieś bym sobie pojechała w długą. Ktoś mi zarzucił: „Że tak jest, jak piszesz, to wiem. Ale jak sobie pomóc?”. To ja teraz mogę pani powiedzieć. Ja w takim kryzysie starałam się na nowo budować relacje z ludźmi. I bardzo szybko do nich dążyłam - mimo że nie czułam się w nich tak pewnie. Bardzo dużo mi dały kontakty z innymi kobietami. Tworzenie siatek towarzyskich i psiapisółkowanie z innymi matkami, ale też z kobietami, które nie mają dzieci. I takie poczucie wspólnoty i ulgi, kiedy siedzimy razem z dziećmi, które powoli już umieją się sobą zajmować. I w takich momentach ta odpowiedzialność - bo to właśnie odpowiedzialność jest czymś, z czym naprawdę trudno się zmierzyć - ta odpowiedzialność się w jakiś sposób rozprasza. Moja bohaterka nie ma tej sieci, nie pojawia się prawie żadna rodzina - oprócz męża. Książka jest nie tyle o mnie, ale jest to pewna metafora. No, ale jestem oczywiście świadoma, że jeżeli kobieta-autorka pisze książkę w pierwszej osobie liczby pojedynczej, to jest z automatu traktowane jako jej pamiętnik. I świadoma tego dałam posłowie z tyłu. I teraz trochę tego żałuję, bo to takie niepotrzebne tłumaczenie się. Polskie kobiety często się tak niepotrzebnie tłumaczą ze wszystkiego.

W tej książce odarła też pani macierzyństwo z tego etosu radzącej sobie ze wszystkim, uśmiechniętej, wspaniałej Matki Polki.

Tak od społecznej, socjologicznej strony, w kulturze zachodniej rodzicielstwo jest totalnie spychane do sfery takiej intymnej, indywidualnej. To, jak sobie z tym radzisz: ekonomicznie, emocjonalnie, logistycznie - to wyznacznik twojej zaradności, ogarnięcia się, dojrzałości. To jest twoja sprawa, co zrobisz z dzieckiem, jeśli chcesz wrócić do pracy. Oczywiście powinnaś wrócić do pracy, bo jesteś nowoczesną kobietą. W sprzeczności do tego stoi pogląd, że do pewnego etapu powinnaś opiekować się dzieckiem sama, zrezygnować z „aktywności na zewnątrz”. Z jednej strony zatem, ten insight - sama sobie wszystko zorganizuj. A z drugiej strony ta kontrola zewnętrzna, taka symboliczna trochę, takie dyscyplinowanie młodych matek, a propos wyborów, których dokonują, albo jakichś uchybień, błędów - jest dosyć spora, naprawdę. To rodzi bunt. I wszystkim jest dane to prawo do buntu, do tego, żeby sobie z czymś nie radzili, żeby przeżywali te swoje kryzysy. Natomiast matki - jakimś dziwnym trafem tego robić nie mogą.

No właśnie - nie chcemy łamać tych stereotypów dotyczących kobiet - nie tylko matek...

Tak. Bo kobieta to jest taki feniks, który wstaje z popiołów. Ona zawsze wstanie. I zawsze będzie fajnie. I się umaluje. I przyjdzie z tym dzieckiem, i będzie uśmiechnięta. Natomiast absolutnie chciałam też przez tę książkę dać prawo tym kobietom, naprawdę mocno przemęczonym, prawo do tego, że one sobie nie radzą. Chciałam im powiedzieć: słuchajcie, macie prawo tak się czuć. Macie prawo czuć się kiepsko. To nic złego. Większość ludzi tak ma , że się czasem źle czuje. I czasem jest to w granicach obłędu, zwłaszcza we wczesnym rodzicielstwie, kiedy te uczucia potrafią osiągać takie amplitudy. Z jednej strony dosięga nas taka ogromna miłość, rozczulenie, z drugiej stany przytłoczenia, oddzielenia od reszty świata, osamotnienia. To się dzieje, to jest normalne, to wszystko jest miłość. To jest też budowanie relacji. I uczucie, które się rodzi.

Pani Natalio, za „Jak pokochać centra handlowe” dostała Pani Paszport Polityki. I co Pani na to? Oczywiście po swojemu: że marzyła pani o tej nagrodzie, ale w kategorii muzyka.

No bo rzeczywiście to gdzieś się tam znajdowało w sferze marzeń. Ale rzeczywiście - sama nominacja to już było duże zaskoczenie. Wprawiło mnie to w duże osłupienie - bo bardzo szybko po premierze dostałam tę informację. Gdzieś tam dopiero zaczęły pojawiać się recenzje, a ja dopiero się zaczynałam przyzwyczajać do myśli, że mam książkę na rynku. A tu od razu takie rzeczy!

Ale faktycznie wolałaby Pani, żeby to było za muzykę?

Teraz to już chyba nie. Bo wtedy może nie byłabym otwarta na inne dziedziny sztuki, nie szukałabym. Zresztą - kiedy mi na tym mocno zależało, parę lat temu, to też byłam inną osobą niż teraz.

Zmieni coś u Pani ten Paszport Polityki?

Hmm. To chyba za wcześnie, żeby wyrokować. Bo na razie muszę się dopiero odgrzebać ze sterty brudnego prania, które w tym tygodniu nagromadziło się w domu - chociażby przez to, że musieliśmy pojechać na uroczystość rozdania paszportów...

Ale - jak będzie - nie wiem. Podobno to jest paszport, który otwiera nowe drzwi. Ale chyba i tak największa odpowiedzialność ciąży w tej chwili na mnie. Ale ja jestem dobrej myśli.

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.