Zofia Romaszewska: Do ludzi podchodzę z absolutnym zaufaniem [WYWIAD]

Czytaj dalej
Fot. Adam Guz/Polska Press
Anita Czupryn

Zofia Romaszewska: Do ludzi podchodzę z absolutnym zaufaniem [WYWIAD]

Anita Czupryn

- Z biegiem lat, których mi przybywa, życie wydaje mi się coraz bardziej skomplikowane. Ale nie zastanawiam się nad krzywdami, jakich doznałam. Idę dalej - mówi Zofia Romaszewska, legenda opozycji antykomunistycznej, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Zuzia!

Piękny pies.
Paskudztwo niesłychanie jest rozpuszczone. Spadek po moim mężu. Nie chciałam już psa, ale Zbyszek - koniecznie. Pies jest niezbędny, mówił. Zuzia nie miała dwóch lat, kiedy umarł. Zostałam sama, z psem. Naturalnie bardzo kocham swojego psa, ale sama pani wie, że ruszyć się bez niego nie można. Uprawiam więc z Zuzią zdrowotne spacery; wszystko jedno, co by się nie działo, czy pada, czy nie pada - muszę z nią wyjść. To nasza czwarta spanielka. Ostatnia już w moim życiu. Choć nie jest powiedziane, która pierwsza z nas odejdzie.

W Państwa starym mieszkaniu na Kopińskiej bywali wszyscy: i Kuroń, i Michnik, i Macierewicz, Wujcowie, Lityński. A tutaj, na Powiślu?
Tutaj to już nie. Życie towarzyskie III RP było dużo uboższe. Przeniosło się na zewnątrz, poza mieszkania, czy to w pracy, czy w restauracjach. Ludzie dziś nie mają czasu, pewnie też siły. Ale w czasach KOR-owskich bardzo to było sympatyczne.

Wraca Pani czasem wspomnieniami do czasów młodości?
W zasadzie nie lubię, poza tymi momentami, kiedy z kimś o tym rozmawiam. Nie lubię oglądać pamiątek, zapisków, bo to mnie bardzo dużo kosztuje. Bardzo jestem związana z moim mężem. Bardzośmy się kochali. Byliśmy przyzwoitym małżeństwem. Wszystko było w normie, co pewien czas się kłóciliśmy (śmiech). Przyjęłam do wiadomości to, że umarł, ale… Wypycham z pamięci całą tę emocjonalną sferę, poczucie winy, to, czy zawsze człowiek wszystko zrobił, jak powinien, czy nie mógł czegoś zrobić lepiej.

Był taki czas, kiedy wszyscy się Pani bali. Bał się Adam Michnik, bał Jacek Kuroń, bali esbecy, milicjanci. Potem, kiedy prowadziła Pani Biuro Interwencji w Kancelarii Senatu, bali się nawet parlamentarzyści. Kto dziś się boi Zofii Romaszewskiej?
Legenda jest rzeczą niesłychanie ważną i rozumiem, że w tym przypadku trzyma się mocno (śmiech). Jestem zasadniczą osobą i wymagałam, aby zrobione było to, co ma być zrobione. Ale to są takie tam opowieści. Nonsensowne trochę.


Źródło: polskatimes.pl/x-news

W 1995 roku szef Kancelarii Senatu zlikwidował Biuro Interwencji, jakie Pani prowadziła, żegnając słowami: „Pani to sobie zawsze poradzi”. Jak Pani sobie radziła?
Muszę pani powiedzieć, że mało co dotknęło mnie tak, jak te słowa. Byłam 5 lat przed emeryturą, jak mnie wywalili. Jak na kolegów, którzy razem ze mną wojowali o zmianę ustroju, to sympatycznie, prawda? Widać było, że strasznie chcą się mnie pozbyć, bo jeździłam w teren i widziałam, co wyprawiają, jak prywatyzują, jak kradną na potęgę. Straszne rzeczy się wtedy działy. Ale dla mnie to była niezwykle ciekawa i ważna praca. Wielka szkoda, że to biuro zlikwidowano i wielka szkoda, że nigdy nie odtworzono. Teraz mamy tego pewne elementy w Kancelarii Prezydenta, ale toniemy w powodzi listów, z których wyłania się to, jak źle działa system.

Z czym dziś najczęściej zwracają się ludzie do Biura Interwencyjnej Pomocy Prawnej?
Najczęściej chodzi o sądy. Ciągle upieram się, że należałoby chodzić na niektóre rozprawy zwyczajnych ludzi.

Czyli powrót do tych czasów, kiedy w PRL jeździła Pani z mężem na rozprawy.
Tak się powinno robić. To, co się dzieje w sądach rejonowych, bywa kuriozalne. Powinno się temu bardzo wnikliwie przyglądać.

Zawsze - zarówno Pani jak i Pani mąż, senator Zbigniew Romaszewski, byliście ludźmi, którzy szli pod prąd.
Najczęściej. Niestety. Ale trzeba uważać, bo ciągłe życie pod prąd, kto wie, czy nie wytwarza zbyt krytycznego stosunku do rzeczywistości. O tym też trzeba pamiętać.

Dzisiaj też ma Pani takie momenty, kiedy czuje, że idzie pod prąd?
Oczywiście. Generalnie wspieram opcję rządzącą. Bardzo lubię mojego prezydenta, z którym ściśle współpracuję. Natomiast nie zmienia to postaci rzeczy, że nad wyraz krytycznie oglądam rzeczywistość i są rzeczy, które mnie niepokoją. Nie ma świata idealnego, ale czy to, co ja sobie myślę to najlepszy sposób na, na przykład, zmianę prawa w takich a nie innych sytuacjach? Czy powinno postąpić się tak, czy inaczej? Nie ma tu gotowej recepty, ale krytyczne spojrzenie, bardzo żywe, jest we mnie do tej pory. Wcale nie uważam, że wszystko jest świetnie.

Upierałam się, że nie widziałam nieboszczyków, a przez długi czas miałam sny, że uciekam przed Niemcami

Co dzisiaj Pani najbardziej przeszkadza?
W ramach tego totalnego hałasu i totalnej krytyki wszystkiego najbardziej przeszkadza mi brak prawdziwej opozycji. To bardzo poważny problem. Każda władza powinna mieć porządną opozycję. Ale ta sytuacja, w której cokolwiek nie zostałoby powiedziane, zostaje skrytykowane powoduje, że również ta druga strona, czyli opozycja, nie słucha, co się do niej mówi.

Sama chyba też niewiele ma do zaproponowania.
No właśnie. W związku z tym nie ma partnera do rozmowy. Ale to nie jest sytuacja, która narodziła się nagle. To trwało latami i doprowadziło do czegoś takiego, co uważam za jedną z najgorszych rzeczy - nie potrafimy rozmawiać merytorycznie. Przy okazji jakichś politycznych awantur zawsze wyciąga się te same rzeczy, do tego samego się dochodzi i tak w kółko. Od lat wygląda to tak samo. Nie mamy kultury normalnego dyskutowania. Sprowadza się to do tego, że muszę się śmiertelnie na panią obrazić, jeśli pani ma inne zdanie, jeśli coś zrobiłaby inaczej. No i co z tego, że inaczej? Jeśli wygra pani wybory, to będzie próbowała wcielać w życie te pomysły, jakie uważa Pani za słuszne. Ważne są argumenty, a najczęściej obie strony mają jakieś powody, dla których uważają tak, a nie inaczej. Inną sprawą jest to, co teraz jest bardzo widoczne, a jest to absolutna wojna dobra ze złem. To jest okropne. Chodzi o to, by nie przekraczać granic przyzwoitości. A dla mnie to latanie przez opozycję do Brukseli, to skarżenie, to powrót do przeszłości, kiedy latano do Związku Radzieckiego. Też tam jeździli i też skarżyli. Dokładnie to samo.

Pani pomagała ludziom niezależnie od tego, jakie poglądy głosili.
W związku z tym, że pomagałam różnym ludziom w różnych trudnych sytuacjach, to oglądałam tę rzeczywistość od najmniej przyjemnej strony. Owszem, bywały sytuacje, w których ludzie nie mieli problemów i wszystko było w porządku. Tylko że takie mnie nie interesują (śmiech).

Zawsze interesowały Panią problemy?
No tak.

„Ludziom nie pomaga się dlatego, że się ich lubi, że są fajni, ale dlatego, że dzieje im się krzywda”. To Pani słowa. Zawsze umiała Pani rozpoznać tę autentyczną krzywdę?
Chyba mam taki wewnętrzny miernik, taki zegarek, dzięki któremu widzę, kiedy komuś dzieje się krzywda. Bywa nawet, że są to sytuacje niezgodne z prawem, a bywa też, że prawo w określonych sytuacjach nie jest sprawiedliwe, nie obejmuje wszystkich przypadków. Dziś omawialiśmy sprawę mamy dziewczynki z Poznania, która zbierała pieniądze na rehabilitację mamy. To przypadek, w którym istnieje mnóstwo krzyżujących się przepisów powodujących, że miesiącami ta kobieta funkcjonowała bez pieniędzy i nikogo to nie obchodziło. No bo przepisy są takie, że tu urzędnik ma tydzień, tu miesiąc, a w innej sytuacji trzy miesiące na reakcję. I wszystko jest zgodne z prawem, nie ma nikogo, kogo by można za całą tę sytuację podać do sądu. Tylko, że nie jest to zgodne z przyzwoitością.

Kilka przykładów przypomnę. Rajmund Szwonder, zatwardziały komunista, uczestnik tak zwanej afery karabinowej w 1992 roku. Amerykanie oskarżyli go o handel bronią z objętym embargiem Irakiem. Pani z mężem walczyliście o to, aby wyciągnąć go z amerykańskiego więzienia.
A jaki on potem miał problem z tym, żeby nam podziękować (śmiech). Żona musiała go do tego zmusić. Ale rzecz była oczywista, dotyczyła określonych interesów, Amerykanie usiłowali wypchać nasz przemysł zbrojeniowy.

Kolejna osoba - Ryszard Zając, człowiek Jerzego Urbana z „Nie”, wcześniej zakonnik, działacz opozycji, skazany za zwrot „palanty z Solidarności”. Walczyła Pani o jego uniewinnienie i został uniewinniony.
Miał bogaty życiorys. Ciekawa jestem, co teraz robi. Uważałam, że więzienie w tym przypadku to nieporozumienie. Nie o to wojowaliśmy. No i, odpukać, póki co, nie ma już takich pomysłów, aby za to wsadzać do więzienia. A w porównaniu z tym, co dziś wypisuje się na rozmaitych forach, „palanty” wydaje się być prześlicznym stwierdzeniem.

Wraz z mężem wzięła też Pani w obronę Piotra S., „Starucha”.
Wtedy wyraźnie strona rządząca miała tendencje do prowokacji na manifestacjach, do wysyłania, nie wiadomo po co oddziałów policji uzbrojonych w pałki i wielkie tarcze. Mówiąc szczerze, po raz pierwszy na takiej tarczy „jechałam” podczas demonstracji dopiero za czasów poprzednich rządów.

Za czasów Platformy?
No tak. Te oddziały ustawiały się na ulicach, zagradzały drogę. Decydowały: tędy nie ma przejścia. Byłam na jakiejś manifestacji, już nie pamiętam, może to było 3 Maja, albo 11 Listopada; rzadko chadzam na demonstracje. Ale wtedy byłam i usłyszałam, że należy się rozejść. A potem te oddziały zaczęły spychać stojący tłum. Popchnęli mnie, poczułam, że odrywam się od ziemi. Nawet byłam zafascynowana tym, kiedy tak leżałam na tej tarczy (śmiech).

Za próbę pomocy różnym ludziom płaci się czasem wysoką cenę. I Pani mąż przypłacił - został zawieszony w klubie PiS za obronę senatora Krzysztofa Piesiewicza.
Za Piesiewicza i za Starucha zapłacił. Nagonka była straszna. Ale to nie zmieniło jego postawy. Wie pani, to jest taka część życia, która nie jest, że się tak wyrażę, politycznie interesująca. Z tego punktu widzenia mój mąż, człowiek z ogromnymi zainteresowaniami politycznymi ale też niesłychanie twardy, jeśli chodzi o prawo, uważał, że prawo jest narzędziem sprawiedliwości, że nie ma czegoś takiego jak święte prawo. A jeśli ludziom czyni krzywdę, to trzeba reagować wyraźnie i zdecydowanie. Mąż bardzo ostro widział, kiedy coś jest niesprawiedliwe. Tego mnie nauczył. Choć mnie zawsze bardzie interesowało to, jak polityka przełoży się na życie, jak to w życiu będzie wyglądało. Dlatego nie chciałam być posłem, senatorem, żadnym typem władzy ustawodawczej. Nudne to jest jak flaki z olejem. Jeśli chodzi o część wykonawczą - tu już mam wyraźne zdanie na ten temat.

„Zaczęto przekraczać granicę, na której przekroczenie ludzie przestali się godzić. Nie godzą się na deprecjonowanie rodziny, nie chcą się wyrzec religii, patriotyzmu i tożsamości narodowej, odrzucają pedagogikę wstydu. To wszystko budzi nadzieję - mówi Pani w książce „Romaszewscy”, która wyszła w 2014 roku. W jaki sposób te słowa dziś się spełniły?
Kiedy o tym mówiłam, był 2013 rok. Na początku 2014 umarł Zbyszek. Czy te słowa się spełniły? No, tak. Wiążą się z problemem bycia obywatelem. A ja niesłychanie silnie czuję się obywatelką swojego kraju. I uważam, że to jest ważne poczucie: jest się kimś, kto posiada prawa, określone obowiązki i należy je wypełniać.

Te słowa zamykają książkę. Są ostateczną refleksją.
Tak się wtedy w Polsce działo i cały czas z tym wojujemy. Z tym, aby tę pedagogikę wstydu zlikwidować. Jeśli mamy się czego wstydzić, to oczywiście wstydzić się należy, ale pedagogika wstydu zakłada, że się mamy wstydzić za wszystko. O to wszystko, co Pani wymieniła, toczy się cały czas batalia.

O patriotyzm, tradycję, rodzinę?
O to wszystko. O religię. Niektóre z tych elementów są spełniane bardziej, inne mniej, ale do doskonałości jeszcze nam bardzo daleko. Jeszcze trzeba trochę pożyć. A i tak myślę, że dla przyszłych pokoleń też zostanie coś do zrobienia.

Otwarcie mówiła Pani, że do polityki się nie nadaje ani Pani, ani mąż. A z drugiej strony uwielbia Pani o polityce rozmawiać.
Oczywiście, polityka i to, co się z nią dzieje, interesuje mnie. Ale to mój mąż miał zacięcie polityczne; ja - społecznikowskie.

Jak można połączyć takie dwie różne cechy, jak brak samooszukiwania się i brak wiary w iluzję, co Pani deklarowała, z optymizmem do tego, co się dzieje? Osobiście myślę, że to chyba najwyższy stopień człowieczej świadomości - nie być naiwnym, nie wierzyć na słowo, ale mieć wiarę w to, że wszystko idzie ku dobremu.
Generalnie moje podejście do ludzi jest takie, że ludzie nie oszukują. Od tego zaczynam. A nie od tego, że nie mogę się dać oszukać. Oczywiście, zawsze to może się skończyć tym, że człowiek zostanie nabrany. Uważam, że to jest cena, którą czasami warto zapłacić za zaufanie, jakie należy, w moim przekonaniu, budzić. Jednocześnie, znając życie, nie można być zbyt naiwnym.

Czy to jednak znaczy, że warto czasem być trochę naiwnym?
Tak myślę. Do ludzi należy podchodzić z absolutnym zaufaniem, chyba że z jakiegoś powodu sądzimy, że do niektórych w ogóle nie ma po co podchodzić. Nie miałam wśród znajomych ubeków, czy innych działaczy, którzy powodowaliby, że musiałabym się zastanawiać, co komu powiedziałam i co z tego może wyniknąć. W związku z tym podchodzę do ludzi z myślą, że chcą coś przyzwoitego zrobić.

Bywały sytuacje, że ludzie Panią skrzywdzili, jak dziewczyna, której donos spowodował, że została pani internowana.
Toteż się z nią nie koleguję. Miała wyjątkowo miękki charakter, bidulka. Pewne postawy są mi dalece obce. Takie, przez które rozpadają się więzi, które wydawały się całkiem silne.

Zofia Romaszewska: Jako dziecko najbardziej bałam się świętego Mikołaja
„Romaszewscy. Autobiografia” to książka, którą wydało wydawnictwo Trzecia Strona. Wywiad rzeka, jaki przeprowadził Piotr Skwieciński ze Zbigniewem, Zofią i Agnieszką Romaszewskimi to fascynująca historia jednej z najbardziej znanych rodzin w polskiej polityce. Zdradzają kulisy funkcjonowania III RP, a ich refleksje mogą stanowić swego rodzaju polityczny testament dla młodszych pokoleń

Wspomina Pani czasem tych ludzi, z którymi była blisko, a oni Panią bądź zdradzili, bądź opuścili, czy zwyczajnie odpadli ze ścieżki Pani życia? Co Pani o nich myśli? Jest w Pani żal?
Nie mam żalów. To były moje wybory. Nie wyobrażałam sobie, że tak dalece można robić co innego, niż się mówi. To mnie zasadniczo oburza. Ale czy mnie to dotyka? To byli ludzie z którymi współpracowałam blisko, na różnych poziomach, ale to nie byli moi najbliżsi przyjaciele, bo ci się ostali, nadal istnieją. Na przykład moja relacja z Jackiem Kuroniem. Bardzo go lubiłam, był niesłychanie godny podziwu, z nieprawdopodobnym wręcz temperamentem. Ale to, co on zrobił w III RP, było absolutnie nie do przyjęcia. No, jak można było mówić jedno, a zrobić drugie? On aż tak niemądry nie był, żeby aż takie rzeczy wykonywać. Zajmował się biciem piany, żeby wprowadzano liberalizm i wyrzucano wszystkich z pracy i cieszył się, że są bezrobotni. To mi się wydawało zdumiewające. A jemu, jak sądzę, prawdopodobnie wytłumaczono, że dopiero wtedy będzie wolność ekonomiczna. Sam chyba tak później, pod koniec życia tłumaczył, ale ja już się tym nie interesowałam. Trudno. Tak dalekie wgłębianie się w różne motywacje już mnie specjalnie nie ciekawiło.

Kiedy czytałam książkę „Romaszewscy. Autobiografia”, miałam wrażenie, że już w czasach KOR Jacek Kuroń traktował Panią protekcjonalnie, głaszcząc po główce i mówiąc: „Dobrze maleńka, dobrze”.
Jacek mnóstwo ludzi traktował w ten sposób. Ale my wtedy uważaliśmy, że wszystko jest w porządku. Każdy robi swoje, coś razem budujemy, o coś razem wojujemy. I do pewnego momentu rzeczywiście razem wojowaliśmy. W pewnym momencie okazało się, że mamy budować sztuczny ruch. Pamiętam, tak było po śmierci księdza Jerzego; na pogrzebie pojawiły się masy ludzi. Mówiono, że teraz to dopiero można stworzyć taki komitet obrony praw człowieka, że hej. Zbyszek dostał szału. Powiedział, że nawet mowy nie ma. Ludzie zgromadzili się z powodu pewnej sytuacji, ale na tym tego typu ruchu się nie zbuduje.

Dla mnie zarówno KOR, jak i potem Solidarność była w tamtych czasach czymś kryształowym…
… taka była! Przepraszam, że wejdę w słowo, bo oczywiście, że tak, ludzie byli bardzo porządni. Co więcej, ten sam Jacek Kuroń bardzo przyzwoicie się zachowywał. Bardzo. Pierwsze oznaki, kiedy zauważyłam, że nie do końca jest tak, to kiedy już za Solidarności okazało się, że można nie bronić KPN-u. Ci z KPN-u siedzą? To nie szkodzi. To było moje pierwsze zetknięcie się z tak zwaną brudną polityką, z czymś paskudnym. Nie chodziło o to, że byłam, czy nie byłam zwolenniczką KPN-u, to nie miało nic do rzeczy.

Dziś nie ma podziwu dla tych, którzy odchodzą z pracy w imię zasad. O kimś takim mówi się, że jest kopnięty

Dziś, jak czytam, kryzys w Solidarności trwał już w czasach jej karnawału, już wtedy coś od środka pękało. Na przykład pieniądze, jakie rozdzielano, nie rozdzielano według potrzeb, ale szły one tam, gdzie były wpływy, jak stowarzyszone struktury związane z Lechem Wałęsą.
Górę zaczęła brać polityka. Myśmy w tym czasie uważali, że polityka powinna polegać na tym, że ma kwitnąć tysiąc kwiatów i każdy ma mieć możliwość zakwitnięcia, bo inaczej demokracji nie zbudujemy. Należy hodować różne pomysły. A jeśli ludzie są represjonowani, to mamy im pomagać, bo wszyscy mają mieć miejsce w naszym kraju. W tym bardzo się różniliśmy i tu był ten problem. Tymczasem zaczęły się właśnie takie głosy, że jak siedzi KPN, to nie szkodzi, że jak już istnieje podziemie, to lepiej, żebyśmy budowali tę naszą część, wobec tego pieniądze, sprzęt kierowano w te miejsca, które były uzależnione od tej grupy wpływowej. Czy oni sobie wyobrażali, że będą rządzić? Ciekawa jestem. Może tak. Może oni w 1984-1985 roku tak myśleli. W każdym razie już wtedy były bardzo poważne rozmowy prowadzone, jak to wynika z dokumentów, bo wtedy tego nie wiedzieliśmy. Nam tego nie mówiono. Tak zwane góry solidarnościowe prowadziły rozmowy z władzą i udawały, że tego nie robią.

I taka jest też Pani diagnoza polityki: polityka jest amoralna, ponieważ korzenie ma w konspiracji, a w konspiracji takie zachowania amoralne były, bo wszystko robiło się w ukryciu.
Nadużycia w takich sytuacjach są łatwe, bo są ukryte. Nie wiadomo, co kto robi z pieniędzmi, ze sprzętem, nic nie jest jasne do końca. No i potem przeszło to do tej nowej rzeczywistości. Ale patrząc na politykę w ogóle na świecie, podejrzewam, że ona wszędzie jest podobna. Tylko że pewnie lepiej były wykształcone mechanizmy kontroli społecznej, obywatelskiej. Dlatego, jak mówiłam i jeszcze powtórzę, martwi mnie to, że nie mamy porządnej opozycji. W tej chwili bardzo niepokoi mnie jedna rzecz. A mianowicie to, że rząd pracuje z niesłychanym gazem, w szalonym tempie wszystko wykonuje. To jest wymuszane przez opozycję właśnie. Jak można coś takiego wymuszać? To działanie przeciwko krajowi, niezależnie od tego, kto by w nim rządził. Tymczasem opozycja oczekuje, że jeśli pan prezydent został prezydentem, to powinien już na drugi dzień spełnić wszystkie obietnice wyborcze. Wszystko to odbywa się galopem. A przecież nad paroma rzeczami należałoby jednak zastanowić parę razy, a nie robić biegiem, na uszach, byle szybciej.

A co nagle, to po diable. Jak się coś robi szybko, to często nieuważnie.
Oczywiście. Z tego będą różne kłopoty, nie ma żadnej wątpliwości. Opozycja, która wymusza tego typu tempo, zamiast mówić o merytorycznych rozwiązaniach, tylko naciska: „Czy pani Beata Szydło już to zrobiła? Może pani Beata Szydło w ogóle nic nie robi? Ten rząd nic nie robi!”, to teraz z kolej krzyczy, że zmiany dzieją się za szybko. Rząd jest bardzo zapracowany, dokonują zmian rzeczywiście, stąd sama się zastanawiam, czy nie za szybko to się dzieje.

W latach 70., kiedy z mężem jeździła Pani do robotników do Radomia, towarzyszył Pani strach. Zresztą wówczas to chyba było dominujące uczucie obywateli w Polsce. Czego dziś boją się ludzie?
Utraty pracy. Ale też utraty wygód, pewnego poziomu życia. „Już się ustawiłem, jestem tu gdzie jestem i nie chcę, żeby to się zmieniło”. Dziś nie ma społecznego podziwu dla tych, którzy odchodzą z pracy w imię zasad. Jeśli ktoś tak się zachowa, to uważa się, że jest kopnięty.

Pani urodziła się w momencie wybuchu wojny, potem jako dziecko mieszkała w zaminowanej willi z zaminowanym ogrodem. Jako dziecko myślała Pani, że świat jest bezpiecznym miejscem?
Jako dziecko najbardziej bałam się świętego Mikołaja.

Że przyniesie rózgę?
Tak (śmiech). Mama wciąż mi mówiła, że rózga mi się należy. Bałam się też fotografowania. W domu wisiała fotografia siostry ojca, cioci Irenki i bałam się, że jak mnie zrobią zdjęcie, ja też nie będę żyła. Za każdym razem, kiedy przychodził do domu fotograf, była straszna awantura.

Dlatego na każdym zdjęciu z dzieciństwa jest Pani naburmuszona.
Myślałam, że będę już tylko na zdjęciu, że to koniec. A wracając do wojny, to powiem pani, że wojna nie robiła wrażenia na dzieciach. Po powstaniu, kiedy wróciłyśmy z mamą do Warszawy, zamieszkałyśmy u znajomych rodziców, na Śniadeckich, w samym pępku miasta, gdzie na każdym podwórku byli pochowani ludzie. Doskonale pamiętam straszny zapach chloru, który znienawidziłam. Natomiast upierałam się, że nie widziałam nieboszczyków. A to było niemożliwe. Za to przez długi czas miałam sny, w których uciekam przed Niemcami.

Dla mnie najbardziej przejmująca jest ta scena z Pani autobiografii, kiedy jako 5-letnie dziecko jedzie Pani w transporcie śmierci i z tego transportu ucieka, wyskakując z pociągu. Szalona odwaga.
To nie był akt odwagi. Prawdopodobnie zrobiłam to dlatego, że byłam niegrzecznym dzieckiem.

Czyli opłaca się być niegrzecznym.
A, no właśnie (śmiech).

Przeszłość dziś wydaje się Pani bardziej klarowna niż teraźniejszość?
Z biegiem lat, których mi przybywa, życie wydaje mi się coraz bardziej skomplikowane. Ale nie zastanawiam się nad krzywdami, jakich doznałam, nie pamiętam szczegółów. Idę dalej. Choć wiem, co się stało z moimi kolegami. W moim przekonaniu nie wypełnili tego, co ludziom obiecywali.

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.polskatimes.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.