Wszystkie cuda Marty Sawickiej. Kobiety, która nikogo nie zostawi głodnego

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Jolanta Tęcza-Ćwierz

Wszystkie cuda Marty Sawickiej. Kobiety, która nikogo nie zostawi głodnego

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Najpierw gotowały z siostrą. Aby móc karmić potrzebujących, sprzedały majątek po rodzicach: pianino, obrazy, biżuterię mamy. Po śmierci siostry pani Marta, lat 70, sama prowadzi kuchnię.

Przez prawie 30 lat prowadziły wspólnie kuchnię dla ubogich w Krakowie. Od 9 lat, po śmierci siostry, pani Marta gotuje sama. Jak to się stało, że dwie proste kobiety - Teresa i Marta Sawickie, tak po prostu, bez planów, ale z Bożą pomocą, zmieniły życie setek ubogich osób?

Marta Sawicka jest drobną kobietą. Mówi bez pośpiechu. Spotykamy się u niej w mieszkaniu przy Odrowąża w Krakowie. Na ścianach mnóstwo obrazów, zdjęcia oprawione w ramki, na komodzie figury świętych.

To tu od prawie 40 lat działa kuchnia dla ubogich, nazywana ciepłym punktem na zimnej mapie miasta. Tutaj słowa Jezusa, by „głodnych nakarmić, spragnionych napoić”, są traktowane w najbardziej dosłowny sposób. Na całe przedsięwzięcie składają się w rzeczywistości malutka kuchenka i magazyn. Jest też kilka osób pomagających Marcie w codziennej pracy. Dla wielu jadłodajnia sióstr Sawickich to miejsce niezwykłe, ponieważ tu zawsze i na każdego czeka ciepły posiłek.

Cud? Zapewne.

Takich cudów w życiu pani Marty jest znacznie więcej.

Cud poświęcenia

Ani Teresa, ani Marta nie założyły rodzin, choć adoratorów nie brakowało. Odrzucały ich, ponieważ żaden nie rozumiał i nie podzielał poświęcenia sióstr dla ubogich. A to z czasem stało się ich życiową misją.

Pani Teresa była o pięć lat starsza. Marzyła o medycynie, jednak realizację marzenia uniemożliwiły liczne problemy zdrowotne. Skończyła więc rusycystykę. Jednocześnie, w tajemnicy, uczestniczyła w zajęciach studium pielęgniarskiego jako wolny słuchacz. Zdobytą w ten sposób wiedzę od razu wykorzystywała, opiekując się samotnymi, chorymi osobami. Zawsze czuła silną potrzebę pomagania.

Tymczasem Marta była raczej domatorką, pupilką mamy. Szła inną drogą. Chciała założyć rodzinę, ale - jak sama przyznaje - nic z tego nie wyszło, więc widocznie co innego było w planach Bożych.

Obie siostry, nawet jako trzydziestolatki, nie potrafiły gotować. Ich rodzinną kuchnią zajmowała się zawsze babcia. Nawet córce nie pozwalała wtrącać się do posiłków. Robiła najlepszą pieczeń wołową na świecie. Gdy na półtora roku przed śmiercią babcia złamała nogę, rodzina przynosiła jej do łóżka ziemniaki, by mogła je obierać. Zawsze chciała czuć się potrzebna.

- Po śmierci babci i mamy musiałyśmy zacząć gotować, żeby nie umrzeć z głodu - wspomina z uśmiechem pani Marta. - Siostra miała większą smykałkę. Przyznam się pani, że ja do dziś nie lubię gotować. Robiłam to zawsze pod kierownictwem siostry. A kiedy Teresa, schorowana, już nie mogła stać przy kuchni, jedna z naszych potrzebujących zdecydowała się nam pomagać.

Siostry gotowały razem przez 30 lat, do sierpnia 2010 roku, kiedy Teresa zmarła.

Cud posiłku

- Wiele lat temu, w pewien mroźny dzień, Teresa spotkała na ulicy starszą kobietę - opowiada pani Marta. - Miała złamaną rękę, a w menażce niosła obiad z pobliskiej stołówki. Nie miała już siły gotować, zdarzało się, że jadła wyłącznie suchy prowiant. Chodniki były śliskie, staruszka szła bardzo powoli.

Siostrze zrobiło się żal kobiety. Obiecała jej, że następnego dnia zabierze dla niej obiad ze stołówki i przyniesie po pracy. A potem postanowiła, że będzie jej przynosić posiłki, dopóki kobieta nie wydobrzeje.

Potem wymyśliła, że sama będzie dla niej gotować. Kiedy kolejnym razem przyniosła obiad, okazało się, że kobieta podzieliła się nim z inną starszą panią. Wtedy Teresa postanowiła, że będzie gotowała dwa obiady.

I tak się zaczęło. Obiady dla dwóch staruszek dały początek kuchni dla ubogich sióstr Sawickich. Najpierw Teresa przygotowywała posiłki sama, później dołączyła Marta. Kobiety gotowały u siebie w domu, a z czasem w wynajętych mieszkaniach. Nawet się nie zorientowały, gdy z jednej sąsiadki zrobiło się kilka, potem kilkanaście osób. Dobra nowina o jadłodajni rozchodziła się pocztą pantoflową. Potrzebujący dowiadywali się jeden od drugiego.

W „najlepszych czasach” siostry wydawały po 170 posiłków dziennie. Zupę gotowały w wielkich garnkach, w różnych miejscach, u ludzi, po ciepły posiłek ustawiały się kolejki potrzebujących. Przychodzili bezrobotni, chorzy, bezdomni, samotne matki z małymi dziećmi i niepełnosprawni. Dla Teresy i Marty stało się oczywiste, że nikogo głodnym nie zostawią.

Tak było przez lata. Dziś Marcie pomagają inne panie. Zmniejszyła się też liczba obiadów, chociaż wciąż jest imponująca.

- Mam 70 lat - mówi pani Marta. - Trochę brakuje siły, zdrowie już nie to. Dlatego pełnego obiadu nie daję wszystkim, zresztą nie stać mnie, by każdemu dać zupę i drugie. Dwudaniowy posiłek gotujemy dla około 20 osób, głównie dla cukrzyków, a także dla osób niezrównoważonych psychicznie, które nie umieją sobie poradzić. Wydaję też około 60 porcji zupy i chleba. Czasem coś na deser. Akurat mam w magazynie trochę bananów i pomarańczy, ktoś mi podarował. A pewien pan w każdą sobotę przywozi mi drożdżówki.

- Co dziś na obiad? - pytam.

- Zupa pieczarkowa z makaronem, ziemniaki, parówki i surówka z kapusty pekińskiej - mówi pani Marta z uśmiechem.

Apetyczny zapach czuć w całym korytarzu.

Cud miłości siostrzanej

Pani Marta co chwilę wspomina siostrę, podkreśla, że kuchnia to był jej pomysł. Marta z początku była przeciwna, ale gdy widziała zaangażowanie Teresy i radość, jaką sprawiało jej dawanie jedzenia innym - postanowiła włączyć się w to dzieło. A przecież obie miały pracę, obowiązki. Bywało, że aby zdążyć ugotować posiłek, musiały pracować nocami.

- Dawniej Teresa skrobała całe wiadra jarzyn. By się z tym uporać, wstawała o trzeciej nad ranem - wspomina Marta. - A gdy przyszły święta, piekła po 120 placków. Zwykle nocą.

Z biegiem lat Teresa przeszła na rentę, coraz poważniej chorowała. Marta pracowała jako ekonomistka do 1990 roku.

- Potem była redukcja etatów - wspomina. - Ale ja wiem, że to tu byłam potrzebna. Wszystko tak się układało, abym pracowała z siostrą.

Teresa Sawicka urodziła się w 1943 roku, z ciężką wadą serca. Lekarze mówili, że będzie żyła najwyżej pięć lat. W dzieciństwie wiele chorowała, nie mogła bawić się z rówieśnikami. Wreszcie, w wieku 24 lat, przeszła operację serca. I kiedy się wydawało, że wszystko idzie ku dobremu, pojawiły się problemy hormonalne, przyplątała się cukrzyca, choroba nerek. Dwa lata przed śmiercią Teresa miała dializy. Na nodze pojawiła się martwica, skończyło się amputacją nogi. Po operacji wdała się sepsa. Teresa dwa tygodnie była nieprzytomna. Nie udało się jej uratować.

- Cały czas czuję jej obecność - mówi pani Marta. - Wiem, że jest blisko mnie, że nadal mi pomaga. Szkoda tylko, że nie może mi doradzić. Lubiłyśmy tak siadać we dwie, opowiadać sobie różne rzeczy. Mam nadzieję, że ona nie cierpi tak jak tutaj.

Po śmierci siostry pani Marta zastanawiała się, czy dalej prowadzić kuchnię. Na modlitwie spędziła długie godziny. Pytała innych, rozważała za i przeciw. Wreszcie uznała, że kuchnia to Boże dzieło.

- Będę to kontynuować, dopóki starczy mi sił - mówi. - A siły czerpię z wiary i modlitwy. Dawniej Teresa o wszystkim decydowała, a ja tylko pomagałam. Zrozumiałam jednak, że Bóg przez te wszystkie lata przygotowywał mnie do dalszej pracy - dodaje. - Gdybym dla własnej wygody zrezygnowała z pomocy ludziom, tobym zdradziła Pana Jezusa i pamięć mojej siostry.

Cud wsparcia

Zdarzało się, że pod dach sióstr trafiały samotne, schorowane osoby, które potrzebowały całodobowej opieki. Wtedy panie Sawickie po prostu zapraszały je do siebie, obiecując, że nie oddadzą ich do domu opieki.

W ten sposób w ich mieszkaniu zamieszkała na przykład 90-letnia staruszka. Była znana w krakowskich kościołach, ponieważ uczestniczyła we wszystkich mszach w ciągu dnia i spowiadała się przed każdą komunią. Niektórzy księża złościli się, nawet uciekali z konfesjonału na jej widok.

Teresa i Marta zabierały ją więc do krakowskich dominikanów, gdzie były najmilej przyjmowane. Gdy staruszka się rozchorowała, zakonnicy przynosili jej komunię raz w tygodniu. Stało się to tradycją. Bracia spowiadali, rozmawiali i obserwowali to, co działo się u Sawickich.

W ten sposób bliżej poznali stołówkę dla ubogich. Zakonnik Michał Paluch zapytał, jak sobie radzą. Kobiety zwierzyły się, że aby mieć pieniądze na posiłki, sprzedały cały majątek, który pozostawili im rodzice: pianino, meble, obrazy. Na obiady dla swoich gości zamieniły też biżuterię odziedziczoną po babci i mamie. Jednak to źródło dochodu się wyczerpało, pieniądze się skończyły, a potrzebujących przybywało.

Jeden z braci wpadł na pomysł, aby przeprowadzić kwestę pod klasztorem. Uzyskał zgodę przeora i od tamtej pory dominikanie co kwartał wspierają kuchnię dla ubogich. Kwesty trwają od ponad 25 lat. Dzięki nim pani Sawicka może spłacać długi, które ma w sklepach i u znajomych. W bazylice przy Stolarskiej wisi również specjalna puszka, do której ludzie wrzucają datki i wspomagają dzieło sióstr Sawickich.

Cud pomocy

Pomoc, jaką oferuje kuchnia dla ubogich sióstr Sawickich, jest różna. Dawniej chodziło przede wszystkim o ciepły posiłek. Dziś ludzie wpadają w kłopoty finansowe. Nie mogą opłacić czynszu, prądu czy gazu, kupić lekarstw.

- Staram się, jak mogę, czasem na głowie staję, żeby zdobyć pieniądze. Oczywiście pamiętam także o tych, którzy przychodzą do mnie po posiłek. Staram się wszystko pogodzić - mówi.

Pani Marcie pomaga koleżanka siostry. Obiera ziemniaki, nosi obiady chorym. Dwie panie na zmianę robią zakupy.

Ludzie zwracają się do Marty z różnymi problemami i zmartwieniami. Starsza pani często niewiele może pomóc, ale zawsze wysłuchuje. - Tu się ktoś kręci cały czas. Przychodzą, chcą się wygadać, opowiadają historie, często trudne i dramatyczne - mówi. - Gdy się ze mną podzielą, lżej im na duszy.

Trafiają się też radości.

Cud uzdrowienia

18 lat temu u Marty zdiagnozowano nowotwór.

- Od razu z siostrą pojechałyśmy na Wzgórza Krzesławickie. Tam była msza w intencji mojego uzdrowienia i modlitwa wstawiennicza. Otrzymałam przesłanie, że będę zdrowa, ale mam się poddać całkowicie woli lekarzy - opowiada Marta Sawicka. - Moja siostra poruszyła niebo i ziemię. Tuż przed operacją dowiedziałam się, że książka mojego życia nie jest jeszcze zapisana.

Kobieta poddała się operacji, potem chemio- i radioterapii. Wciąż musi być pod stałą kontrolą i co jakiś czas robić badania. Doświadczenie choroby pozwoliło jej zbliżyć się do Boga. Dziś częściej się modli.

Cud modlitwy

Marta wierzy, że Pan Bóg i święty Józef czuwają, aby mogła związać koniec z końcem.

Gdy brakuje pieniędzy, święty Józef czasem każe czekać do ostatniej chwili, ale zawsze odpowiada na prośby. Za każdym razem znajduje się ktoś, kto wpłaca brakujące pieniądze.

Święty Józef jest niezawodny, ale zawsze daje dokładnie tyle, ile potrzeba. Ani grosza więcej.

- Niedawno miałam ciężką sytuację finansową, były różne potrzeby, to zwróciłam się do świętego Józefa z prośbą o pomoc, ale nie przypuszczałam, że aż tyle załatwi - uśmiecha się pani Marta. - W puszce u dominikanów znalazła się pewna dość duża kwota pieniędzy. Ktoś wrzucił dokładnie tyle, ile akurat potrzebowałam. Pan Jezus daje mi wyliczone kwoty. Dlatego nic nie mogę zaplanować czy odłożyć. Uczę się ufności. Czasem brakuje pieniędzy na posiłki. Wtedy pożyczam, ale zawsze oddaję długi.

Cud ofiarności

- Co pani daje radość? - pytam, a ona odpowiada bez wahania: możliwość niesienia pomocy.

- Cieszę się, gdy mogę ich odciążyć od kłopotów i zmartwień. Ludzie myślą, że to Bóg wie jaka rzecz, a dla mnie to już codzienność, chleb powszedni. Nie wyobrażam sobie innego życia. Drzwi mojego mieszkania są otwarte od samego rana do późnej nocy.

DZIEŁO PANI MARTY

Jak możemy pomóc?

Jeśli chcą Państwo wspomóc kuchnię Sióstr Sawickich, wystarczy wrzucić datek do puszki w bazylice ojców dominikanów przy ulicy Stolarskiej 12 w Krakowie. Pieniądze można również zostawić na furcie klasztoru, najlepiej w opisanej kopercie. Pani Marta będzie także bardzo wdzięczna za przekazaną żywność z długim terminem ważności, na przykład: makarony, kasze, olej, konserwy, ryż, sól, cukier, słodycze, kawę, herbatę, warzywa w puszce, itp.
O termin najbliższej kwesty na kuchnię Sióstr Sawickich warto zapytać na furcie klasztoru ojców dominikanów.

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.