Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"

Czytaj dalej
Fot. 123 RF
Łukasz Cieśla

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"

Łukasz Cieśla

Błędy lekarskie prowadzącego do śmierci pacjentów, igranie z ludzkim życiem w imię uzyskania wyników badań i zaspokojenia potrzeb firm farmaceutycznych, prowadzenie nielegalnych eksperymentów na ludziach – takie zarzuty płyną ze strony doktora Krzysztofa, który pracował w poznańskiej Klinice Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej. Gdy zaczął o tym mówić, został zwolniony z kliniki podległej Uniwersytetowi Medycznemu w Poznaniu.

- Mam na imię Krzysztof, jestem doktorem nauk medycznych, specjalistą z zakresu chirurgii ogólnej oraz naczyniowej. Wiele lat ciężko pracowałem, by móc leczyć pacjentów w klinice uniwersyteckiej w Poznaniu. Mam zasady i się ich trzymam. Gdy zacząłem mówić o różnych nieprawidłowościach, których byłem świadkiem, zostałem zwolniony z pracy. Oficjalnie rozwiązano ze mną umowę z powodu likwidacji mojego stanowiska – tak Krzysztof, poznański chirurg naczyniowy, zaczyna pierwszą rozmowę z nami.

Rozmów będzie wiele. Podobnie jak dokumentów, które zgromadził. Pisał do Ministerstwa Zdrowia, do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, do poznańskich prokuratorów. Nikt, jak przekonuje, na poważnie nie zajął się jego zarzutami.

WIĘCEJ:
Sprawa błędu lekarskiego ciągnie się kilka lat. Bo pani prokurator zgubiła akta

Korupcja u aptekarzy: szokujące nagrania rozmów szefa samorządu aptekarskiego

Krzysztof, po zgłoszeniu zastrzeżeń, wpadł w kłopoty. Stracił pracę w szpitalu klinicznym, stał się oskarżonym w procesie karnym. Bo były szef Kliniki Chirurgii Ogólnej i Naczyń, któremu zarzucał poważne nieprawidłowości, wytoczył mu proces karny o zniesławienie. Na korzyść Krzysztofa zeznaje część środowiska lekarskiego. Spotkaliśmy się z kilkoma lekarzami z kliniki przy ul. Długiej. Wszyscy chcieli pozostać w tekście anonimowi.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

- Krzysztof wszczął alarm w różnych kwestiach. Wskazał na przykład, że w uniwersyteckiej klinice, pacjentom z zakrzepicą kończyn dolnych i z wykrzepniętymi przeszczepami, podawano nieprzebadany do tego schorzenia lek Actilyse. Można powiedzieć, że była to forma nielegalnych eksperymentów na ludziach. Pacjenci o niczym nie wiedzieli, a my nie wiedzieliśmy dokładnie, jak im dawkować Actilyse. Zaczęliśmy od dużych dawek, co w niektórych przypadkach kończyło się udarami krwotocznymi lub zgonem pacjentów. Użycie Actilyse mogło wiązać się z rozwojem śmiertelnych powikłań, co zresztą wypłynęło w sądzie na procesie Krzysztofa

– mówi nam jeden z lekarzy z kliniki przy ul. Długiej w Poznaniu.

Szpital Przemienienia Pańskiego: zaczęło się od śmierci pacjenta Marka N.

Poznańska Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej działa w strukturach Szpitala Przemienienia Pańskiego. Placówka podlega Uniwersytetowi Medycznemu w Poznaniu.

SPRAWDŹ:
Klinika przy ul. Długiej: studenci poskarżyli się na fatalne zachowania szefa kliniki

Jak opisuje jeden z lekarzy, chirurgia naczyń jest chirurgią ruin. Do kliniki trafia wiele trudnych przypadków, pacjenci po zawałach, z cukrzycą, z nałogami. W klinice uczą się również studenci.

W ostatnich latach w klinice doszło do ostrego konfliktu między jej ówczesnym kierownikiem, a grupą lekarzy. Zarzucano mu, że rządzi dyktatorską ręką, że nie znosi sprzeciwu. Miał złe relacje między innymi z doktorem Krzysztofem. Skarżyli się również studenci. Twierdzili, że szef kliniki traktuje ich jak podludzi, pomiata ich godnością, wszczyna na oddziale karczemne awantury.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

W 2015 roku studenci napisali anonimową skargę, która trafiła na łamy internetowego forum akademickiego. Uczelnia powołała komisję do wyjaśnienia zachowań szefa kliniki. Na świadka wezwała doktora Krzysztofa.

- Wezwano mnie jako jednego z trzech lekarzy z kliniki, bo wcześniej skarżyłem się dyrektorowi szpitala na dyskryminację i mobbing. Sprawa dotyczyła również śmierci mojego pacjenta Marka N. Zmarł na oddziale wskutek powikłań po operacji. Mnie nie było w klinice, a relacje dyżurnych lekarzy były niejasne. Trudno było dojść, w jaki sposób była udzielana mu pomoc. Chory, z którym jednego dnia rodzina miała normalny kontakt, następnego dnia już był bez kontaktu. Po kilku miesiącach zmarł. Jego rodzina natychmiast po stwierdzeniu tych powikłań zaczęła dopytywać się o opiekę pooperacyjną. Było wiadomo, że wystąpią na drogę prawną. Wtedy wezwał mnie szef kliniki i polecił wprowadzić do dokumentów takie obserwacje, by nie można było nic zarzucić personelowi kliniki. Miałem wpisać, że akcja reanimacyjna była podjęta niezwłocznie. Gdy odmówiłem, bo nie byłem tego świadkiem, to usłyszałem, że działam na szkodę kliniki, nie rozumiem jej interesu, że jestem nielojalny. Profesor, odsunął mnie od operowania i leczenia chorych na oddziale na trzy miesiące, co o około połowę obniżyło moje zarobki. Z tego, co wiem, szpital przegrał potem sprawę w komisji działającej przy wojewodzie z rodziną tego pacjenta – opowiada.

WIĘCEJ:
Mobbing w szkole w Tulcach? Sąd wydał wyrok ws. nauczycielki, która doznała udaru

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że reanimacja pacjenta Marka N. była opóźniona o kilkadziesiąt minut. Usłyszeliśmy również, że Wojewódzka Komisja do spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych rzeczywiście stwierdziła błędy szpitala w sprawie śmierci Marka N. Szczegółów nam jednak nie podano. Interesujący nas przypadek pacjenta Marka N., jak twierdzi biuro prasowe wojewody, „nie jest informacją publiczną”.

Tymczasem dr Krzysztof wrócił do operowania w maju 2015 roku. Atmosfera nadal była zła.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

- Szef kwestionował moje kompetencje, wyśmiewał przy pacjentach, odsuwał mnie i innych od szkoleń z nowoczesnych technik operacyjnych. Nie chodziło tylko o prestiż, ale i o bezpieczeństwo pacjentów. Jak mieliśmy dobrze leczyć, skoro nie było wymaganych szkoleń na nowym sprzęcie? Poinformowałem o tym fakcie ówczesnego rektora, ale nigdy nie dostałem od niego odpowiedzi. Jakie było moje zdziwienie, gdy później w sądzie uniwersytet przedstawił listę obecności na szkoleniu z dopisanym moim nazwiskiem i wystawionym dla mnie dyplomem. Dodam, że szkolenie odbyło się w dniu, w którym składałem zeznania ws. zmarłego pacjenta Marka N. przed komisją wewnętrzną szpitala. Sprawę zgłosiłem do prokuratury, ale nikt na to nie zareagował – wyjaśnia Krzysztof.

Mobbing w klinice? Rektor UMP: wydaje mi się, że profesora nie ukarano, ale zwrócono mu uwagę

Uczelniana komisja, która w 2015 roku badała zachowania ówczesnego szefa kliniki, swoich wniosków nie podała do publicznej wiadomości. Wiadomo jednak, że stwierdziła złe zachowania profesora.

Prof. Andrzej Tykarski, rektor uczelni: - On jest doskonałym chirurgiem. Od strony medycznej klinika prowadzona była na wysokim poziomie. Osobna sprawa to zachowania wobec współpracowników. Wiem, że komisja oceniała zachowania ówczesnego szefa kliniki, a ustalenia wysłała do Ministerstwa Zdrowia. Nie znam szczegółów. Nie byłem wtedy rektorem. Wydaje mi się, że go nie ukarano, ale zwrócono mu uwagę.

Zdaniem części lekarzy z Długiej, uczelniana komisja pobieżnie zbadała sprawę i przypudrowała problem. Konflikt w klinice narastał. Ostatecznie w 2017 roku doszło do podziału kliniki na dwie. Lekarze mogli wybrać czy chcą zostać u „starego” szefa, czy też przenieść się do nowo utworzonej, równorzędnej kliniki. Na około 20 lekarzy, prawie wszyscy odeszli od dotychczasowego szefa.

- U profesora zostało jedynie trzech lekarzy, którzy prowadzili z nim różne przedsięwzięcia również poza klinika. To pokazało, jak głęboki był konflikt personalny w klinice

– przekonuje jeden z lekarzy pracujących w klinice.

Klinika przy Długiej: "zwolniono mnie, bo zbierałem dane o zgonach pacjentów"

Dr Krzysztof nie doczekał podziału Kliniki Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej. Pracował w niej do 30 września 2016 roku. O jego zwolnienie wystąpił skonfliktowany z nim szef kliniki. Profesor stwierdził, że zrobił przegląd stanowisk w klinice i wnioskuje o likwidację etatu Krzysztofa. Również dlatego, że nie widzi dalszej możliwości pracy z nim z uwagi na postawę Krzysztofa. Z wnioskiem o zwolnienie lekarza zgodził się rektor uczelni prof. Andrzej Tykarski.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

Dr Krzysztof przekonuje, że zwolnienie było nagłe, jak w amerykańskim filmie, że jeszcze chwilę wcześniej podpisał nowy zakres obowiązków. Został wezwany do sekretariatu, dostał kartonowe pudła, do których w ciągu niecałej godziny miał spakować 18 lat pracy klinicznej i naukowej. Uważa, że zwolniono go, bo zbierał dane ws. zgonów różnych pacjentów.

Chodziło jego zdaniem o eksperymenty medyczne: o stosowanie leków i urządzeń medycznych, które nie były dopuszczone do leczenia poszczególnych schorzeń lub których użycie było bardzo ryzykowne. Nikt, jak podkreśla nie informował chorych, że biorą udział w eksperymencie medycznym. Nikt też nie informował producentów o powikłaniach i zgonach.

Krzysztof, po zwolnieniu, odwołał się do sądu. Ten nakazał przywrócenie go do pracy. Wrócił na Uniwersytet Medyczny, ale nie do szpitala. Jak twierdzi, rektor Andrzej Tykarski przeniósł go na podrzędne stanowisko, do laboratorium zajmującego się biotechnologią. Nie miał już kontaktu z pacjentami, nie mógł ich leczyć. W efekcie sam złożył wypowiedzenie.

Pracę w innym poznańskim szpitalu uniwersyteckim straciła też niedawno jego żona. W środowisku lekarskim słychać, że jest cicha, spokojna i po prostu „poleciała za Krzysztofa”.

Szef uniwersyteckiej kliniki w radzie doradczej producenta leku

Zastrzeżenia doktora Krzysztofa ws. zgonów pacjentów przy Długiej dotyczą między innymi stosowania leku Actilyse. Chirurg zaznacza, że w Polsce ten lek został zarejestrowany do leczenia udaru mózgu i świeżego zawału serca. A nie do leczenia zakrzepicy tętniczej kończyn dolnych. Tymczasem również ci pacjenci dostawali Actilyse. Krzysztof zajął się analizą wpływu tego leku na tych chorych, bo dostał takie polecenie od szefa kliniki.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

Doktor Krzysztof: - Przede mną dwóch lekarzy odmówiło monitorowania wpływu Actilyse na pacjentów z zakrzepicą tętnic kończyn dolnych. Możliwe, że zdawali sobie sprawę, że wyniki tej analizy nie będą mogły być publikowane, bo lek nie miał oficjalnej rejestracji w Polsce w tym wskazaniu, a klinika nie miała zgody Komisji Bioetycznej na stosowanie go poza oficjalnym wskazaniem. Ja musiałem tę analizę przeprowadzić, bo w 2015 roku otrzymałem takie służbowe polecenie. Oprócz efektów klinicznych przeanalizowałem również aspekty prawne zastosowania tego leku. Okazało się, że w klinice przy ul. Długiej lek ten stosowano już dużo wcześniej, tylko w innych jednostkach chorobowych. Masowe jego stosowanie rozpoczęło się od 2013 roku, tuż po tym, jak kierownikiem kliniki został pan profesor. Preparat stosowano głównie w przypadkach zakrzepicy tętniczej kończyn dolnych, chociaż nie miał takiej rejestracji w Polsce. Lek można by podawać tylko po spełnieniu określonych warunków: pacjenci powinni być o tym poinformowani na specjalnych formularzach, niezbędna była również zgoda Komisji Bioetycznej. Tymczasem nie było wiadomo, jak dawkować, jak długo podawać preparat i kiedy należy go odstawić. Wśród pierwszych 50 przypadków, które przeanalizowałem, stwierdziłem dwa podejrzane zgony pacjentów oraz blisko 30 procent innych mniej istotnych powikłań. W dokumentacji medycznej były zastanawiające rozbieżności. Pielęgniarki informowały w obserwacjach o krwotokach i przekrwawianiu opatrunków, ale w obserwacjach lekarskich brak było jakichkolwiek informacji o tych powikłaniach. Swój raport przedstawiłem przełożonym w lutym 2016 roku. Szef kliniki zanegował wyniki mojej analizy. Nie zmienił procedury podawaniu leki. Nie mogłem się z tym pogodzić, chodziło przecież o bezpieczeństwo leczonych pacjentów. Poinformowałem o tej sprawie dyrekcję szpitala oraz rektora. W następnym miesiącu miałem rozmowę z naczelnym lekarzem szpitala. Wtedy usłyszałem, że jeżeli nadal będę występował przeciwko kierownikowi kliniki, to mogę zostać zwolniony. Tłumaczyłem, że robię to dla dobra pacjentów, by uniknąć nowych powikłań i ewentualnych zgonów. Można było zastosować inny lek, który miał w Polsce rejestrację w tym wskazaniu. Miałem jednoznaczne zakomunikowane, bym zaprzestał dalszego zbierania informacji ws. powikłań. Po kilku miesiącach zmarł kolejny pacjent. Powiadomiłem o tym fakcie rektora uczelni. Nie otrzymałem od niego żadnej oficjalnej odpowiedzi. Dwa miesiące później zostałem zwolniony.

Doktor Krzysztof uważa, że ówczesny szef kliniki mógł chcieć uzyskać dane naukowe do nowego wskazania dla leku Actilyse. Byłoby to podstawą do publikacji naukowych i wystąpień na kongresach. Korzyści odniósłby również koncern farmaceutyczny. Nie tylko dlatego, że sprzedawałoby się więcej leku. Zyskiwał wyniki z nieformalnych badań klinicznych, które mogłyby być podstawą do oficjalnej rejestracji leku w zakrzepicy tętnic kończyn dolnych. Producent nie musiałby przy tym opłacać kosztownej procedury badań klinicznych, nie musiałby ubezpieczać pacjentów.

- Rozmawiałem z przedstawicielem firmy, przyznał, że ten lek nie ma w tym wskazaniu oficjalnej rejestracji w Polsce, a taka byłaby potrzebna. Actilyse to ich najdroższy produkt. Zwiększenie jego sprzedaży byłoby dla firmy bardzo korzystne

- zaznacza lekarz.

Jak się dowiedzieliśmy, były szef poznańskiej Kliniki Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej był wynagradzany przez producenta Actilyse. Między innymi zasiadał w radzie doradczej koncernu produkującego ten lek. Firma przyznała w jednym z dokumentów, że płaciła profesorowi za zasiadanie w jej radzie doradczej oraz za prowadzenie wykładów. Wskazała na cztery umowy opiewające na 11,7 tys. zł.

Jednocześnie w piśmie do naszej redakcji producent Actilyse potwierdził, że preparat nie został dopuszczony do leczenia zakrzepicy kończyn dolnych: ani w Polsce, ani w żadnym innym kraju. Firma nie ma też wiedzy o działaniach niepożądanych po tym leku na terenie Poznania w ostatnich latach. Wiedziałaby, gdyby dostała takie zgłoszenie od pacjentów lub lekarzy.

Klinika przy Długiej: terapia podciśnieniowa i „lewe” żyły do przeszczepów

Kolejny zarzut Krzysztofa dotyczył braku nadzoru nad pacjentami, u których stosowano terapię podciśnieniową po operacji pękniętego tętniaka aorty piersiowej. Jego zdaniem mogło to ich narażać na powikłania i zgony.

Doktor Krzysztof opowiada, że w trakcie standardowej operacji pękniętego tętniaka aorty brzusznej, wprowadza się do jamy brzusznej dren lub zestaw drenów, co umożliwia po zabiegu obserwację krwawienia. Dodaje, że ówczesny szef kliniki zamiast takiego postępowania nakazał po zabiegu pozostawić jamę brzuszną otwartą i prowadzić przez jedną dobę terapię podciśnieniową. Zakładano specjalny opatrunek podłączony do pompy z podciśnieniem.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

Doktor Krzysztof: - Normalnie terapię podciśnieniową stosuje się w trudno gojących się ranach. Zastosowanie takiej terapii w pękniętych tętniakach aorty brzusznej było czymś niestandardowym, w nielicznych publikacjach na ten temat zalecano ostrożność przy stosowaniu tej terapii oraz ścisłą kontrolę wyników leczenia. W klinice przy ul. Długiej nie stosowano zalecanego w takich przypadkach protokołu badawczego. Nie przeszkolono w odpowiedni sposób personelu medycznego. Zdarzały się powikłania, na które nikt nie reagował. Analizowałem te przypadki, bo od samego początku interesowałem się leczeniem trudno gojących się ran, gdzie tę terapię również się stosuje, ale z użyciem innych opatrunków. Przeanalizowałem wszystkie przypadki chorych leczonych z użyciem tej techniki w 2015 i 2016 roku. Stwierdziłem, że zdarzały się przypadki uszkodzenia jelit oraz nadmierne krwawienia pooperacyjne. Mogło to być przyczyną zwiększenia śmiertelności w tej grupie pacjentów. Nieprawidłowością było również to, że żaden z pacjentów nie był informowany o zastosowaniu u niego tej nowej metody leczenia, na zgodach na zabieg nie było informacji o tej procedurze. Chorzy byli operowani najczęściej w trybie nagłym. Po zabiegu byli nieprzytomni, leczeni na intensywnej terapii. Zabiegi wykonywali lekarze dyżurni, niektórzy z nich nie pracowali na stałe w szpitalu. Większość z chirurgów i lekarzy z intensywnej terapii nie została w odpowiedni sposób przeszkolona w przeprowadzaniu tej terapii. Nie monitorowano dokładnie parametrów podciśnienia. Mogło to prowadzić do powikłań. Kiedy przedstawiałem kierownikowi swoje wątpliwości, lekceważył moje spostrzeżenia, nie próbował poprawić bezpieczeństwo operowanych pacjentów. Są dowody, że otrzymywał pieniądze od dystrybutora tego urządzenia za szkolenia personelu. Ale ja o żadnych prowadzonych szkoleniach przez profesora dla pracowników kliniki nie słyszałem – wyjaśnia chirurg.

W Polsce opatrunki podciśnieniowe VAC Abdominal rzeczywiście nie były popularne. Przykładowo w szpitalu uniwersyteckim we Wrocławiu stosowano podobne opatrunki własnej konstrukcji, ale tylko w pięciu na 75 przypadków pękniętego tętniaka aorty brzusznej.

Z kolei szpital uniwersytecki z Warszawy stosował VAC Abdominal w wyjątkowych sytuacjach, tylko u kilku chorych.

Dr Krzysztof dopowiada, że były szef kliniki powoływał się na badania zagraniczne, które miały potwierdzić skuteczność terapii podciśnieniowej w pękniętych tętniakach aorty brzusznej. - Tyle, że tam był to oficjalnie zarejestrowany eksperyment medyczny, a jego wyniki monitorowano. U nas, przy ul. Długiej, odbywało się to bez odpowiednio ustalonej procedur, bez zgody Komisji Bioetycznej – podaje dr Krzysztof.

Kolejny „medyczny” wątek to przeszczepy żył, które odbywały się w Klinice Chirurgii Ogólnej i Naczyń podlegającej poznańskiemu Uniwersytetowi Medycznemu.

- Szef kliniki nalegał podczas odpraw, by wszczepiać chorym żyły pobrane od osoby operowanej na żylaki w prywatnej klinice. Wprost pytał: kto może przynieść żyłę? Było to działanie na skróty, by zaoszczędzić na przeszczepie żył przygotowanych do transplantacji w odpowiedni sposób, które normalnie należało kupić w banku narządów. Ponadto zgodnie z przepisami żywy dawca musiał podpisać zgodę na jej przekazanie. Dawca i biorca musieli być przebadani wirusologicznie, czego również nie robiono. Razem z innymi kolegami protestowałem przeciwko tej praktyce. Przedstawialiśmy przepisy prawne, które takich zabiegów zabraniały, ale to tylko nasiliło szykany ze strony mojego przełożonego

– opowiada lekarz.

Mobbing w klinice przy Długiej? „Profesor wysyłał nas na kasę w Lidlu”

Krzysztof, po tym jak informował przełożonych o swoich zastrzeżeniach, w 2018 roku stał się oskarżonym w procesie karnym. O zniesławienie oskarżył go były szef kliniki.

Z kolei dr Krzysztof w 2015 roku wytoczył szpitalowi proces o mobbing, a jako mobbera wskazał byłego szefa kliniki. Oba procesy trwają.

- Były szef odsuwał mnie od operacji, od szkoleń. Publicznie, przy pacjentach i personelu, wykrzykiwał, że moje miejsce jest przy kasie w Lidlu. Gdy wracałem do dyżurki, koledzy żartowali, bym szukał miejsca, gdzie otwierają nowego Lidla. Szef odmawiał mi możliwości wytłumaczenia podjętych kroków diagnostycznych i terapeutycznych. Źródłem niechęci do mnie mogło być to, że nie chciałem brać udziału w procedurach prowadzonych niegodnie z przepisami, z narażeniem zdrowia i życia pacjentów - podkreśla doktor Krzysztof.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

Dodaje, że profesor miał też inne osoby, którym dokuczał. I nie miał znaczenia tytuł naukowy, bo szef kliniki miał na pieńku również z profesorami. Jak sprawę komentują pozostali lekarze? Rozmawialiśmy z kilkoma lekarzami, którzy pracowali lub nadal pracują w klinice przy Długiej.

Lekarz numer 1: - Popieram sprawę Krzysztofa. W sądzie wyrażę swoje zdanie, ale to był tak ciężki dla mnie okres, że nie chcę do niego wracać więcej niż muszę. Dlatego nie spotkam się z panem.

Kolejni trzej lekarze spotkali się z nami, odnieśli się do wszystkich wątków poruszonych przez Krzysztofa.

Lekarz z kliniki przy Długiej: Krzychu miał rację, nie znaliśmy dawkowania tego leku

Z lekarzem numerem 2 umawiamy się „na mieście”. Podkreśla, że to już czas, by sprawy kliniki ujrzały światło dzienne. Oto jego relacja.

- Wypowiadam się anonimowo, niech mnie nikt nie rozpozna w tekście. Krzysztof się wychylił i został ścięty. Nasz były szef kiedyś był w porządku. Potem mu odpierdzieliło. Stał się niestabilny emocjonalnie, wyzywał nas od gnojów, chamów. Osobom z tytułami naukowymi kazał pozdejmować je z tabliczek, sobie jednak zostawił

– zaczyna swoją opowieść lekarz numer 2.

- Szef gnębił zwłaszcza tych, którzy mieli własne zdanie. W końcu trafiła kosa na kamień, bo Krzychu był niepokorny. Wie pan, jak się dostał na uczelnię? Nie przyjęli go na studia doktoranckie, mimo lepszych wyników od innych. On nie odpuszczał, na drodze prawnej wykazał swoje racje i został przyjęty. Działo się to w czasach, gdy pewnie nikt inny nie postawiłby się tak bardzo. Podczas pracy w klinice szef często dręczył Krzysztofa pytaniami o wyniki badań pacjentów, o kolejne parametry, których nikt by nie spamiętał. Byle wytknąć mu jakąś niewiedzę. A sam szef długo był chroniony na uczelni. Co do Actilyse, to Krzychu miał rację. Ten lek był podawany m.in. chorym na zakrzepicę kończyn dolnych. Charakterystyka leku nie uwzględnia takiego zastosowania. Nie znaliśmy dawkowania, zaczęliśmy od dużych dawek, co zwiększało ryzyko wystąpienia groźnych powikłań, co już zresztą zostało powiedziane w sądzie. Krzychu domagał się kontroli nad dawkowaniem i pełnego informowania pacjentów. Co ciekawe, wszystko o czym mówił, zostało wdrożone po jego zwolnieniu. Pojawiły się zgody pacjentów, pojawił się nadzór nad lekiem Actilyse. Teraz powikłań jest znacznie mniej. Jeśli chodzi o terapię podciśnieniową Vac Abdominal, tutaj także naciskał ówczesny szef kliniki. Stwierdził, że tę metodę stosujemy wobec wszystkich z pękniętym tętniakiem aorty brzusznej. A to niedopuszczalne w medycynie, że z góry zakładamy, że u wszystkich korzystne będą takie same rozwiązania. Część pacjentów, u których zastosowano tą metodę zmarło, ale też trzeba przyznać, że to najczęściej byli pacjenci w bardzo poważnym stanie. Sądzę, że byliśmy pierwszą w Polsce placówką, która wprowadziła terapię podciśnieniową do pękniętego tętniaka aorty brzusznej na taką skalę. Teraz Vac Abdominal jest u nas stosowany wybiórczo, tylko u tych pacjentów, gdzie jest wyraźne wskazanie. W sprawie przeszczepów żył Krzychu też miał rację. U nas działo się wariactwo. Brakowało badań wirusologicznych, grzybiczych, ale tych „lewych” przeszczepów żył nie było dużo.

Chirurg naczyniowy: o nas mógłby powstać Kler, tyle że wersja medyczna"

Z lekarzem numer 3 spotykamy się w placówce medycznej, w której obecnie pracuje. Nie ma obaw, że ktoś w środowisku rozpozna, że rozmawiał z dziennikarzem. Ale nazwiska publicznie nie zamierza ujawniać. Nie chce, by pacjenci kojarzyli go z tą sprawą.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Grzegorz Dembiński Klinika Chirurgii Ogólnej i Naczyń przy ul. Długiej w Poznaniu

- Tak sobie myślę, że gdyby o tym wszystkim nakręcić film, powstałby „Kler” w wersji medycznej. Na uczelni wszyscy wiedzą, jak to wygląda od środka, ale nikt „z góry” nic z tym nie robi. Panuje system zależności. Na przykład dyrektor szpitala przy Długiej jest pracodawcą dla obecnego rektora uczelni, który tutaj leczy. Jednocześnie jest podwładnym rektora, bo przecież szpital podlega uniwersytetowi. Ci ludzie są więc dla siebie szefami i podwładnymi, a często również dobrymi kolegami. Za zwalnianymi lekarzami nikt się nie ujmował. Panował nepotyzm – opowiada lekarz nr 3. - Też miałem konflikt z ówczesnym szefem Kliniki Chirurgii Ogólnej i Naczyń. Nie było konkretnego powodu. Upatrywał sobie ofiarę, gnębił człowieka, który miał inne zdanie. Był taki Stalinem, Bogiem, ale bywał miły i czarujący. Miał silną pozycję. Równi stopniem naukowym mu nie podskakiwali. Jedynie Krzysztof miał odwagę głośno mówić to, co wielu myślało, że nie wszystkie pomysły szefa są racjonalne, a nawet bezpieczne dla pacjentów. Szef wprost mobbingował Krzysztofa. Ja w klinice pracowałem do końca grudnia 2015 roku. Przegrałem konkurs z człowiekiem profesora, który nie spełniał nawet wszystkich wymogów konkursowych. Odszedłem stamtąd i dobrze sobie radzę. Co do leku Actilyse, to obserwowaliśmy po nim poważne powikłania, lecz było to wpisane w naturę agresywnej terapii pomagającej często ratować chorych. Nie wiem, czy ktokolwiek zgłaszał gdzieś te powikłania? Sądzę że nie, bo pamiętaliśmy kłopoty jednej z koleżanek, która samodzielnie zgłosiła na dyżurze do szpitalnej komisji monitorującej tego typu zdarzenia powikłanie związane z podaniem innego preparatu. Skończyło się to dla niej tak, że szef wszczął karczemną awanturę przy lekarzach i pacjentach oraz naganą. W sprawie terapii podciśnieniowej Vac Abdominal na pęknięte tętniaki aorty brzusznej, to była taka idee fix szefa kliniki. Robiliśmy coś, co nie było powszechnie uznane w danym przypadku, a więc jako nowy rodzaj terapii powinno przejść przez Komisję Bioetyczną uczelni i uzyskać zgodę. A nigdzie nie zostało zgłoszone. Po prostu odbyło się to na zasadzie: „Od dziś robimy tak. Bo ja, szef kliniki, tak dziś wymyśliłem!” W kontekście żył, kilkukrotnie wypływał temat zastosowania naczynia pobranego od jednego pacjenta przy usunięciu jego żylaków do wszczepienia innemu pacjentowi. Działo się tak w sytuacji dramatycznego braku własnych naczyń. Tym niemniej przeniesienie tkanek między ludźmi jest ściśle regulowane przez przepisy dotyczące transplantologii i tego szef kliniki nie brał pod uwagę. U niego w głowie panował chaos. Miał gonitwę pomysłów, przy czym uważał, że zawsze to on ma rację.

"Przed szefem kliniki niektórzy wręcz mdleli ze strachu"

Z lekarzem numer 4 spotykam się w jego mieszkaniu. On też wypowie się anonimowo, jako „lekarz pracujący przy Długiej”.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
123 RF

- Krzychu wyleciał i nie ma nic do stracenia. On jest unikalną postacią, pracowity, zdeterminowany, nie przez wszystkich lubiany, ma pierwiastek egoizmu. Jest dobrym specjalistą, ale też formalistą. Jest nieustępliwy. Lubię go, choć trudno się z nim zaprzyjaźnić. Jeśli byłego szefa porównać do Stalina, to Krzychu był takim Trockim, to typ rewolucjonisty – zaznacza lekarz numer 4. - Szef nie lubił Krzycha, bo ten nie stał przed nim na baczność. A inni się bali, nawet profesorowie. Bo szef mógł doprowadzić do publicznej konfrontacji: zadać przy chorym, studentach oraz innych pracownikach kliniki podchwytliwe, trudne pytanie. Mógł także, na przekór oczekiwaniom asystenta, nie rozpisać go do operacji chorego prowadzonego przez niego na oddziale albo przydzielić operatywę sobie lub też komu innemu. Lekarz w niełasce bywał także nieproporcjonalnie często rozpisywany do asysty, która nie wiązała się z żadną gratyfikacją, a w razie problemów mogła skutkować współodpowiedzialnością prawną. Szef był takim sprawnym politykiem. Na zewnątrz szarmancki, kobiety całował w dłoń. Ludzie z zewnątrz nie wierzyli, jaki dla nas był. Kiedyś był wręcz miły i koleżeński, potem, jak został szefem, jakby diabeł w niego wstąpił. Ludzie niemalże mdleli przed nim ze strachu. A on bywał strasznie chaotyczny. Często zmieniał plan operacyjny i wprowadzał nerwową atmosferę na sali operacyjnej, co odbijało się na jakości wykonywanej pracy i kondycji psychicznej personelu. Co do stosowania leku Actilyse, to powiem tak: medycyną jest sztuką, czasami warto zaryzykować. Ten lek faktycznie nie miał rekomendacji do leczenia zakrzepicy tętnic i choć jak każda ryzykowna terapia mógł prowadzić i prowadził do powikłań, nie wiem nic o żadnych zgonach z tego powodu. Nie wiem, by szef był wynagradzany przez producenta tego leku. Jeśli tak było, to może zmieniać postać rzeczy… W sprawie terapii podciśnieniowej też tak ostro nie stawiałbym sprawy. Szef faktycznie kazał stosować Vac Abdominal i moim zdaniem to była dobra metoda na pęknięte tętniaki aorty brzusznej, co znajduje potwierdzenie w literaturze medycznej. Może jednak nie wszyscy lekarze byli przeszkoleni, jak pracować z tym urządzeniem. Śmiertelność była tutaj wysoka, co wiązało się głównie z ryzykiem leczenia samego śmiertelnego schorzenia, ale nikt nie powie z całą pewnością, że ta terapia zabiła jakiegoś pacjenta. Proszę też zrozumieć, że jest coś takiego jak terapia Off Label, czyli działanie medyczne poza wytycznymi producenta. Gdy idzie o zdrowie i życie pacjenta, szuka się niekonwencjonalnych rozwiązań. Prawdą jest również, że doszło do kilku przeszczepów żył zdobytych poza procedurami. Ale według mojej wiedzy, one się przyjmowały u pacjentów i ratowały ich zdrowie.

Były szef kliniki przy ul. Długiej: napisano na mnie szufladę kłamliwych anonimów

Były szef kliniki zgodził się na spotkanie. W trakcie rozmowy dziwił się niektórym pytaniom z naszej strony. Jego stanowisko jest takie, że został pomówiony przez doktora Krzysztofa.

Profesor zapewnia, że wszystkie działania, jakie prowadził w klinice przy ul. Długiej, były legalne, udokumentowane, pacjenci byli informowani. W wyjaśnieniach, które wcześniej złożył na ręce rektora uczelni, wskazywał na swoje doświadczenie, na to że od wielu lat tworzy wytyczne w zakresie chirurgii naczyniowej. Zaprzecza, by stosował mobbing, po prostu domagał się od lekarzy respektowania obowiązków. Nam tłumaczył, że mógł odsunąć Krzysztofa od operacji, bo przecież miał do tego prawo. Tym bardziej, że Krzysztof, zdaniem profesora, nie wykonywał poleceń. Do pracy w Lidlu nikogo nie wysyłał. Wskazywał jedynie, jak zapewnia, że w szpitalu trzeba zachować rytm pracy, że kasjerka w Lidlu nie może ciągle odchodzić od kasy, by się napić albo coś zjeść. W klinice pytał lekarzy o różne parametry dotyczące badań pacjentów, ale chodziło jego zdaniem o podstawowe kwestie. Jego zdaniem, Krzysztof najczęściej nic nie wiedział o chorych.

Były szef kliniki przyznał, że był konflikt z częścią lekarzy, że słyszał ich opinie, że jest „małym Stalinem”.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Karolina Misztal

- Każda ocena jest subiektywna. Ja nie zgadzałem się na to, aby lekarze opuszczali oddział o godzinie 11 i nie przychodzili do pracy bez stosownego usprawiedliwienia. Apelowałem o rzetelną pracę, w wyznaczonych godzinach i zgodną z ogólnie przyjętymi standardami. Praca w uniwersyteckiej klinice chirurgicznej nie polega tylko na wykonywaniu operacji, ale także na opiece nad pacjentem, rozmowami z nim i z jego rodziną, uzupełnianiu dokumentacji i nieustannym kształceniu. Większość kolegów z kliniki wolała tylko wykonywać operacje i na tym tle powstał konflikt. Wszystkie moje działania prowadziłem dla dobra pacjentów oraz z myślą o podnoszeniu poziomu wykształcenia chirurgów naczyniowych i studentów. Wiele osób było z tego powodu niezadowolonych. Niestety, nie udało mi się przekonać kolegów do tego aby zrezygnowali z ”bylejakości”, nad czym bardzo boleję, ponieważ jest to ze stratą dla pacjentów oraz Uniwersytetu Medycznego. Napisano na mnie całą szufladę kłamliwych anonimów, jednak swojego postępowania nie zmieniłem, ponieważ uważałem, że byłoby to wbrew interesowi publicznemu i ze szkodą dla poziomu wykształcenia lekarzy i opieki nad pacjentem – opowiada profesor.

Zaprzecza, by polecił sfałszować historię choroby zmarłego pacjenta Marka N. I między innymi z powodu tego zarzutu oskarżył o zniesławienie lekarza Krzysztofa. Jak zaznacza profesor, nie może pozwolić, by jakiś człowiek ciągle powtarzał oskarżenia, które jego zdaniem zostały już wyjaśnione. Zapewnia, że w sprawie pacjenta Marka N. mówił jedynie, by sprawdzić czy w dokumentacji medycznej wszystko jest w porządku.

Co ma do powiedzenia w sprawie leku Actilyse i terapii podciśnieniowej? Nie chciał szczegółowo o tym rozmawiać, wskazując, że trwa sprawa sądowa. Stwierdził również, że porozmawiałby szerzej, gdybyśmy byli przygotowani merytorycznie do rozmowy na takie tematy medyczne. Potwierdził, że dostał pieniądze od producenta Actilyse, ale zapewniał, że wykłady dotyczyły innego leku.

- Wszystkie terapie, które były stosowane w klinice chirurgii naczyń są terapiami finansowanymi przez NFZ, w pełni dostępnymi dla wszystkich pacjentów i co za tym idzie w pełni legalnymi. Są one powszechnie stosowane, we wszystkich oddziałach chirurgii naczyniowej w Polsce, Europie i na świecie, a procedury medyczne są zgodne ze standardami medycznymi opisanymi w literaturze światowej. Terapia lekiem Actilyse i terapia podciśnieniowa również do nich należą. Jeszcze raz podkreślam, że są to uznane od wielu lat metody leczenia. Niestety nie potrafię wyjaśnić dlaczego jeden z kolegów, dr Krzysztof, któremu na tym tle wytoczyłem sprawę o zniesławienie, uważa zupełnie inaczej niż sto procent wszystkich chirurgów naczyniowych na świecie, głosząc pogląd jakoby te zabiegi były nielegalne – zaznacza profesor.

W sprawie przeszczepów żył profesor zapewnia, że nie kazał przynosić żył poza procedurą. W końcu odszedł z kliniki, bo uznał, że podważane są jego kompetencje. Trafił do innego szpitala, poza Poznaniem. Wskazał też, że przez lata na poznańskiej uczelni pełnił bardzo ważne funkcje, a gdy odchodził nawet mu nie podziękowano za pracę.

Rektor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu: nie wiem, czego dotyczą zarzuty doktora Krzysztofa

Wieloletnim znajomym byłego szefa kliniki jest inny profesor – Andrzej Tykarski, który jest rektorem poznańskiego Uniwersytetu Medycznego. On również jest związany ze szpitalem przy ul. Długiej, pracuje tam jako lekarz i kierownik jednego z oddziałów. Z byłym szefem tamtejszej Kliniki Chirurgii Ogólnej i Naczyń zna się jeszcze z okresu studiów. Gdy w 2016 roku Tykarski został rektorem, dostawał skargi na swojego znajomego.

Poznań: Klinika Chirurgii przy Długiej. Prowadzono eksperymenty na pacjentach? "Chorzy o niczym nie wiedzieli, były poważne powikłania"
Robert Woźniak prof. Andrzej Tykarski

- On jest doskonałym chirurgiem. Natomiast charakter pewnie nie przystaje do obecnych czasów. Kiedyś można było bardziej twardą ręką trzymać pracowników, być wyrocznią, ale czasy się zmieniły. Czy był mobbing w klinice? Nie chcę tego rozstrzygać. Profesor nie jest już pracownikiem uczelni. Niech to oceniają właściwe sądy na wniosek zainteresowanych. Sprawę badała wcześniej uczelniana komisja. Nieoficjalnie mówiono, że uznała jego zachowania wobec pracowników i studentów za nie do końca właściwe – potwierdza prof. Andrzej Tykarski.

Co rektor uczelni myśli o zarzutach doktora Krzysztofa i innych lekarzy ws. eksperymentów na pacjentach? Prof. Tykarski zapewniał nas, że wie na ten temat tyle, ile właśnie usłyszał od dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego”.

- Z plotek wiem, że w trakcie procesów sądowych obu panów wychodzą na jaw różne sprawy, różne zastrzeżenia. Lek Actilyse ma wskazania w wielu schorzeniach, ale nie wiem czego dotyczą zarzuty doktora Krzysztofa. A leki bywają podawane także poza wskazaniem, za zgodą pacjenta. Nie znam zupełnie wątku terapii podciśnieniowej ani sprawy przeszczepów żył. Te sprawy dotyczą działalności w szpitalu. Niech to wszystko wyjaśnią właściwe organy – prof. Andrzej Tykarski dystansuje się od sprawy.

Dlaczego poznańska prokuratura, po zawiadomieniach doktora Krzysztofa, nie przesłuchiwała świadków i odmówiła wszczęcia śledztwa? Więcej w weekendowym wydaniu "Głosu Wielkopolskiego" oraz na stronie internetowej www.gloswielkopolski.pl

Łukasz Cieśla

Komentarze

5
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Profil

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Profil

Jestem Przemysław i wierzę w Monarchię!

Profil

Mam na imię Antoni i nie wierzę w zamach!

Profil

Mam na imię Mieszko i jestem Pierwszy!

nina.lisowska

Brawo, dla dr Krzysztofa.Więcej takich lekarzy.Szkoda, że tak długo musiał walczyć i być upokorzany przez przełożonego, który chce odwrócić kota ogonem i dodatkowo oskarżył go o zniesławienie.Były szef kliniki przy ul.Długiej winien poddać się badaniom psychiatrycznym, bo jego zachowanie odbiega od normy ( jest psychopatyczne)a on sam jak z tego wynika nie zdaje sobie sprawy, że jest grożny nie tylko dla współpracowników, ale dla pacjentów i zagraża ich życiu zamiast ich leczyć.Nikt nie chciałby trafić pod pieczę b.szefa kliniki który skrył się w pod poznańskim szpitalu.

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.