Paweł Stachnik

Polska miłość do cesarza

Marcello Bacciarelli, Nadanie konstytucji Księstwu Warszawskiemu przez Napoleona w 1807 roku, 1809-1811 Fot. archiwum Marcello Bacciarelli, Nadanie konstytucji Księstwu Warszawskiemu przez Napoleona w 1807 roku, 1809-1811
Paweł Stachnik

Polacy pokochali Napoleona, choć on wielokrotnie ich zawiódł. Bonaparte nie tylko wykorzystał Polaków, ale dał im państwo. Mit Bonapartego jako dobroczyńcy Polski narodził się jeszcze w XIX w. i trwa do dziś.

Napoleon zrobił dla Polski więcej niż jakikolwiek inny mąż stanu Europy i świata w ciągu ostatnich trzech stuleci, po dzień dzisiejszy” - napisał historyk Jerzy Łojek. „Od tego jedynego cudzoziemca Polska zaznała dobra” - twierdził jego wielki poprzednik Szymon Askenazy. „Polacy kochają Napoleona, czego świadectwem są prace historyków, gotowych fałszować fakty, aby stosunek cesarza do sprawy polskiej wypadł jak najkorzystniej” - głosił Stanisław Cat Mackiewicz.

Rzeczywiście, Polacy byli i są zakochani w cesarzu. Mały Kapral cieszył się w naszym kraju (i nadal cieszy) wielkim poważaniem. Ciągle ukazują się książki o nim i o jego czasach, a także o ówczesnej wojskowości i polskim udziale w prowadzonych przez niego wojnach. Istnieją liczne grupy rekonstrukcyjne odtwarzające jednostki wojskowe z okresu Księstwa Warszawskiego, organizuje się inscenizacje bitew i potyczek z tamtych czasów. Nie brak też bonapartystów wśród historyków, pisarzy i popularyzatorów historii.

Nikt wówczas ani później nie dał Polakom większej szansy na odbudowę państwa
- Sławomir Leśniewski

Bonaparte to także ważna postać w naszej sferze symboliczno-mitologicznej. W powszechnym przekonaniu cesarz był dobroczyńcą Polaków i wskrzesicielem Polski, a dowodem tego jest wszak umieszczenie go w naszym narodowym hymnie. Cesarz funkcjonuje jako mąż opatrznościowy Sarmatów, któremu w odtworzeniu Rzeczypospolitej przeszkodził tylko nieszczęśliwy przebieg historycznych wypadków.

A jak było naprawdę? Czy Napoleon rzeczywiście cenił Polaków i naprawdę chciał coś dla nich zrobić? Czy też traktował ich instrumentalnie - gdy trzeba obiecywał wolną ojczyznę, a gdy trzeba wykorzystywał politycznie, militarnie i gospodarczo do granic możliwości.

Próbę udzielenia odpowiedzi na to pytanie podjął znany autor książek historycznych Sławomir Leśniewski w swojej najnowszej pracy zatytułowanej znacząco „Napoleoński amok Polaków”. Opisał w niej romans naszych przodków z Korsykaninem na przełomie XVIII i XIX w., ich zauroczenie cesarzem, wierną służbę dla niego, chwile chwały, jakich zaznali za jego sprawą, a wreszcie rozczarowania, jakich im dostarczył.

Straty i upokorzenia

Paradoksalnie, do pierwszego zetknięcia polskich patriotów z późniejszym cesarzem Francuzów doszło przypadkiem. Gdy bowiem po III rozbiorze do Paryża przybył gen. Jan H. Dąbrowski i wystąpił do tamtejszych władz z projektem utworzenia przy armii francuskiej polskich oddziałów, te chcąc się pozbyć kłopotu odesłały go do Włoch, do dowodzącego tam generała Bonaparte.

Ten początkowo podszedł do pomysłu niechętnie, Dąbrowskiego przyjął zimno i zrobił na nim bardzo złe wrażenie. „Takie to było małe i jakieś czarne a żółte, takie chude a biedne…” - cytuje opinię Dąbrowskiego o Napoleonie Sławomir Leśniewski. Mało brakowało, a całe przedsięwzięcie nie doszłoby do skutku.

Korsykanin po pewnym czasie zmienił jednak zdanie i zgodził się na tworzenie polskich jednostek we Włoszech (najpierw kompanii, potem batalionu, a wreszcie legionu). Miały one nosić polskie znaki i posługiwać się polską komendą, ale podlegać francuskiemu dowództwu. Potem okazało się, że Legiony podporządkowano nie Francji, ale tworzonym przez Bonapartego we Włoszech efemerycznym państewkom typu Republika Lombardzka czy Republika Cisalpińska.

Tak zaczęła się trwająca dobrych kilka lat epopeja Legionów, która przyniosła Polakom wymierne straty w ludziach oraz rozczarowania i upokorzenia. W zamierzeniu Dąbrowskiego Legiony miały u boku wojsk francuskich prowadzić zwycięskie walki z Austriakami, a potem przez północne Włochy dotrzeć do Galicji i wyzwolić ją i resztę ziem polskich.

Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Bonaparte wykorzystywał oddziały Dąbrowskiego w głównej mierze do utrzymywania w szachu podbitych Włoch. Legioniści pacyfikowali więc kolejne regiony, w których wybuchały antyfrancuskie powstania: rozbijali powstańcze oddziały, zdobywali miasta i twierdze, zagarniali dobra i żywność.

Gdy do Włoch wkraczały siły koalicyjne - austriackie i rosyjskie - Bonaparte rzucał Polaków do walki, a w krwawych bitwach pod Weroną, Magnano, nad Trebbią i pod Novi ponosili oni ciężkie straty. Dąbrowski kilka razy musiał odtwarzać swoje oddziały niemal od zera.

Piekło na Haiti

Wierność i zaangażowanie Polaków na nic się jednak zdały. W kolejnych rozejmach i pokojach zawieranych z Austrią nie było mowy o wolnej Polsce. Mało tego, Francuzi chętnie poświęcali polskich sojuszników na ołtarzu dobrych relacji z wrogiem. Tak było po kapitulacji Mantui, gdzie Polacy zostali oddani przez francuskie dowództwo w ręce Austriaków.

Po pokoju w Lunéville w 1801 r., który nie przyniósł żadnych rozstrzygnięć w sprawie polskiej, w Legionach doszło do wybuchu nastojów antyfrancuskich. Morale podupadło, oficerowie podawali się do dymisji, a Dąbrowski myślał o wypowiedzeniu posłuszeństwa Bonapartemu, marszu na południe, opanowaniu tam którejś z greckich wysp i ustanowieniu na niej polskiego państewka…

By pozbyć się niewygodnych i niepotrzebnych legionistów, Bonaparte wysłał sporą ich część na San Domingo (dziś Haiti), by tłumili powstanie niewolników. Walki tam toczone Sławomir Leśniewski określa jako piekło. Zaciętość, z jaką obie strony prowadziły wojnę była ogromna. Francuzi dopuszczali się bez mała ludobójstwa. Powstańców wieszali, rozstrzeliwali, topili w workach, dusili siarką pod pokładami statków i oddawali na pożarcie specjalnie tresowanym psom.

Z kolei Murzyni schwytanych jeńców, w tym Polaków, smażyli żywcem, ścinali siekierami i przecinali piłami. Na Haiti zginęło prawie 5 tys. polskich żołnierzy, do Europy wróciło kilkuset…

Legionowa epopeja trwała dziesięć lat. Przez ich szeregi przewinęło się 35 tys. ludzi, 20 tys. zginęło. Większości legionistów, którzy z takim oddaniem służyli Bonapartemu, nigdy nie udało się dotrzeć do Polski.

W interesie Francji

Po raz kolejny Bonaparte przypomniał sobie o Polakach w 1806 r., gdy wkraczał na ziemie polskie. Wezwał ich wtedy do walki przeciw zaborcom, używając dość dziwnie brzmiącego sformułowania: „Zobaczę, jeżeli Polacy są godni być narodem”. Polacy chwycili za broń i wzięli udział w wojnie z Prusami i Rosją. Jednak ku ich wielkiemu rozczarowaniu za ten militarny wysiłek Napoleon nie nagrodził ich ojczyzną taką, jakiej się spodziewali.

Oto zamiast Rzeczypospolitej w granicach przedrozbiorowych dostali niewielkie państewko złożone z ziem II, III i częściowo I zaboru pruskiego, w którego nazwie zabrakło słowa Polska. Nazwano je Księstwem Warszawskim i było ono całkowicie politycznie i ekonomicznie podporządkowane Francji. Księstwo musiało wystawić dużą armię, której liczebność znacznie przekraczała jego możliwości gospodarcze. „Ta armia walczyła wyłącznie w interesie cesarstwa francuskiego, bez żadnych korzyści dla sprawy polskiej” - napisał angielski historyk polskiego pochodzenia Adam Zamoyski.

Przez szeregi Legionów przewinęło się 35 tys. ludzi, 20 tys. zginęło

No właśnie - walka w interesie cesarstwa. W 1808 r. Bonaparte pomaszerował do Hiszpanii, by podporządkować sobie również i ten kraj. Zabrał ze sobą polski pułk szwoleżerów gwardii, Legię Nadwiślańską (powstała z resztek Legionów Dąbrowskiego) oraz Dywizję Księstwa Warszawskiego złożoną z trzech pułków piechoty.

Polskie oddziały wyróżniły się m.in. w bitwach pod Somosierrą, Tudelą i Albuerą oraz podczas oblężenia Saragossy. Niestety, wojna w Hiszpanii przypominała te wcześniejsze we Włoszech i na San Domingo. Polacy pacyfikowali teren, rozbijając hiszpańskie oddziały regularne i powstańcze, przeprowadzając represje wobec ludności, paląc wsie i miasta.

Nadal z Napoleonem

Szansą na uzyskanie czegoś więcej stała się dla Polaków wojna z Rosją rozpoczęta przez Napoleona w 1812 r. Cesarz prowadził ją pod hasłem „wojny polskiej”, a jej formalnym celem miało być odbudowanie Rzeczypospolitej. W takiej sytuacji Księstwo wspięło się na wyżyny swoich możliwości ekonomicznych i militarnych i na wyprawę do Rosji wystawiło prawie 90 tys. żołnierzy.

„Nigdy wcześniej Polacy nie wystawili tak licznej armii złożonej na dodatek ze świetnych i w dużej części zaprawionych w boju jednostek. A stworzył ją kraj, który pozostawał w nędzy” - pisze Leśniewski.

Większość oddziałów polskich została rozproszona w jednostkach francuskich. Tylko V Korpus, liczący 35 tys. ludzi, był dowodzony przez księcia Józefa Poniatowskiego. Niestety, cały ten militarny wysiłek Polaków został zmarnowany. Fatalnie przeprowadzona przez Bonapartego kampania rosyjska zakończyła się całkowitą klęską i rozpadem Wielkiej Armii.

W bitwach, starciach i potyczkach na drodze do Moskwy, a potem podczas ciężkiego odwrotu oddziały polskie poniosły ogromne straty, a stworzona takim wysiłkiem armia Księstwa przestała istnieć. W 1813 r. trzeba było ją odtwarzać w oparciu o resztki, które wróciły spod Moskwy.

Z nowo utworzonymi pułkami książę Poniatowski opuścił zagrożoną przez Rosjan Warszawę i udał się do Krakowa. Tam spędził cztery miesiące, zastanawiając się, co robić dalej. Wiele osób, w tym najbliższych, namawiało go, by porzucił cesarza. Do miasta przybył też specjalny emisariusz od księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, który miał namówić Poniatowskiego do zmiany frontu.

Ten jednak po wielu wahaniach i rozterkach postanowił dochować wierności Bonapartemu. Co nim kierowało? Poczucie lojalności? Honor? Wiara w szczęśliwą gwiazdę cesarza? Sławomir Leśniewski pisze, że chodziło raczej o świadomość, iż car nie zamierza dać jednoznacznej, potwierdzonej oficjalnym dokumentem, gwarancji odbudowania Polski.

Narodziny mitu

Z Krakowa Poniatowski pociągnął z armią do Saksonii i tam wziął udział w wielkiej bitwie pod Lipskiem, w której zginął, nota bene jako jedyny z marszałków Francji (Bonaparte mianował go nim krótko wcześniej). Gdy po klęsce grupa polskich oficerów spotkała się z cesarzem, ten wygłosił do nich dość aroganckie przemówienie.

„Nie idzie mi o waszą pomoc” - mówił. „Kilka tysięcy Polaków nie przeważy szali losów. Nie myślcie, że sprawa Francji stracona. Fortuna to frajerka… […] Jeżeli mnie odstąpicie, rozwiążecie przez to od razu sprawę Polski i może na zawsze. Jeżeli zostaniecie wierni orłom francuskim, natenczas przy zawieraniu pokoju obecność wasza zmuszać będzie, aby was nie zapomniano”.

No więc zostali wierni. Resztki armii Księstwa wzięły udział w kampanii 1814 r. i walczyły pod cesarskimi orłami aż do upadku Paryża i abdykacji. Na Elbę poszedł zaś z Napoleonem szwadron szwoleżerów pod dowództwem Jana Jerzmanowskiego. Szwoleżerowie mieli udział w ucieczce z Elby, a potem walczyli podczas stu dni i wzięli udział w bitwie pod Waterloo. Tak zakończyła się epopeja napoleońska.

A kiedy zaczął się rodzić mit Napoleona? Adam Zamoyski, autor wydanej niedawno biografii cesarza zatytułowanej „Napoleon. Człowiek i mit”, pisze że po powstaniu listopadowym polscy emigranci schronili się we Francji, która jako jedyne państwo konstytucyjne w Europie dawała nadzieję na wsparcie sprawy polskiej.

Aby zyskać uznanie Francuzów i wywołać w nich poczucie długu wobec Polski, przypominali zasługi polskich żołnierzy w kampaniach napoleońskich, wspólną walkę pod cesarskimi sztandarami oraz polską wierność do końca. Najpierw sami w to uwierzyli, a potem wyrosły pokolenia karmione tymi opowieściami. Pisarze, poeci i malarze tworzyli dzieła sławiące udział w napoleońskiej epopei, a cesarz urósł do rangi półboga, któremu we wskrzeszeniu Polski przeszkodziły tylko wraże potęgi zaborcze. Te same potęgi, które dokonały rozbioru Rzeczypospolitej przyczyniły się też do upadku Napoleona.

Na jednak ważny, realny, nie tylko mityczny, aspekt sprawy zwraca uwagę Sławomir Leśniewski: „Wielu historyków, i nie tylko ich, twierdzi, że [Napoleon] Polaków cynicznie oszukał. Ale też nikt wówczas ani później nie dał im większej szansy na odbudowę państwa, która nie była bynajmniej złudną nadzieją”. To dzięki cesarzowi sprawa odrodzenia Polski stała się sprawą międzynarodową i na kongresie wiedeńskim nie dało się jej już zignorować.

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.