Krzysztof Pięciak, historyk

Wielkie ucieczki z więzienia

Dziedziniec więzienia św. Michała Fot. NAC Dziedziniec więzienia św. Michała
Krzysztof Pięciak, historyk

6 września 1945. W latach 1945-1949 z komunistycznych więzień w Krakowie zbiegło kilkuset aresztowanych. Jak im się to udało?

Tamtego dnia, 6 września 1945 r., pogoda była piękna - Józef Uznański, kurier i partyzant 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK, zapamiętał to dobrze. Zbliżało się południe, gdy razem z kolegami z celi pchali taczki z piaskiem na wale poaustriackiego fortu, teraz funkcjonującego jako więzienie. Za nimi szedł młody strażnik z karabinem. Czy to ten, wtajemniczony w plan ucieczki? - myślał Uznański. Zgodnie z planem - przygotowanym wraz z współwięźniami oraz z narzeczoną, zawiadomioną grypsami - miał go uderzyć, by zapewnić mu alibi.

Plan zrealizowali. Strażnika, który zamiast udawać niezdolnego do ostrzelania uciekinierów, krzyknął, powalili na ziemię. Po czym zjechali po linie i pokonali otaczające fort druty kolczaste. Spóźnione kule innych strażników ominęły ich. Dopadli podstawionego auta i umknęli pogoni.

Tego dnia z fortu-więzienia przy ul. Kamiennej w Krakowie uciekło trzech aresztowanych. W ciągu całego roku 1945 - aż 115. Uciekali Niemcy i volksdeutsche, złodzieje i fałszerze pieniędzy, a także dawni akowcy i żołnierze podziemia.

Rozbicie „świętego Michała”

Największa ucieczka z fortu przy ul. Kamiennej miała miejsce kilka miesięcy wcześniej - 14 sierpnia 1945 r. Możliwe, że to o tym zdarzeniu opowiadano, iż je „ułatwił - nie »przeszkadzając« - zatrudniony w charakterze strażnika żołnierz-kościuszkowiec”. Opowiadano, że więźniowie wydostali się z cel na wewnętrzny dziedziniec, a stąd, po związanych pryczach, na dach. Od wolności dzielił ich jeszcze skok do fosy. Niektórzy połamali nogi, ale reszta przedarła się przez otaczające fort zasieki. Tego dnia uciekła grupa partyzantów z Podhala i z Lubelszczyzny, a z nimi dwóch dezerterów z „ludowego” wojska i człowiek oskarżony o napad na jubilera. Do dziś jest zagadką, czy ktoś (i kto?) im pomógł.

Ale historię tej zbiorowej ucieczki przyćmiewa inna: przeprowadzona niemal dokładnie rok później jedna z najsłynniejszych akcji partyzantki.

„Ucieczka więźniów kryminalnych. W niedzielę 18 sierpnia, w czasie przechadzki, kilkunastu więźniów kryminalnych z więzienia św. Michała rzuciło się na dozorcę. Korzystając z zamieszania, 8 poważnych przestępców kryminalnych uciekło przez mur więzienia na planty” - tak pisał o niej 20 sierpnia 1946 r. „Dziennik Polski”.

Pojedynczych uciekinierów zatrzymały zebrane pospiesznie z żołnierzy i milicjantów blokady

Prawdziwa była tu tylko jedna informacja: że miała miejsce ucieczka z miejsca, o którym mówiono „więzienie świętego Michała”, gdyż mieściło się w dawnym klasztorze na rogu ulic Senackiej i Poselskiej. Pomysłodawcą tej akcji był najprawdopodobniej akowiec Bolesław Pronobis „Ikar”, więziony w „świętym Michale”, który już wcześniej, nocą 1/2 lipca 1945 r., uciekł z więzienia w Tarnowie. Pomogła mu wówczas strażniczka współpracująca z AK. „Ikar” postanowił powtórzyć udaną akcję. Wsparło go dwoje strażników, Irena Odrzywołek i Stanisław Krejcza, którzy przerzucili do cel broń, a także działający na wolności konspiratorzy z krakowskiego oddziału Zgrupowania „Ognia” oraz koledzy z Miechowskiego i spod Myślenic, którzy stanęli na obstawie przy Plantach.

18 sierpnia 1946 r., tuż przed dziesiątą, otwarto więc cele - i po chwili za bramę wybiegło ponad 70 osób. Połowa odjechała przygotowaną ciężarówką na wojskowych numerach. Planowano odbicie więźniów politycznych, zbiegli więc żołnierze krakowskiej i miechowskiej AK, partyzanci NSZ z Żywiecczyzny i spod Bochni oraz WiN-owcy z okolic Brzeska. Ale także, korzystając z zamieszania, kilku więźniów kryminalnych. Pojedynczych uciekinierów zatrzymały zebrane pospiesznie z żołnierzy i milicjantów blokady, ale tego dnia aż 62 osoby odzyskały wolność.

Więzienny Kraków

Więzienna mapa powojennego Krakowa obejmowała kilka punktów. Początkowo głównym adresem były wspomniane już budynki dawnego klasztoru karmelitów bosych i kościoła pw. świętych Michała Archanioła i Józefa. Przebudowane na więzienie jeszcze w czasach austriackich, służyły w tej roli w okresie II RP i podczas okupacji niemieckiej, a po 1945 r. stały się głównym krakowskim więzieniem. Podlegały mu trzy filie: przy ul. Czarnieckiego 3 na Podgórzu, poaustriackie koszary przy Wielickiej 2 oraz położony koło Nowego Kleparza Bastion IV przy ul. Kamiennej 16 (zwany Lunetą Warszawską).

Osobne areszty miały też Informacja Wojskowa (kontrwywiad WP), Urząd Bezpieczeństwa, z główną, wojewódzką siedzibą przy placu Inwalidów, i miejską przy ul. Kapucyńskiej 2, komisariaty milicji oraz instytucje sowieckie: NKWD i Smiersz. To właśnie pod sowieckim zarządem znajdował się początkowo najbardziej chyba znany penitencjarny obiekt Krakowa: budynki przy ul. Montelupich. Polskim komunistom przekazano je na początku 1946 r. i wkrótce zaczęto kierować tu osadzonych przy Senackiej. Ostatecznie w 1949 r. Montelupich zostało Centralnym Więzieniem Karno-Śledczym, stając się głównym więzieniem miasta; w tym samym roku zlikwidowano więzienie przy Senackiej (dziś „Monte” pełni funkcję aresztu śledczego).

Łącznie w latach 1945-1949 spod jurysdykcji więzienia św. Michała i jego filii uciekło - z samych więzień, podczas transportów, pracy i ze szpitala - co najmniej 225 osób. W tym czasie z „Monte”, o którym mówiło się, że uciec stamtąd się nie da, powiodło się to zaledwie sześciu osobom, które skorzystały z szansy jaką dawało wyjście poza mur więzienia do pracy bądź szpitala. Ostatnim któremu udało się zbiec z więziennego gmachu był słynny skoczek narciarski i kurier ZWZ Stanisław Marusarz (uciekł z towarzyszem z celi w 1940 r.). Najczęściej uciekano w roku 1945 (115 osób) i kolejnym (94). W następnych latach szanse ucieczki, jak też ukrywania się na wolności znacząco spadły. Jednak jeszcze w 1950 r. krakowski UB oceniał, że aż 95 z wszystkich zbiegów pozostaje nieujętych.

Kominem albo po linie

Gdy koledzy nie zdołali odbić, pozostawały inne sposoby. Józef Uznański i jego dwaj towarzysze uciekli z Lunety Warszawskiej, pokonując po linie mur i przedzierając się przez druty kolczaste. Przewodem kominowym zbiegł Stanisław Lubicz-Wróblewski, harcerz i żołnierz AK. Jeszcze inni uciekli z więziennego szpitala.

Bywały też przypadki ucieczek nieudanych - jak grupie więźniów Bastionu IV, którym przekupieni strażnicy dostarczyli do celi piłki do metalu i dłuto. Plan nie powiódł się, gdyż otwarli celę za wcześnie, zanim wtajemniczeni strażnicy objęli służbę.

Szanse na ucieczkę dawał również transport: podczas przewożenia do gmachu sądu, do innego aresztu czy zakładu karnego. Właśnie podczas transportu z Krakowa do więzienia we Wronkach zbiegło 11 osób. Bywało, że więźniom pomogło szczęście - jak w Warszawie w czerwcu 1945 r., gdy na Dworcu Zachodnim współpasażerowie, widząc aresztantów, obrzucili eskortę nie tylko wyzwiskami, ale też kamieniami, dając szansę na ucieczkę trzem akowcom. Jeszcze bardziej dramatyczne były okoliczności ucieczki dwójki WiN-owców, Eugeniusza Pajdaka i Zbigniewa Kowalskiego. Konwojenci, którzy po ogłoszeniu wyroków prowadzili ich z sali sądowej na Senacką, zostali ostrzelani przy ul. Smoleńsk, co pozwoliło obu skazańcom na udaną ucieczkę.

„Aufsehrinka” z „Monte”

Był też inny, niechlubny sposób, by wydostać się z więzienia. Dwóch konfidentów bezpieki wypuszczono w styczniu 1948 r., pozorując ich ucieczkę podczas transportu z więzienia Montelupich do siedziby UB.

Do dziś nie wiadomo, czy to przypadek, czy też może życzliwość innych funkcjonariuszy bezpieki sprawiły, że gdy w 1946 r. za kraty trafił śledczy tarnowskiego UB Stanisław Janicki (vel Salomon Strasberg) - oskarżony o bicie zatrzymanych, łapownictwo i nadużycia - leczono go nie w celi ani więziennym ambulatorium, lecz w cywilnym szpitalu św. Łazarza. Wkrótce pilnowany tylko przez jednego milicjanta więzień zbiegł .

Jeszcze bardziej zadziwiające były okoliczności innej ucieczki z „Monte”. Johanna Langefeld, niemiecka strażniczka w KL Auschwitz i KL Ravensbrück (jej funkcję „Oberaufseherin”, starszej nadzorczyni, spolszczano jako „aufsehrinka”), zapisała się w pamięci kobiet-więźniarek jako ta, która - traktowała więźniarki łagodniej, nie biła i nie lżyła. A nawet, bywało, wstawiała się za osadzonymi.

Aresztowana przez Amerykanów, pod koniec 1946 r. Johanna Langefeld oczekiwała w celi na proces członków załogi KL Auschwitz. Gdy 23 grudnia została posłana do pracy, zniknęła bez śladu. Podobno w ucieczce pomogły jej Polki - byłe więźniarki Ravensbrück.

Krzysztof Pięciak, historyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.