Przygoda, Rafa Koralowa i życie bez butów [ZDJĘCIA]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Dorota Abramowicz

Przygoda, Rafa Koralowa i życie bez butów [ZDJĘCIA]

Dorota Abramowicz

Pół roku z trójką dzieci na jachcie pływającym między wyspami na Wielkiej Rafie Koralowej oznacza brak nudy i nieustannie wysoki poziom adrenaliny. Codzienne życie pięcioosobowej rodziny w niecodziennym miejscu i Wielka Rafa Koralowa widziana oczami sześcioletniego żeglarza - o tym opowiada książka Moniki Bronickiej.

Marina Białe Żagle przy Jeziorze Wysockim w Chwaszczynie. Z dachu ocieniającego pomost zwisa gruba, może czterometrowa lina. Pięcioletni Toboma Delgas, który dostał imię na cześć Bronisława Malinowskiego (tak mieszkańcy Wysp Trobriandzkich mówili o polskim badaczu - „godnym najwyższego szacunku starym człowieku”) podbiega do liny i błyskawicznie się wspina, uderza dłonią w dach, a potem zjeżdża na dół. Po Tobomie jeszcze szybciej wchodzi na górę jego starszy, ośmioletni brat Jack. Nie Jacek, ale Jack, tak jak Jack Sparrow, filmowy pirat z Karaibów.

Toboma, Jack i ich siostra, dziewięcioletnia dziś Stasia, spędzili wraz z rodzicami 171 dni na jachcie Talavera, pływając wzdłuż Wielkiej Rafy Koralowej u wybrzeży Australii. Pokonali 660 mil morskich, zatrzymując się głównie na kotwicach, a na małe, przeważnie bezludne wyspy docierając niedużą motorówką. Jedli upolowane przez tatę, Mariusza Delgasa, ryby, homary, kraby, krewetki i kalmary. Owoce zbierali na wyspach. Oszczędzając słodką wodę, brali krótkie i zimne prysznice. Uczyli się z mamą na jachcie, słuchali, jak czyta im o przygodach Robinsona Cruzoe, Małego Księcia, Alicji z Krainy Czarów i Muminków. Przeżyli mnóstwo przygód, awarii i sztormów, nurkowali z rekinami i ogromnymi płaszczkami.

A potem mama Monika Bronicka napisała o tej wyprawie książkę dla dzieci „Przygoda na rafie”. Na okładce na fali, odbijającej się o brzeg tropikalnej wyspy, wznosi się troje uradowanych dzieci - Stasia, Jack i Toboma.

- To one wymyśliły, jak ma wyglądać okładka - uśmiecha się Monika. - A autorka części ilustracji, Magdalena Markiewicz, projekt ten zrealizowała.

Dwa lata wcześniej

„Życie jest dla nich żeglugą, a żegluga życiem” - tak przed dwoma laty rozpoczęłam artykuł o tej niezwykłej rodzinie z Chwaszczyna. Monika Bronicka - kilkunastokrotna mistrzyni Polski w żeglarstwie, dwukrotnie reprezentująca Polskę na igrzyskach olimpijskich, poznała Mariusza Delgasa w Australii. Mariusz w 1985 roku wyjechał z Polski. Choć chciał dotrzeć do Australii, to osiadł w Niemczech. Do kraju wrócił w 1991 roku, jako menedżer regionalny dużej firmy. Sześć lat później, w 35 urodziny, z dnia na dzień złożył wypowiedzenie i wyjechał do Australii, by wsiąść tam na kupiony krótko wcześniej jacht Talavera.

Spotkali się na seminarium dla żeglarzy, na którym wykładał Mariusz. Rok później został jej trenerem. A po olimpiadzie wyruszyli w kolejne wyprawy. Podczas jednej z nich przewieźli na Wyspy Triobrandzkie tablicę pamiątkową ku czci Bronisława Malinowskiego, polskiego etnografa, autora „Życia seksualnego dzikich”. Jak się na miejscu okazało, mieszkańcy wioski Omarakana na wyspie Kiriwinz z pokolenia na pokolenia nadal przekazują sobie opowieść o białym człowieku, zwanym Tobomą, który zamieszkał u nich w 1915 roku.

Na świat przychodziły dzieci, a oni nadal dzielili życie między domem w Chwaszczynie a żeglugą. Jack miał zaledwie trzy miesiące, gdy wypłynął w pierwszy rejs.

Jesienią 2015 roku żeglarska rodzina znów wybierała się w podróż. Nie wiedzieli jeszcze, czy pojawią się w Polsce przed końcem roku szkolnego, czy może za pięć lat...

Rady dla Robinsona

- Po pół roku zdecydowaliśmy się wrócić, by dzieci mogły przejść do kolejnych klas - mówi Monika. - Nauka na pokładzie nie była żadnym problemem, a zweryfikowały ją egzaminy na koniec roku szkolnego. I Stasi, i Jackowi poszły świetnie.

Można słuchać godzinami jej opowieści o codziennym bytowaniu z dziećmi na morzu. O sześciu miesiącach życia bez butów, gier komputerowych i telewizji. O pływaniu od wyspy do wyspy, które potem obchodzili kilka razy wkoło. O zabawie z żółwiami, nurkowaniu, poznawaniu morskich stworzeń, przygodzie, bliskości rodzinnej i ryzyku. O trzech rekinach, które pewnego dnia otoczyły nurkującą rodzinę. O meduzach, których dotyk może zabić, i o niebezpiecznych płaszczkach.

- Wbrew pozorom w wodach otaczających Australię czyha wiele niebezpieczeństw, więc przez te pół roku poziom adrenaliny stale utrzymywał się na wysokim poziomie - przyznaje żeglarka. - Człowiek musiał być cały czas czujny, nie mogłam sobie pozwolić na drzemkę w ciągu dnia. Oczywiście, staraliśmy się zachować maksymalne środki bezpieczeństwa. Jakie? Kamizelki asekuracyjne zakładane dzieciom na pokładzie. W razie pogorszenia pogody zejście pod pokład. I nurkowanie jedynie w kombinezonach, by uniknąć skrajnie niebezpiecznego poparzenia przez niewidoczne meduzy, powodującego po kilkudziesięciu minutach nawet śmierć. Jednak przy tym wszystkim nie nadużywałabym słowa „ryzyko”. Wyjeżdżając z bocznej drogi do szkoły, też można stać się ofiarą nieostrożnego czy pijanego kierowcy.

Jedno jest pewne - dzieci nigdy się nie nudziły. Przebojem czytelniczym rejsu była książka o przygodach Robinsona Cruzoe. Mimo niełatwego języka mali żeglarze z przejęciem chłonęli opowieść o rozbitku, który musiał sobie poradzić na bezludnej wyspie. - Kiedy usłyszeli, że Robinsonowi skończył się atrament, którego niczym już nie mógł zastąpić, słusznie spytali, dlaczego nie wykorzystał atramentu z kalmara - wspomina Monika. - Jak widać, mieli lepsze pomysły od Daniela Defoe.

Opowieść kapitana Jacka

Dziś Monika mówi, że tylko dzięki ogromnemu zainteresowaniu dzieci światem podwodnym, ciągłym pytaniom i szukaniu odpowiedzi przez tamte pół roku poznała więcej nazw i zwyczajów morskich stworzeń niż przez 13 lat żeglowania na Talaverze.

A potem w przecudnie wydanej książce „Przygoda na rafie”, opublikowanej właśnie przez Wydawnictwo Bernardinum, opisała czas spędzony przez rodzinę w niecodziennym miejscu. Narratorem został Jack, który w momencie wyruszenia w podróż miał zaledwie sześć lat. Dzielny mały chłopiec w okularach, który zaprzyjaźniał się z ogromnymi żółwiami, a nawet na nich podróżował. Badający obyczaje krabów i obserwujący rozgwiazdy, strzykwy i płaszczki. Opowiadający o kangurach i rekinach.

Taka książka może zainfekować przygodą. Podobnie jak w pokoleniu rodziców Jacka marzenia o podróżach rodziły się wraz z przeczytaniem kolejnych egzemplarzy przygód Tomka Alfreda Szklarskiego.

- Dzieci były pierwszymi, czasem surowymi recenzentami książki - mówi Monika Bronicka. - Postanowiliśmy wspólnie, że mimo wielu odniesień do rzeczywistości zawartość książki ma być traktowana jak fikcja literacka. Dlatego zdjęcia zastąpiły rysunki dwóch ilustratorek: Doroty Jarek i Magdaleny Markiewicz. I musiałam jeszcze obiecać, że pojawią się następne tomy, które będą opowiadane przez Stasię i Tobomę.

Po powrocie z tamtej wyprawy na jakiś czas osiedli w Chwaszczynie. Zimą dzieciaki ekscytowały się każdym płatkiem zapomnianego już śniegu. Latem prowadzą Marinę Białe Żagle, gdzie żeglarsko edukują dorosłych i dzieci.

- Chłopcy nocują w marinie z ojcem, żyjąc jak na jachcie. Mają wielu nowych przyjaciół...

Czy wrócą na Talaverę? Zapewne tak. Wokół Australii żegluje wiele rodzin z dziećmi. Dzieci, gdy dorastają, kończą studia, szukają pracy w pobliżu wody. Często same żeglują. Bo, jak dla rodziców, ich życie staje się żeglugą. A żegluga życiem.

dorota.abramowicz@polskapress.pl

Dorota Abramowicz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.