Reinhard Gehlen. „Człowiek bez twarzy” ujawnił swoje sekrety

Czytaj dalej
Fot. ASSOCIATED PRESS/East News
Andrzej Dworak

Reinhard Gehlen. „Człowiek bez twarzy” ujawnił swoje sekrety

Andrzej Dworak

W czasie II wojny światowej był generałem Wermachtu, po dostaniu się do niewoli Reinhard Gehlen zwrócił się do władz amerykańskich, że ma do przekazania bardzo ważne informacje. W RFN zaś stworzył służbę wywiadu BND.

Twórca i pierwszy szef zachodnioniemieckiego wywiadu ze wszystkich sił unikał fotografów. Był tajemniczy, nieuchwytny, nieznany, a jednak potężny, jak służba, którą kierował. Dopiero po przejściu na emeryturę ujawniał swoje oblicze, a przy okazji publikacji wspomnień zaprosił nawet fotografów do swojego domu w zamieszkanej przez bogaczy okolicy jeziora Starnberger See niedaleko Monachium. Z niezwykłą otwartością jak na osobnika ze stwierdzoną chorobą zawodową - paranoją - opowiadał o sobie i swojej pracy, ale wszyscy wiedzieli, że nie dowiedzą się wszystkiego. Teraz w Niemczech ukazała pierwsza naukowa biografia Reinharda Gehlena zawierająca ogromną liczbę dokumentów - od rachunków z pralni, po tajne niegdyś raporty. Kolosalna - siedmioletnia - praca historyka wojskowości Rolfa-Dietera Müllera jest wynikiem naukowych dociekań i - jak piszą recenzenci dzieła - nie wnosi niczego sensacyjnego do wiedzy o Gehlenie. Tymczasem życie tego master szpiega to czysta sensacja.

W 1954 roku tygodnik „Der Spiegel” opublikował zdjęcie oficerów sztabu generalnego Wehrmachtu z widniejącym na nim generałem-majorem Reinhardem Gehlenem i bomba wybuchła. Wprawdzie nie było dla wielu tajemnicą, że człowiek, który stanął na czele nowych, zachodnioniemieckich służb wywiadowczych był generałem Hitlera, ale wiedzieć, a zobaczyć na własne oczy, to jest różnica. Tym bardziej, że nie było współczesnych zdjęć Gehlena, i jego fotografia w doskonale skrojonym mundurze od Hugo Bossa (głównego projektanta uniformów Wehrmachtu i SS - kolekcja wiosna 1944) w otoczeniu innych członków sztabu generalnego III Rzeszy wywoływała burzę i przywoływała gorący temat powiązań władzy w powojennych Niemczech kanclerza Adenauera z nazistowskimi zbrodniarzami. Te powiązania i swego rodzaju kontynuacja kadrowa były oczywiste.

W obronie demokracji
Hoyt Vandenberg był amerykańskim generałem, twardzielem w starym, dobrym stylu, ale jednocześnie miał otwartą głowę na nowoczesność i współczesne potrzeby armii. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli niektórzy jego rodacy sądzili, że „aby wygrać wojnę, wystarczy przede wszystkim dobrze strzelać”, to mylili się bardzo. Dlatego ten doświadczony oficer frontowy domagał się dogłębnego rozeznania jeszcze przed bitwą. Jego poglądy docierały do Białego Domu i nikogo specjalnie nie zdziwiła decyzja administracji 33. prezydenta Stanów Zjednoczonych Harry’ego Trumana, żeby starego zabijakę i spryciarza mianować szefem CIG - Central Intelligence Group.

Vandenberg miał za zadanie połączyć pozostałości różnych amerykańskich służb wywiadowczych z czasu wojny, uszczuplić je i dokonać zmian strukturalnych, które by zwiększyły ich efektywność. Ostatecznie było już po wojnie, przeciwnicy zostali pokonani, a pieniądze podatników mogły wreszcie iść na niezbędne cele socjalne. Nic jednak z tego nie wyszło.

Gorąca wojna przemieniła się w zimną, dawni sojusznicy stali się śmiertelnymi wrogami, a podzielone Niemcy ponownie zostały państwem frontowym, gdzie po dwóch stronach zasieków stały naprzeciwko siebie wojska Zachodu i bloku komunistycznego. Do Vandenberga, który zamiast redukować, rozbudowywał amerykański wywiad, zgłosił się niemiecki generał, dawny kierownik wydziału sztabu generalnego Wehrmachtu o nazwie „Fremde Heere Ost” (wywiad wschodni), wierny niegdyś wyznawca Hitlera Reinhard Gehlen. Niewielki wzrostem kawalerzysta miał wówczas 44 lata i szukał dla siebie i swoich szpiegów nowego pracodawcy. Oferował wiano, którego Vandenberg nie mógł odrzucić: szczelnie zamknięte beczki wypełnione mikrofilmami z nazwiskami i danymi tysięcy obywateli Związku Radzieckiego zakopano w kilku miejscach na łąkach w austriackich Alpach, a do tego zawierały one sieć uśpionych agentów w rożnych zakątkach wielkiego Kraju Rad. Wycofujący się na zachód Niemcy zaopatrywali swoich śpiochów w radiostacje i - jak przekonywał Vandenberga Gehlen - mogli być teraz aktywowani. To był potencjalny skarb, więc Amerykanie przyjęli Gehlena na służbę. Zapowiedzieli mu tylko - nie zatrudniać żadnych esesmanów! Po roku w Organisation Gehlen zwanej w skrócie Org pracowała ich setka. Bo gdzie szef nowego wywiadu zachodnioniemieckiego miał szukać współpracowników, jeśli nie wśród dawnych specjalistów, z którymi teraz robił to, co mniej więcej było ich i jego zajęciem do tej pory - znów walczyli z czerwoną zarazą.

Na dawnym osiedlu im. Rudolfa Heßa
Siedziba Organizacji Gehlena, a później także federalnej służby wywiadowczej BND, mieściła się w Pullach na byłym modelowym osiedlu wzniesionym w latach 1936-1938 na polecenie zastępcy Hitlera Martina Bormanna dla wyższych funkcjonariuszy NSDAP. To był bardzo dogodny teren dla umieszczenia szpiegów i ich zaplecza - tuż przy dużym ośrodku miejskim, jakim było Monachium, na obszarze od początku zaplanowanym tak (przez wziętego architekta III Rzeszy Rodericha Ficka), żeby był odseparowany od sąsiadów. Osiedle składało się z prostych, aczkolwiek wygodnych domów jednorodzinnych i bliźniaków skierowanych do centrum, w którym stała większa, reprezentacyjna willa. Jej piętro zajmował Bormann. Na parterze znajdowały się pomieszczenia konferencyjne, sala koncertowa, jadalnia i biblioteka. Do osiedla należały także umocniona grubymi murami kwatera Führera (istniejąca i dziś), ogrody, garaże z warsztatami i mieszkaniami dla kierowców oraz obsługi osiedla. Poszczególne domy zostały otoczone murami, żeby nikt nie zakłócał sfery prywatnej mieszkańców - pierwsi wprowadzili się w 1938 roku. Byli to wyłącznie politycznie godni zaufania aryjczycy, rodziny z przynajmniej dwojgiem dzieci. 14 września 1938 roku wizytę w Pullach złożył Adol Hitler.

Osiedle nie zostało zniszczone w czasie działań wojennych. Może także dzięki temu, że domy pomalowano na ciemny, maskujący przed nalotami bombowymi kolor. W 1947 roku było gotowe na przyjęcie nowych mieszkańców, pracowników Org - dawnych żołnierzy Wehrmachtu, byłych nazistów i esesmanów, będących teraz obrońcami zachodniej demokracji, a zatem systemu, do którego po latach także nam udało się dołączyć.

Reinhard Gehlen w 1972 r.
ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK Reinhard Gehlen w czasie wojny

Na wszelki wypadek
Gehlen i jego ludzie okazywali się obrońcami skutecznymi, choć wciąż towarzyszyła im obawa, że potęga Związku Radzieckiego ruszy na zachód i zgniecie po drodze wszelki opór. Przygotowywali się na taki rozwój wydarzeń. Gdyby wybuchła gorąca wojna, centrala zachodnioniemieckiego wywiadu miała zostać przeniesiona z Pullach do Szwajcarii, z którą rozmowy w tej sprawie Gehlen prowadził już w 1947 roku. Rok później, w czasie blokady Berlina, szef Org występujący jako doktor Schneider lub El Doctor planował ucieczkę do Hiszpanii, gdzie jego wywiad zarezerwował sobie dwie wiejskie posiadłości około 170 km na południe od Madrytu. W 1953 roku myślano wręcz o przeprowadzce do USA, ale pod rządami socjaldemokratycznych kanclerzy Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta przeniesienie centrali miało nastąpić w obrębie Republiki Federalnej - do Achern koło Baden-Baden. A potem nastała era kanclerza Helmuta Kohla, w Polsce zwyciężyła Solidarność, Niemcy się zjednoczyły i Związek Radziecki upadł, czego już szef BND nie doczekał. Jego następcy nie musieli myśleć o ucieczce.

Kontynuacja
Organizacja Gehlena spełniała w młodej Republice Federalnej podwójną rolę - wywiadu i - nieoficjalnie - kontrwywiadu. Zbudowana była tak, jak jej poprzedniczka, czyli Fremde Heere Ost - szefem był Gehlen, jego współpracownicy Gerhard Wessel i Hermann Baun byli odpowiedzialni za analizę i sieć agentów. Operowali oni według sprawdzonych metod: systematycznie przesłuchiwano jeńców, byłych robotników przymusowych i uciekinierów zgromadzonych w obozach przejściowych. To samo robił Gehlen w czasie wojny z radzieckimi jeńcami, z których tworzył armię generała Własowa. Teraz też Reinhardowi Gehlenowi i jego szefowi kanclerzowi Adenauerowi przyświecał długofalowy cel - stworzenie w przyszłości całkowicie niezależnych od władz okupacyjnych zachodnioniemieckiej armii oraz wywiadu i kontrwywiadu. Gehlen potrzebował do tego kadr i dlatego przechowywał we własnych szeregach fachowców z Wehrmachtu, SS i służb bezpieczeństwa Rzeszy i wraz z nimi budował profesjonalny wywiad. Znalazły się w nim także postacie o wątpliwej konstrukcji moralnej, zdrajcy, ale w porównaniu z liczbą sowieckich szpiegów na przykład w wywiadzie brytyjskim, i tak bilans dla Org i później BND był pozytywny. Choć po drugiej stronie niemiecko-niemieckiej granicy, w strefie sowieckiej i potem NRD, miał niezwykle efektywny i agresywny wywiad Markusa Wolfa, który utrzymywał na Zachodzie tysiące szpiegów.

Za czasów zimnej wojny Niemcy były ulubionym terenem działania różnych wywiadów, a Berlin, podzielony na cztery sektory zwycięskich mocarstw, uchodził za „światowa stolicę szpiegów”. Ocenia się, że w latach 50. krążyło po mieście 14 tys. panów i pań w trenczach z podniesionym kołnierzem i ciemnych okularach - ulubionym ponoć stroju agentów.

Najskuteczniejszy z nich wszystkich był wspomniany Markus Wolf, który - według niektórych danych - do 1989 roku umieścił w RFN około 30 tys. tajnych współpracowników. Byli oni w Bundestagu, różnych ministeriach, a także w wywiadzie i kontrwywiadzie.

Na celowniku
Praktyka i zdrowa paranoja podpowiadały Gehlenowi, że tak właśnie jest - że w Republice Federalnej intensywnie operuje „czerwona orkiestra” wschodnich wywiadowców. Miał na ten temat wyrobiony pogląd. Historyk Gerhard Sälter odkrył w archiwach BND setki nazwisk polityków, dziennikarzy, intelektualistów i wojskowych, których Gehlen i jego ludzie podejrzewali, że są wschodnimi agentami. Stali się oni obiektem dochodzeń pod nazwą „Operation Fadenkreuz” („Operacja Celownik”), która rozpoczęła się w 1947 roku i była kontynuowana aż do lat 60. jako „Wildgatter”. Org wkroczyła tym samym na zakazaną ziemię, gdyż operacje kontrwywiadowcze nie należały do jej kompetencji. Rozmiar tej działalności zaszokował Sältera i opinię publiczną - ofiarami szpiegowania były najważniejsze osobistości Republiki Federalnej, wśród nich późniejszy prezydent Gustav Heinemann, minister sprawiedliwości Thomas Dehler, przewodniczący Bundestagu Eugen Gerstenmaier, a nawet konserwatywni politycy, jak współtwórca CDU Jakob Kaiser i założyciel CSU Josef Müller. A co najpaskudniejsze w tej sprawie - podejrzani byli dla Gehlena przede wszystkim ci, którzy w czasie rządów hitlerowców zaliczani byli do grona opozycjonistów lub z przeciwnikami reżimu byli zaprzyjaźnieni czy też spowinowaceni. Tajne śledztwa w ich przypadkach prowadzili często byli gestapowcy albo inni członkowie zbrodniczego aparatu III Rzeszy. Dane o nich przechowywano także w tym celu, żeby w razie wybuchu wojny, stanowiły podstawę do aresztowania. Bo wciąż pokutowało przekonanie rozpowszechnione w dawnych służbach niemieckich, że wszyscy opozycjoniści byli zdrajcami i sowieckimi agentami.

Gehlen wykorzystywał niekiedy rzeczywiste czy wątpliwe podejrzenia o zdradę do zwalczania przeciwników. W jednym przypadku wszystko ułożyło się po jego myśli. Przez kłótnię o kompetencje i wpływy zadarł z pierwszym szefem zachodnioniemieckiego kontrwywiadu Otto Johnem, który stał na czele Federalnego Urzędu do Ochrony Konstytucji (BfV). John uciekł w 1954 roku do Berlina Wschodniego, co Gehlen, nieznoszący uciekinierów z Niemiec pod rządami nazistów, jakim był John, skomentował słowami: „Kto raz był zdrajcą, ten nim zawsze pozostanie”. Trochę to niepojęte z dzisiejszego punktu widzenia, ale ten obraz dobrze ilustruje drogę, którą przebyły Niemcy od nazizmu do dzisiejszych pozycji europejskich. Gehlen, gdyby żył, byłby nieźle zdziwiony.

Od Organizacji do BND
1 kwietnia 1956 roku wywiad kierowany przez Gehlena i liczący tysiące pracowników został przemianowany na Bundesnachrichtendienst (BND - Federalną Służbę Wywiadowczą). Szef pozostał na czele nowego tworu aż do 1968 roku. Później przeniósł się z żoną nad jezioro Starnberger See i oddał się pisaniu wspomnień wydanych pod tytułem „Der Dienst - Erinnerungen 1942-1971” („Służba - wspomnienia 1942-1971”), w których wyjaśniał swoje motywy działania, przypominał dokonania i rozliczał się z przeciwnikami. To wspomnienia człowieka sukcesu. Spełniły się plany Reinharda Gehlena i zachodnioniemiecki wywiad ewaluował do całkowitej niezależności. Od swojego wzoru - CIA - przejął nowy kierunek, który polegał na odchodzeniu od klasycznego zdobywania informacji ze źródeł osobowych na rzecz rozbudowy środków technicznych. Rezerwa kadrowa przechowywana w szeregach służby w postaci dawnych oficerów Wehrmachtu przeszła do nowo utworzonej armii - Bundeswehry. W ten sposób zmalało znaczenie przedwojennych i wojennych powiązań.

Reinhard Gehlen w 1972 r.
ASSOCIATED PRESS/East News Reinhard Gehlen w 1972 r.

Zanim jednak sam Gehlen stał się reliktem poprzedniej epoki, z całych sił kontynuował pracę dla dobra odnowionej ojczyzny. W Bundeswehrze dosłużył się stopnia generała-porucznika i odszedł na emeryturę jako człowiek zasłużony dla Republiki Federalnej. Otrzymał Wielki Federalny Krzyż Zasługi z gwiazdą, a także - choć był ewangelikiem - został członkiem katolickiego zakonu rycerzy maltańskich. Jego wcześniejsze zasługi podkreślają takie odznaczenia jak: Krzyż Żelazny II Klasy, Wojenne Krzyże Zasługi I i II klasy oraz Srebrny Krzyż Niemiecki - który otrzymał w marcu 1945 roku. Już wtedy przygotowywał się do służby zwycięzcom, ponieważ od października 1944 roku planował to, co będzie robił po wojnie. Hipotetycznie założył, że mocarstwa zachodnie zwrócą się przeciwko swojemu sojusznikowi Związkowi Radzieckiemu i będą do walki z komunistyczną ekspansją potrzebować jego oraz jego współpracowników, gdyż same nie posiadały do tego żadnych agentów. Miał rację. Ale z jego uśpionych w ZSRR szpiegów nie udało mu się aktywować żadnego. Nigdy też żadna zostawiona przez wycofujący się z Rosji Wehrmacht radiostacja nie odezwała się, meldując się do służby.

Jednak najcięższe zarzuty w stosunku do Reinharda Gehlena można znaleźć w archiwach CIA, gdzie znajdują się wskazówki, że szef BND już w 1958 roku - dwa lata przed przywódcami Izraela - wiedział, pod jakim nazwiskiem ukrywa się w Argentynie Adolf Eichmann. Nie powiadomiono o tym Izraelczyków, ponieważ obawiano się, że Eichmann w swoich zeznaniach mógłby obciążyć współtwórcę norymberskich przepisów rasowych i dawnego urzędnika MSW III Rzeszy Hansa Globkego, teraz kontrolera - przełożonego - Gehlena i sekretarza stanu w kancelarii kanclerza Adenauera. A to by nie służyło budowie nowych, demokratycznych Niemiec.

Andrzej Dworak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.