Sprawa major E. Co się dzieje w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego?

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Dorota Kowalska

Sprawa major E. Co się dzieje w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego?

Dorota Kowalska

Major Magdalena E. wygrała właśnie w sądzie batalię o swoje dobre imię. Przełożeni z SKW oskarżyli ją o samowolkę i przekroczenie uprawnień, przykładnie ukarali obniżeniem stopnia wojskowego i nie dali najmniejszych szans na obronę.

Takie historie nie zdarzają się często. Magdalena E., oficer Służby Kontrwywiadu, ukarana obniżeniem stopnia wojskowego pozostanie w stopniu majora, tak przynajmniej zdecydował Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie.

Major podpadła obecnemu szefowi SKW Piotrowi Bączkowi. Powód? Kobieta miała w grudniu 2015 roku pomagać w uwolnieniu więzionego na Białorusi kapitana Wojska Polskiego skazanego za szpiegostwo. To dzięki jej zabiegom polskiego oficera wymieniono na Białorusina, skazanego w Polsce za identyczne przestępstwo.

O uwolnienie polskiego wojskowego oficerowie SKW zabiegali od dłuższego czasu, takie operacje to delikatne i trudne sprawy. O ich działaniach wiedzieli: Marek Biernacki, koordynator służb specjalnych w rządzie Ewy Kopacz, ówczesny szef MON Tomasz Siemoniak i i ówczesny szef polskiej dyplomacji Grzegorz Schetyna, wiedzieli ludzie w Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy.

Według tvn24.pl, który ujawnił kulisy sprawy, działania w sprawie uwolnienia polskiego oficera wstrzymano wraz z dojściem do władzy Prawa i Sprawiedliwości. Wówczas rodzina więzionego kapitana zwróciła się o pomoc do Marka Biernackiego, ten powiadomił o zaistniałej sytuacji major Magdalenę E., która pełniła wówczas służbę w Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO. Przypomnijmy, że 18 grudnia 2015 r. MON zmieniło kierownictwo tworzonego wraz ze Słowacją CEK NATO. Bartłomiej Misiewicz w asyście żandarmów weszli pod osłoną nocy do siedziby instytucji niemal wyważając drzwi. Premier Beata Szydło oceniła wówczas, że to nic nadzwyczajnego. Opozycja mówiła o skandalu, po którym Polska traci wiarygodność w NATO. Sojusz nie chciał się mieszać w spór, uznał, że to sprawa polskich władz, bo centrum nie jest jeszcze akredytowane przy NATO.

Ale wracając do sprawy, po informacji od Biernackiego Magdalena E. na początku grudnia 2015 r. spotkała się trzy razy z rodziną kapitana.

- Kapitan wojska polskiego został zatrzymany wiosną 2015 roku, sprawą dla mnie oczywistą było to, że należy sprowadzić go do kraju. Ponoszę pełną odpowiedzialność za wszystkie decyzje, które w tej sprawie zapadły. Kiedy do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, o całej sprawie został poinformowany Mariusz Kamiński, koordynator ds. służb specjalnych, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, a więc i prezydent Duda - tłumaczy w rozmowie z naszą gazetą Marek Biernacki. - Major Magdalena E. brała udział w całej operacji, potem kontaktowała się prywatnie z rodziną kapitana na moją prośbę. Nie chciałem, aby bliscy polskiego oficera poczuli się osamotnieni, opuszczeni przez państwo polskie. Karanie za to major Magdaleny E. uważam za niesłuszne i niesprawiedliwe - dodaje Marek Biernacki. I nie ukrywa, że bardzo się cieszy z wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego i z interwencji prezydenta Dudy.

Bo choć ta niesłychanie trudna misja się powiodła, w lutym 2016 roku SKW wszczęła wobec major Magdaleny E. postępowanie dyscyplinarne. Zarzucono jej m.in., że przekroczyła swoje uprawnienia, działała „samowolnie, bez zgody lub polecenia” przełożonych. Jednak były szef SKW, gen. Piotr Pytel zapewnił w rozmowie z tvn24.pl, że „wszelkie czynności prowadzone przez panią major w tej sprawie były konsultowane przez jej wyższych przełożonych”, w tym także przez niego, działania major „sytuowały się w granicach prawa i obowiązujących przepisach wewnętrznych SKW”.

W lipcu 2016 roku SKW uznała, że major Magdalena E. jest winna. Została ukarana degradacją do stopnia kapitana. Jak uzasadniono, kara ma mieć „działanie wychowawcze i zapobiegawcze”. Major E. odwołała się od tej decyzji. W czwartek Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził, że naruszone zostało prawo Magdaleny E. do obrony w postępowaniu dyscyplinarnym. Komisja SKW nie zezwoliła bowiem na przesłuchanie zgłoszonych przez E. świadków i nie dopuściła do części czynności jej pełnomocnika.

Zdaniem adwokata major Magdaleny E., nowe szefostwo SKW dążyło do ukarania wyróżniającego się oficera kontrwywiadu wojskowego, który nie zgadzał się z nowym kierownictwem tej służby. Ale też Magdalena E. ma świetną opinię nie tylko profesjonalnego oficera, ale osoby hardej, pewnej siebie, nie dającej się złamać.

- Młoda, wykształcona, karierę robiła już w wolnej Polsce - mówi nam jedna z osób znających.

Magdalenę E. miała okazję poznać posłanka Elżbieta Radziszewska, w Sejmie VII kadencji członkini i rotacyjna przewodnicząca Komisji do spraw Służb Specjalnych.

- Świetna dziewczyna, z ogromną wiedzą, wyważona, odważna, bardzo pracowita i bardzo odpowiedzialna, a przy tym uśmiechnięta i sympatyczna - charakteryzuje major Magdalenę E. posłanka Radziszewska - Miałam okazję obserwować ją między innymi w Afganistanie podczas nocnej akcji z Amerykanami i Afgańczykami. I powiem pani szczerze: podziwiam ją za odwagę i profesjonalizm. Potem spotkałam ją także w Bośni. Takim ludziom powinno się przyznawać medale, a nie rzucać kłody pod nogi - dodaje Elżbieta Radziszewska.

Posłanka Radziszewska nie ma wątpliwości, że działania wobec Magdaleny E. mają charakter polityczny, chodzi o pokazanie, jak źle funkcjonowało SKW za poprzedniej władzy. Podobny cel, zdaniem Radziszewskiej, miało środowe przesłuchania Donalda Tuska. Przypomnijmy, że były premier zjawił się w prokuraturze w związku ze śledztwem dotyczącym byłych szefów Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Generałowie Janusz Nosek i Piotr Pytel są oskarżeni o podpisanie umowy o współpracę z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa bez zgody premiera Donald Tuska. Generałowie odmówili składania zeznań. Dochodzenie nazwali „politycznym odwetem” i „absurdem”.

- Wszystkie te działania, to szukanie dowodów na zdradę, bo o to przecież chodzi. Tyle, że to podejrzenia zupełnie absurdalne - kwituje Elżbieta Radziszewska.

To nie pierwszy przypadek próby degradacji w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego. Piotr Bączek, szef tejże służby, w ubiegłym roku próbował zdegradować do stopnia szeregowego byłego dyrektora wspomnianego już wcześniej Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO płk. Krzysztofa Duszę. Powodem miało być to, że, jak głosił komunikat MON, „w 2015 roku dopuścił się wyniesienia dokumentów ściśle tajnych i ich nieuprawnionego przechowywania. Część z tych dokumentów dotyczyła tajnych operacji międzynarodowych, część tragedii smoleńskiej”.

Marek Biernacki napisał wówczas list, a właściwie dwa listy, do prezydenta Andrzeja Dudy, w których nakreślił sytuację tak oficer Magdaleny E., jak płk. Krzysztofa Duszy. Po tej interwencji szef BBN w imieniu prezydenta zwrócił się o wyjaśnienia działań kierownictwa SKW wobec swoich oficerów do szefa MON, Antoniego Macierewicza.

„GPC” dotarła do odpowiedzi resortu obrony. MON zarzuca byłemu dyrektorowi Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO wyniesienie ściśle tajnych dokumentów i ich nieuprawnione przechowywanie. Powodem degradacji miał być kontakt z mediami po nocnej akcji MON z Bartłomiejem Misiewiczem w siedzibie CEK NATO. Natomiast Magdalenę E. uznano winną przewinień dyscyplinarnych w związku z nieprawidłowościami w CEK NATO.

W ujawnionym liście MON stwierdziło, że degradacje oficerów SKW były konieczne i wynikały ze stawianych im zarzutów. Resort Obrony odpiera też sugestie, że odwołanie Duszy z funkcji dyrektora CEK NATO dokonano bezprawnie. Według MON, Dusza zostały wskazany na swoją funkcję w liście intencyjnym ministrów obrony Polski i Słowacji, który nie był wiążący dla ministerstwa.

O Służbie Kontrwywiadu Wojskowego głośno było także rok temu. Wtedy to samobójstwo popełni Waldemar K., jeden z najbardziej doświadczonych oficerów SKW i jeden z nielicznych pozytywnie zweryfikowanych pracowników WSI. Mężczyzna zajmował się bezpieczeństwem przemysłowym i certyfikatami dla firm, które dostarczały sprzęt dla wojska, był zastępcą naczelnika w Zarządzie Bezpieczeństwa Informacji Niejawnych.

Jako pierwsze informację o tej tragedii podało radio RMF FM, dziennikarze radia rozmawiali wtedy z byłym szefem SKW gen. Januszem Noskiem, który stwierdził, że płk K. był jednym z tych oficerów, którzy sfrustrowani są faktem, iż miejsce ich przełożonych zajmują osoby pozbawione doświadczenia i kwalifikacji. Płk. Waldemar K. miał być też odsuwany od głównego nurtu zadań i dlatego zdecydował się odejść na emeryturę.

- Jego bezpośrednią przełożoną została osoba kompletnie do tego nie przygotowana i niekompetentna, która wcześniej wykonywała funkcję sekretarki. Za mojej kadencji, w latach 2000-13 ,wykonywała funkcję sekretarki - uściślił gen. Nosek w rozmowie z dziennikarzem radia RMF FM, który tłumaczył, że żołnierze są szczególnie wyczuleni na kwestie awansu.

- To wszystko, co dzisiaj dzieje się w armii: przyspieszone awanse, to że można przeskakiwać o dwa, trzy stopnie, to musi być dla żołnierzy bardzo frustrujące- mówił gen. Nosek.

Jak ustaliło RMF FM, na początku 2016 roku płk Waldemar K. złożył wniosek o przejście na emeryturę. Zgodę na jego odejście jednak odroczono i nadal wyznaczano mu zadania do wykonania.

W sprawie śmierci płk. Waldemara K. Ministerstwo Obrony Narodowej wystosowało komunikat, w którym pisze o złym stanie zdrowia oficera.

Służby wywiadowcze, to jedne z najbardziej prestiżowych, operacje przez nie przeprowadzane są zazwyczaj owiane tajemnicą.

- Nie przypominam sobie, aby dochodziło do wymiany oficerów wywiadu czy kontrwywiadu z Rosjanami czy Białorusinami. Więc nie ma tu jakichś ustalonych praktyk, każda taka operacja musi być wypracowana samodzielnie. Dzisiaj nie ma adwokatów typu Wolfgang Vogel, służby same ze sobą rozmawiają, mają oficerów łącznikowych - tłumaczy Vincent Severski, pisarz, kiedyś oficer wywiadu.

Niemiecki adwokat Wolfgang Vogel na przełomie lat 50. i 60. XX w. został pośrednikiem pomiędzy rządem Niemiec Zachodnich i wschodnioniemiecką partią SED. Na zlecenie władz NRD pośredniczył w wykupie przez rząd zachodnioniemiecki około 33 000 więźniów politycznych z NRD oraz w łączeniu rodzin. Łącznie sprzedaż więźniów politycznych na Zachód przyniosła wschodnioniemieckiemu państwu 3,4 mld marek. Pierwszych więźniów przewoził do Niemiec Zachodnich własnym złotym autem marki Mercedes-Benz, od tego też pochodzi jego przydomek - „człowiek w złotym mercedesie.” W 1962 roku Moskwa zwróciła się do Vogla, aby pośredniczył w negocjacjach z USA w celu wydostania stamtąd sowieckiego szpiega, Rudolfa Abla. W zamian Sowieci zaoferowali schwytanego na szpiegostwie amerykańskiego pilota, Francisa Powersa. Misja Vogla się powiodła i dała początek trzem spektakularnym wymianom agentów. Wszystkie odbyły się na osławionym moście Glienicke w Berlinie. Ten most na mapach NRD figurował jako „most Jedności”, ale mieszkańcy RFN nazywali go „mostem szpiegów”. Biała linia na jego środku wyznaczała granicę dwóch państw niemieckich, od 1952 r. na most można było wchodzić wyłącznie za okazaniem przepustki, aż do 18 listopada 1989 r. stał tu posterunek graniczny pomiędzy Niemcami Wschodnimi a Zachodnimi.

W okresie zimnej wojny 20-metrowy most w Glienicke był idealnym miejscem na wymiany agentów. Znajdował się na uboczu, ruch na nim ograniczał się do przejazdów dyplomatów i żołnierzy z polskiej, czechosłowackiej i jugosłowiańskiej misji wojskowej w Berlinie Zachodnim na stronę NRD. Na most wiodła tylko jedna droga, co też nie było bez znaczenia.

Rankiem w lutym 1962 r. na przeciwległych końcach mostu stanęli wspomniani już wyżej Francis Gary Powers, pilot amerykańskiego samolotu szpiegowskiego zestrzelonego nad ZSRR, i Rudolf Abel, agent KGB złapany w USA, który pracował jako fotograf, a tak naprawdę dowodził siatką agentów i zdobywał tajemnice broni nuklearnej. Po 10 latach pracy pod przykrywką udowodniono mu trzy przypadki szpiegostwa i skazano na 30 lat więzienia. Powers z kolei miał przelecieć nad ZSRR i sfotografować wartościowe dla rządu obiekty. Rosjanie jednak zestrzelili jego maszynę. Pilot przeżył, ale został złapany i skazany na 10 lat pozbawienia wolności.

Po amerykańskim pilocie i agencie KGB przyszedł czas na kolejnych agentów. W latach 80. w USA schwytano oficera polskiego wywiadu kapitana Mariana Zacharskiego, który za swoją działalność szpiegowską został skazany na dożywocie. Zacharski na przełomie lat 70. i 80. zdobył najważniejsze plany radarów używanych w systemach antyrakietowych, m.in. Patriot, Hawk oraz systemów rakietowych Cruise Missile. Po 1444 dniach więzienia Amerykanie przywieźli Zacharskiego na most Glienicke. I tak, 11 czerwca 1985 roku, po blisko 25 latach doszło tu do największa od czasu II wojny światowej operacja wymiany pracowników wywiadu i agentów pomiędzy Wschodem a Zachodem. Trudności w uzgodnieniu jej warunków sprawiły, że dwukrotne przekładano termin jej realizacji. W końcu akta kandydatów do wymiany trafiły na biurko Ronalda Reagana, ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych i tak w październiku 1984 r. Amerykanie wyrazili gotowość do przystąpienia do tzw. pakietowej wymiany. Taki był finał trwających ponad trzy lata negocjacji między Moskwą a Waszyngtonem. Razem z Zacharskim na moście stanęło trzech innych agentów krajów bloku wschodniego. W zamian Wschód zwolnił 25 oskarżonych o szpiegostwo na rzecz USA. Ostatnia wymiana na moście nie była tak tajna jak poprzednie, odbyła się w obecności kamer telewizyjnych i dziennikarzy.

Jest jeszcze jedna data - luty 1986 r. Wtedy Rosjanie przekazali Amerykanom Anatolija Szaranskiego, dysydenta i obrońcę praw człowieka. Szaranski został skazany na 13 lat ciężkich robót za szpiegostwo na obcych mocarstw. Na stronę NRD przeszli wtedy Karl i Hana Koecherowie oraz troje innych agentów schwytanych na Zachodzie. Po wymianie Koecher i jego żona za ich oddanie dla partii komunistycznej otrzymali od rządu czechosłowackiego volvo i willę pod Pragą. Hana w 1995 r. przegrała w sądzie praskim sprawę o zakaz rozpowszechniania informacji, „które szkodzą jej biznesowi”. Chodziło o smakowite newsy ujawnione w książce dziennikarza Ronalda Kesslera, jakoby małżeństwo Koecherów regularnie odwiedzało kluby dla swingersów podczas pracy szpiegowskiej Waszyngtonie. Dziennikarz ustalił, że podczas orgii seksualnych organizowanych dla wyższych sfer w Waszyngtonie, informacje zbierał nie tylko Karl, ale i Hana, która utrzymywała zażyłe kontakty z wysokimi rangą pracownikami CIA, Białego Domu i Pentagonu. Blond piękność o niewiarygodnie dużych niebieskich oczach zajmowała się oficjalnie handlem diamentami, ale kolejka mężczyzn chętnych do spędzenia z nią nocy zawsze była długa, co niezmiernie cieszyło oficerów KGB. Jeszcze w 1988 r. trzech mieszkańców Poczdamu w spektakularny sposób sforsowało ciężarówką granicę na moście i uciekło na Zachód. O godzinie siedemnastej 10 listopada 1989 r., w dzień po „otwarciu muru”, most Glienicke został udostępniony dla pieszych, stając się symbolem zjednoczenia Niemiec.

Mecenas Vogel miał jednak trudności. Po upadku Muru Berlińskiego oskarżony przez kilku uciekinierów z NRD o wymuszenia sprzedaży nieruchomości, oszustwa, złamanie tajemnicy adwokackiej i szantaż, został aresztowany, skazany na 2,5 roku więzienia w zawieszeniu, wreszcie uniewinniony przez Sąd Najwyższy.

Ale wracając do pracy oficerów SKW - to ciężka, żmudna robota.

Gen. Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych tłumaczy, że zawsze służby omawiają ważne sprawy, także wymiany agentów między sobą. Jeśli ustalone przez nich warunki zostaną zaakceptowane przez władzę - dochodzi do wymiany.

- Wszystko zależy od wartości agenta, to może być wymiana jeden na jedne, ale bywają sytuacje, tak było z Zacharskim, kiedy za jednego wartościowego agenta trzeba „zapłacić” kilkoma - mówi. Gen. Dukaczewski. I tłumaczy, że takie negocjacje w bardzo dużym stopniu zależa od relacji międzyludzkich pomiędzy stronami. Takie operacje są niezwykle trudne, wymagają personalnych kontaktów, zaufania pomiędzy ludźmi, które buduje się latami.

Czy oficer Magdalena E. nawiązała takie kontakty z druga stroną? Tego gen. Dukaczewskie nie wie, ale skoro akcja skończyła się sukcesem można się domyślać, że tak.

- Nawet jeśli agenta straci się w nieprzyjaznym dla nas kraju, to ów kraj, jego służby traktują z szacunkiem próby odzyskania człowieka, bo to świadczy o tym, że państwo dba o swoich ludzi - tłumaczy generał.

Czy operacje SKW, w której brała udział major Magdalena E. można nazwać sukcesem?

- Bez wątpienia: tak - przyznaje gen. Dukaczewski.

Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.