Strzelanina na Chojnach, która zakończyła się śmiercią dwóch osób

Czytaj dalej
Anna Gronczewska

Strzelanina na Chojnach, która zakończyła się śmiercią dwóch osób

Anna Gronczewska

Mówiono i pisano, że była to krwawa niedziela na Chojnach. Zaczęło się od napadu na inkasentkę. Skończyło na zabójstwie dwóch przechodniów. Kilku innych zostało rannych

Zbliżało się Boże Narodzenie. Dochodziła godzina 15, gdy ul. Wesołą na Chojnach szła Helena Klajn, mieszkanka ul. Rzgowskiej. Była, jak wtedy ładnie określano, inkasentką firmy zajmującej się handlem domokrążnym. Przy zbiegu z ul. Grzybową drogę zagrodziło jej dwóch mężczyzn. Kobieta poczuła, że ktoś z tyłu wyrywa jej teczkę, w której było 500 złotych.

- Na pomoc, bandyci - krzyczała kobieta. Na ten krzyk zareagowało kilku przechodniów. Tymczasem bandyci zaczęli biec w kierunku ul. Grzybowej. Kilku mężczyzn rzuciło się pogoń za nimi. Byli już blisko napastników, gdy rozległy się strzały. Początkowo pojedyncze. Gdy jednak bandyci zauważyli, że goniących ich łodzianie są blisko, zaczęli strzelać na oślep. Kule dosięgły najpierw Stefana Małka, robotnika, który mieszkał przy ul. Piaskowej. Kula trafiła go w podudzie. Zakrwawiony mężczyzna upadł na ziemie.

Tymczasem, jak relacjonowała przedwojenna prasa, zwiększała się liczba osób, którzy gonili bandytów. Ci zaś skręcili w ul. Pryncypalną. Uciekając cały czas strzelali. Kule dosięgły braci Jana i Stefana Wyborów, mieszkańców ul. Grzybowej, a także ich sąsiada i szwagra, Alfreda Dranikowskiego.

- Mimo czterech ofiar bohaterscy przechodnie nie zrezygnowali z dalszego pościgu za przestępcami - pisał „Express Wieczorny Ilustrowany”. - Zbiry z rewolwerami w ręce zmienili taktykę. O ile początkowo kierowali się w kierunku szosy Pabianickiej, po kilku minutach zaczęli uciekać w kierunku miasta.

Przy ul. Tuszyńskiej strzały z rewolweru dosięgły mieszkańca tej ulicy, Kazimierza Besecińskiego. W tym samym czasie w pobliżu spacerował jeden z policjantów. Także ruszył w pościg za bandytami. Wyjął rewolwer i zaczął do nich strzelać. Trzy kule dosięgły jednego z napastników.

Na miejsce przyjechały karetki pogotowia. Okazało się, że najcięższe rany odniósł Stefan Wybór i jego brat Jan. Obu odwieziono do szpitala św. Józefa przy ul. Drewnowskiej. Tam też trafili Alfred Dranikowski i Kazimierz Beseciński. Do szpitala przewieziono też rannego bandytę. Podał, że ma 26 lat i nazywa się Stanisław Czerwiński, mieszka przy ul. Bankowej.

Potem okazało się, że podał fałszywe dane. Policja szybko ustaliła jego prawdziwe nazwisko. Okazało się, że to znany jej przestępca. Nazywa się Bolesław Nowak. Był wiele razy notowany, a ostatnio mieszkał przy ul. Piaskowej. Szybko w ręce policji wpadł też drugi z bandytów. Był nim Bolesław Grzywnowicz, też dobrze znany stróżom prawa.

Niestety, lekarzom nie udało się uratować 26-letniego Stefana Wybora, który w bardzo ciężkim stanie trafił do szpitala. Nie dobrze było też z jego bratem Janem. Miał m.in. rozległe rany podbrzusza. Na szczęście przeżył. Niestety, rany okazały się śmiertelne dla szwagra Wyborów, Alfreda Dranikowskiego.

Winni ich śmierci bandyci stanęli po kilku miesiącach przed łódzkim sądem. Ich proces wywołał ogromne zainteresowanie. Relacjonowano, że Bolesław Nowak wszedł na salę z opuszczoną głową, utykał. Rany, których doznał w czasie ucieczki okazały się tak groźne, że trzeba mu było amputować nogę.

- Grzywnowicz nie jest zmieszany, patrzy trochę bezczelnie na salę - pisał dziennikarz „Głosu Porannego”. - Jest szczuplejszy od Nowaka, wyższy i jego fizjonomia bardziej zdradza przestępcę.

Bolesław Nowak był z zawodu muzykantem. Grał na flecie. Miał żonę i dwoje dzieci. Grzywnowicz to zaś szofer. Był karany za kradzież, ale kary nie odbył.

Z materiałów zebranych przez policję i prokuraturę wynikało, że napad na inkasentkę Klajnównę był wcześniej dokładnie zaplanowany. Kobieta była śledzona. Do napadu doszło zaś w najbardziej odpowiednim momencie. Kiedy na ulicy nie było przechodniów.

Grzywnowicz chwycił inkasentkę w pół i podniósł trochę w górę. W tym czasie Nowak wyrwał jej teczkę z pieniędzmi. Zaczął z nią uciekać. W trakcie tej ucieczki Nowak zaczął strzelać do goniących go przechodniów. Próbował schronić się w domu Stanisława Wrony, który sam kilka dni wcześniej odpowiadał przed sądem na podobny napad na inkasentkę, też na Chojnach. Kompan nie wpuścił Nowaka do środka. W końcu to on został postrzelony przez goniącego go policjanta. Został ranny, zaciął mu się pistolet..

- Zdemaskował siebie i wspólnika, którego wkrótce ujęto - pisał „Głos Poranny”.

Pierwszy zeznawał Bolesław Nowak. Przyznał się do winy. Płacząc mówił, że inicjatorem napadu był Bolek Grzywnowicz.

- Poznaliśmy się na Wodnym Rynku, gdy obaj byliśmy bez pracy - zeznawał przed sądem. - Potem spotkałem go przypadkowo na Placu Reymonta. Namawiał tam szoferów, by poszli z nim „na robotę”. Wszyscy mu odmawiali... Jak się bliżej poznałem z Bolkiem to zgodziłem się z nim pójść...

Wybrali inkasentkę Klajnównę, choć wcześniej chcieli napaść na inkasenta młyna. Śledzili ją wcześniej trzy dni, by dobrze przygotować napad. Nowak zapewniał, że chcieli tylko ją okraść. Nie mieli zamiaru nikogo zabijać. Twierdził, że początkowo strzelał tylko w górę. Rewolwer miał zaś jeszcze z „lepszych czasów”.

Nowak zaprezentował też przed sądem ciekawą teorię. Przekonywał, że Stefan Wybór i jego brat Jan gonili go nie dlatego, by wymierzyć sprawiedliwość, ale żeby zabrać zrabowane Klajnównie pieniądze.

- Trzeba było ryzykować, to byś miał - miał odpowiedzieć Wyborowi uciekając Nowak.

Płacząc wyjaśniał sądowi, że na ten napadł zdecydował się ze skrajnej nędzy. Nie miał pracy, został eksmitowany z mieszkania.

- A także z podwórka, na którym się rozlokowałem, gdy wyrzucili mnie z mieszkania - żalił się Bolesław Nowak.

Zeznawał też Bolesław Grzywnowicz. Opowiadał, że zanim został szoferem pracował w tramwajach. Potwierdził, że Nowaka poznał trzy miesiące wcześniej na rynku. Szukał samochodu.

- Przypuszczam, że był mu potrzebny do napadu - wyjaśniał Grzywnowicz.

Przyznał, że rzeczywiście najpierw chcieli napaść na inkasenta młyna. Uznali jednak, że jest zbyt potężną osobą i trudno, by było go obezwładnić. Z Klajnówną też były kłopoty.

- Pojawiała się w towarzystwie jakiegoś mężczyzny - tłumaczył Grzywnowicz. - Trzy razy szykowaliśmy się do napadu i za każdy trzeba było zrezygnować. Aż wreszcie pojawiła się sama... To ja złapałem ją wpół, a Nowak wyrwał pieniądze. Też uciekałem, ale ani razu nie strzeliłem.

Przed sądem Grzywnowicz przyznał, że jest chory na syfilis. Mówił też, że ubiegał się uzyskanie tzw. czerwonego prawa jazdy, które umożliwiało prowadzenie taksówek, ale mu odmawiano. Przekonywał sąd, że wiele razy ostrzegał Nowaka, by nie nosił przy sobie rewolweru.

- Tłumaczyłem mu, że jest to niebezpieczne, on jednak mnie nie słuchał i stało się jak się stało, zginęli ludzie, ja jednak do nich nie strzelałem - wybielał się Grzywnowicz.

Przed sądem zeznawał też nadkomisarz Weyer, który przesłuchiwał jeszcze rannego Nowaka. Policjant twierdził, że Nowak i Grzywnowicz byli już notowani przez policję. Jego zdaniem Nowak nie znajdował się w tak tragicznej sytuacji finansowej o jakiej opowiadał. Mieszkał w małym pokoiku z szafą, a poza tym grał w Helenowie i innych orkiestrach.

- Nie powinno mu więc się tak źle powodzić - zauważał nadkomisarz Weyer.

Oskarżający w tej sprawie prokurator Karski domagał się dla Bolesława Nowaka kary śmierci. Przekonywał, że nie może być inaczej, gdy dwie osoby zastały zabite, pięć innych ciężko rannych. Prokurator domagał się też surowej kary dla Grzywnowicza.

Sąd nie skazał Bolesława Nowaka na karę śmierci, ale na dożywotnie więzienie. O wiele łaskawszy był dla Grzywnowicza, który trafił za kraty na 10 lat. Skazani przyjęli wyrok spokojnie.

- Tylko Nowak zbladł trochę i zachwiał się, gdy usłyszał, że resztę życia spędzi za kratami - pisał reporter sądowy „Głosu Porannego”. - Słychać było tylko płacz żony mordercy.

Podkreślano także, że Bolesław Nowak był pierwszym skazanym w Polsce na dożywotnie więzienie od czasu zniesienia sądów doraźnych.

Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.